Nie płacz, że coś się skończyło. Ciesz się, że Ci się to przytrafiło. ( G.G. Márquez )

sobota, 27 kwietnia 2013

Do przodu żyj...

  ...żyj rowerowo. Wiosna, a co za tym idzie sezon rowerowy rozpoczęty. Póki co mam taki niedosyt pedałowania po wyjątkowo długiej w tym roku zimie, że koła same mnie niosą. Pisałam niedawno o chodzeniu, z jazdą na rowerze jest u mnie podobnie. Uwielbiam!




  W lesie jeszcze nie widać wiosny. Co nie znaczy że jej nie czuć. Czuć! Ostatnio tak się nawdychałam, że bolały mnie płuca.




  Kiedy tylko mogę staram się tak zorganizować czas, żeby znalazła się chociaż godzina dla roweru. Jednak to i tak zdecydowanie za mało i wolę dłuższe wycieczki. Mam kilka swoich ulubionych tras które wybieram w zależności od chęci i ilości wolnego czasu. Ale niesamowitą frajdę daje mi odkrywanie nowych ścieżek, kiedy jadę i nie wiem dokąd, gubię się w lesie, mknę przez łąki i pola...

 
 
 
  Pedałowanie samo w sobie jest fenomenalne.A jak jeszcze towarzyszą temu jakieś fajne widoki to...mhm...czy można chcieć więcej?




   Przeważnie w plecaku mam coś do przekąszenia. No i książkę. Bez książki ani rusz i wycieczka rowerowa nie jest tu wyjątkiem. Robię sobie przerwę albo w lesie albo nad jeziorem i cieszę się chwilą.


 

   Fajnie, jak mam towarzystwo do pedałowania, bo zawsze weselej. Ale uwielbiam też jeździć solo. Mogę sobie wtedy wszystko w głowie poukładać i zauważyłam to już niejednokrotnie, że jak mam gorszy dzień, wszystko mnie wkurza i jestem nie do zniesienia, to na rowerze łapię równowagę i wraz z ilością przejechanych kilometrów maleje we mnie poziom agresji:). Wracam do domu i znów jest fajnie. I ja jestem fajniejsza:). Nigdy jeszcze nie leżałam na kozetce u profesjonalisty w pewnej dziedzinie, ale myślę, że rower działa tak samo.

  Życie bez roweru jest absolutnie niemożliwe!

wtorek, 23 kwietnia 2013

Dziś od rana wielkie święto!

   Dzisiaj Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich. Święto wszystkich tych, którym czytanie jest bliskie. Ja dzisiaj też świętuję, bo książki kocham a czytać uwielbiam. Marzy mi się mieć kiedyś dom pełen książek, uginające się półki tworzące moją prywatną bibliotekę, świat w którym będę mogła się schować jak tylko najdzie mnie ochota. Książki towarzyszą mi od małego, najpierw za sprawą rodziców, którzy zadbali o to, żebym polubiła czytanie. Później już sama o to zadbałam. I tak już zostało:). Były co prawda różne etapy mojego czytelnictwa - raz czytałam mniej, raz pochłaniałam książki w ilościach hurtowych, ale zawsze książki były blisko. Potrafiłam rano wstać pół godziny szybciej tylko po to, żeby sobie spokojnie poczytać przy porannej herbacie. Książka jest nieodłącznym elementem mojej codzienności i bez niej nie wyobrażam sobie życia.



Chciałabym móc napisać, że to wszystko moje :)





  Czytam przed snem, czytam w podróży i to dzięki książce przetrwałam jakoś noce spędzane na lotniskach. Potrafię nawet czytać idąc z psem na spacer. Nie czytam w wannie i nie czytam przy jedzeniu, ale zdarza mi się czytać myjąc zęby. Używam zakładek bo o książki dbam. Kiedyś pracowałam w hotelu w UK i przygarniałam książki pozostawione w pokojach, przy czym przygarnięcie polegało na tym, że poprostu wyciągałam je ze śmietników i zabierałam do domu. Nie wiem czy za bardzo nie biorę sobie do serca wierzenia, że książki mają duszę:). Aha, no i jeszcze jak kupuję torebkę to patrzę, czy się książka zmieści :). W związku z tym zdarza mi się, aczkolwiek rzadko bo tego nie lubię, czytać dwie książki jednocześnie. A to przez to, że czasami niektóre są za duże albo za ciężkie żeby je taszczyć ze sobą codziennie.




  Oprócz czytania uwielbiam kupować książki. Najczęściej kupuję je przez internet, ze względu na ceny rzecz jasna. No ale czasami w księgarniach też można znaleźć promocje. Nawet jeżeli nic nie kupuję, to i tak lubię odwiedzać księgarnie. Przekraczam próg i od razu jakoś wszystko jest inaczej. Zaszywam się między półkami i serce mi się raduje i nic więcej do szczęścia nie potrzeba.

  Wspomniałam już, że wącham książki? :)

Na zdjęciu powyżej połączenie moich dwóch pasji - czytania i "rowerowania". 



A na koniec podzielę się w Wami jeszcze moimi marzenio - planami. Nawet jest Ktoś kto mi obiecał, że się spełnią.




A najlepszy sposób na celebrowanie dzisiejszego dnia to oczywiście z książką w ręku. Co prawda ja świętuję już od kilku dni bo w związku z dzisiejszym świętem zarówno księgarnie internetowe jak i te "stacjonarne" kusiły fajnymi promocjami. Więc teraz na przeczytanie czeka spora "kupka" a ja mam dylemat od czego zacząć.

Zaczęłam od tej na samej górze...

  Poziom czytelnictwa w Polsce jaki jest, każdy wie. Ale to nie moja wina, ja mam sumienie czyste, bo staram się jak nie wiem co :) i robię to z przyjemnością. Życia bez czytania sobie nie wyobrażam. Co tam życia, jak sobie nie wyobrażam takiego dnia. Więc dzisiaj świętuję, oczywiście z książką w ręku. I winka się nawet napiję,ooo.

  
  "Książki są bramą, przez którą wychodzisz na ulicę, mówiła Patricia. Dzięki nim uczysz się, mądrzejesz, podróżujesz, marzysz, wyobrażasz sobie, przeżywasz losy innych, swoje życie mnożysz razy tysiąc. Ciekawe, czy ktoś da ci więcej za tak niewiele. Pomagają też odpędzić różne złe rzeczy - samotność, upiory i tym podobne g... . Czasem się zastanawiam, jak możecie znieść to wszystko Wy, którzy nie czytacie." A. Pérez-Reverte  "Królowa Południa"


PS. Zdjęcia ( poza tym ostatnim ) oczywiście wyszperane w internecie. Właścicielom tych wnętrz z całego serca zazdroszczę:).

niedziela, 21 kwietnia 2013

Iść, ciągle iść...

  Rzecz będzie o chodzeniu, bo chodzić uwielbiam. Oprócz latania samolotem, jeżdzenia samochodem ( najlepiej, kiedy ja za kółkiem ) i rowerem, poruszanie się na własnych stopach jest moją ulubioną formą przemieszczania się. I nie chodzi tu o podróżowanie i zwiedzanie pieszo nowych miejsc, bo to jest akurat dla mnie normalne. Uwielbiam spacery, mogą być nawet samotne, kiedy tak sobie idę i wsłuchuję się w rytmiczny odgłos kroków i to mi wystarcza. Kiedy np. mam coś do załatwienia w mieście ( tzn. w centrum ) i mam czas na to, żeby iść,i pogoda też jest w normie, to idę - a to jakieś 5,5 km. Wracam też pieszo, co razem daje 11km. Nie wiem czy to mało czy dużo, wiem tylko, że mija szybko, bo idę dziarsko, mam swój rytm, i raczej to jest marsz niż spacerek :).
 
  Mam też towarzyszkę podróży, która nigdy nie odmówi, zawsze jest chętna, a często też sama wychodzi z inicjatywą spaceru.





Podczas spacerów nigdy nie słucham muzyki, podobnie rzecz ma się z jazdą na rowerze. Czasem cisza jest najpiękniejszą muzyką. Chodzenie samo w sobie jest świetnym relaksem, i pomimo tego, że raczej powinno męczyć, to mnie super odpręża. Jestem tylko ja i moje nogi, albo ja, moje nogi, i moje cztery łapy :).




  Miniony weekend był bardzo spacerowy, a dzisiaj oprócz spaceru kawa nad rzeką - tradycyjnie nogi mnie zaniosły i nogi przyniosły z powrotem. I już nawet otoczenie nie reaguje zdziwieniem gdy mówię, że przyszłam a nie przyjechałam, czyli jest jakiś postęp, bo wcześniej bywało różnie :).


  
  Co jest fajnego w chodzeniu? Samo w sobie chodzenie jest super! Pomaga na nudę, na nadwagę ( oby!), na chandrę ( taki antydepresant ), jest ekologiczne i podobno oszczędne ( szczerze mówiąc nie zauważyłam jeszcze:) ) i ma działanie zdrowotne bo poprawia krążenie i dotlenia organizm. Nie wymaga żadnych nakładów finansowych ani inwestowania w drogi sprzęt, bo buty ma każdy.



Czasem trzeba sobie pochodzić aby dojść do siebie...

wtorek, 16 kwietnia 2013

Dowód na istnienie raju.

  Bo raj wygląda tak :





  Ko Phi Phi to jedna z wysp Tajlandii. W rzeczywistości są to dwie oddzielne wyspy Phi Phi Don oraz Phi Phi Ley. Obie należą do Narodowego Parku Phi Phi Hat Nopparat Thara.

  Wyspy słyną z pięknych krajobrazów. Jednak słowo piękne wydaje się w tym przypadku za ubogie. Nigdy w życiu nie zapomnę tego co tam widziałam. I jeśli gdzieś istnieje raj, to właśnie tam.


  Pomimo natłoku turystów, których liczba rośnie każdego roku, na wyspie nie brakuje dziewiczych, bezludnych plaż. I pomimo tego, że infrastruktura jest tam rozwinięta ( głownie z powodu i dla turystów ) to jedynym środkiem lokomocji dostępnym na wyspie są własne nogi. Generalnie fajna sprawa, pomijając nocne powroty do domu. Bo powrót po ciemku, po kilku drinkach może być przeżyciem :). Pamiętam, jak co chwilę zahaczałam o jakieś korzenie i kamienie, więc najlepszym rozwiązaniem jak się okazało było brodzenie w wodzie przy brzegu. I tak też najczęściej wędrowałyśmy aby dostać się do i z centrum wyspy. Czasem płynęłyśmy też łódką, a to nasz przystanek:



  Wspaniałe rafy koralowe u wybrzeży wyspy to najpiękniejsze w całej Tajlandii tereny do nurkowania i pływania w masce. A woda jest tak przejrzysta że podwodne życie można podziwiać nie wysiadając z łódki.



 
  Miłośników skalnej wspinaczki przyciągają na wyspy wapienne skały, których gładkie pionowe ściany w niektórych miejscach sięgają 374 m.







  Doszło do tego, że nawet tej małpie zazdroszczę, że żyje tam gdzie żyje i codziennie może biegać boso po tym ciepłym, białym piasku.

    Najcudowniejsze na wyspie jest to, że pomimo ogromnej ilości turystów bez problemu można znaleźć bezludne plaże albo miejsce, gdzie się człowiekowi wydaje, że oprócz niego samego nie ma na wyspie nikogo więcej.



  Czasem jak mi na duszy gorzej to wspomnienia z Kho Phi Phi są jednym z tych, które najczęściej przywołuję w pamięci.






  Ach żeby tak znów móc postawić tam stopę...



   I zamieszkać raz jeszcze w domu na palach, z widokiem na turkusową wodę.



  Zaraz się chyba popłaczę z tęsknoty :((. Potrzebuję wina. Pilnie.