Nie płacz, że coś się skończyło. Ciesz się, że Ci się to przytrafiło. ( G.G. Márquez )

niedziela, 21 października 2018

Jak zaoszczędziłam 20 euro na spacerze - wyznania dusigrosza.

Z tym dusigroszem to chyba trochę przesadziłam chociaż może i nie. Można jakimś innym słowem określić osobę, która idzie pieszo 12 km bo żal jej wydać 20 euro na taksówkę?
Wariatka?




Komunikacja miejska w Hiszpanii, zwłaszcza w mniejszych miastach i dodatkowo w niedzielę, rządzi się swoimi prawami. Dzień wcześniej, w sobotę, kupiłam w centrum handlowym okulary słoneczne. Następnego dnia rano byłam umówiona ze znajomymi na śniadanie, przed wyjściem z domu wyciągnęłam okulary z etui i okazało się, że są wadliwe. Może i przeszłabym koło tego obojętnie gdyby nie to, że były to najdroższe okulary w moim życiu i szczerze mówiąc do dzisiaj nie mogę wyjść z podziwu, że tyle na nie wydałam ( bez płaczu i zastanawiania się ). 


Spędziłam fajnie czas a pod wieczór wsiadłam do autobusu i pojechałam wymienić okulary. Wszystko poszło szybko i sprawnie ale się zasiedziałam w księgarni i nie zdążyłam na ostatni powrotny autobus. Do wyboru miałam albo taksówkę albo poproszenie kogoś ze znajomych, żeby po mnie przyjechał. Albo spacer. Szybko podjęłam decyzję, że idę, bo co to dla mnie 12 km. Phi.


Chodzić uwielbiam i czerpię wielką przyjemność z poruszania się pieszo - jeżeli odległość jest racjonalna i możliwa do pokonania w czasie, któym dysponuję, zawsze wybieram opcję "na piechotę". Albo rower ale dzisiaj rzecz jest o spacerze.  Skracam sobie czas czekania na autobus spacerem do następnego przystanku i nigdy nie przeraża mnie myśl, że trzeba gdzieś długo iść.


Nie będę ukrywać, że w podjęciu decyzji kluczową rolę odegrały widoki po drodze. Co prawda dobrze mi już znane ale tęsknię za nimi bo jednak w Hamburgu jest trochę inaczej :). Gdybym miała iść 12 kilometrów zwykłą asfaltową drogą wśród blokowisk zapewne szukałabym wymówek usprawiedliwiających wydanie pieniędzy na taksówkę. Ale że widoki obiecywały fajny spacer obfity w zachwyty i widoki, których teraz tak bardzo mi brakuje ruszyłam żwawo przed siebie ciesząc się tymi dwunastoma kilometrami przede mną.



Pomimo tego, że mój ostatni pobyt w Hiszpanii trwał tylko cztery dni i byłam w miejscu, w którym kiedyś mieszkałam, aparat zawsze miałam przy sobie. Jak widać dobrze się stało bo mam pamiątkę z tego spaceru "dusigroszki". I chociaż mam już zdjęcia z chyba wszystkich miejsc mijanych po drodze to nie mogłam się oprzeć uwiecznianiu chwili. Fotografia to frajda, zabawa w turystkę - fotografkę też.



Popołudnie było przepiękne ale nie upalne, co pozwoliło mi cieszyć się spacerem. Szłam po piasku, skałach i kamieniach. W górę i w dół. Momentami było ciężko bo byłam w sukience i w butach niekoniecznie nadających się na takie eskapady. Kawałek trasy prowadził przez mój ulubiony rowerowy szlak, za którym zatęskniłam. Robiłam postoje na zdjęcia i na składanie hołdu naturze, że takie cuda stworzyła. Wiem, że kiedyś to była moja codzienność i w sumie te widoki nie powinny robić na mnie wrażenia. Ale robią i robić będą bo nie umiem się nie zachwycać będąc w takich miejscach.



Nigdzie mi się nie spieszyło, zrobiłam sobie jeden postój na pyszne i zimne wino tinto de verano (obłęd!). Własne nogi to dla mnie najlepszy środek lokomocji, chodzę dużo i sprawia mi to przyjemność i frajdę. Jest jakaś mantra w rytmie kroków pozwalająca się uspokoić i wyciszyć, z żadnej innej perspektywy nie można tak się przyjrzeć codzienności i tyle dostrzec i zaobserwować jak z perspektywy własnych stóp.



Przechodziłam przez miejsca przywołujące wiele pięknych wspomnień - o piknikach, plażowaniu i czytaniu w plenerze z widokiem na bezkres wody.



Ten spacer był fantastyczny, uspokoił mnie wewnętrznie przed powrotem do pracowitej codzienności, przewietrzył głowę i rozplątał myśli. Fajnie, że są miejsca, które zachwycają niezależnie od tego czy widzimy je pierwszy czy sto pierwszy raz.

Cieszyłam się tak jakbym odkrywała te miejsca na nowo.



Wieczorem to co zaoszczędziłam to wydałam - grillowane krewetki już dawno nie smakowały mi tak bardzo. Jeśli chodzi o wydawanie pieniędzy na jedzenie to nie ma we mnie nic z tego wspomnianego wcześniej dusigrosza. Inwestowanie w pełen brzuch to zawsze dobra lokata.


niedziela, 14 października 2018

Początek jesieni na rowerze.

Tegoroczna jesień to jest jakiś obłęd. Już lato było szaleństwem ale widać, że jesień nie chce być gorsza. Nie ma dnia żebym nie szalała z radości widząc aurę za oknem. Uszczęśliwia mnie przeogromnie tak długi sezon rowerowy, praktycznie nie ma dnia żebym po pracy nie pojeździła chociaż godzinę. Kilka dni temu pojechałam do lasu szukać jesieni a znalazłam lato. Symfonia ptasich treli, ozłocone słońcem drzewa i ten zapach! Tak łapczywie go wdycham, że się prawie zachłystuję. Zapach lasu powinien należeć do siedmiu cudów świata. Dla mnie to jest najpiękniejszy aromat zaraz po farbie drukarskiej i earl grey'u.


To niesłychane jak bardzo mogą człowieka uszczęśliwić tak przyziemne rzeczy. I jak bardzo czasami są niedoceniane. Dla mnie, jak się okazało człowieka lasu, codzienna przejażdżka po pracy to najważniejszy z planów dnia. I wyczekiwany już od ósmej rano.



Uwielbiam te moje dobrze już znane ścieżki ale lubię też nowe drogi, szukanie miejscówek na książkę i herbatę, gubienie się i odnajdywanie bo chociaż orientację w terenie mam całkiem niezłą, to w lesie czasem mnie zawodzi.



Podchodzą tak blisko, że można je głaskać i karmić jabłkami i marchewką.
Pełnia szczęścia.



Czy Was też wzruszają takie widoki?




Szkoda, że mogę Wam jedynie pokazać zdjęcia a jeśli chodzi o całą resztę - promienie słońca, gra światła i cieni, miłe dźwięki uchu i sercu bliskie oraz leśny aromat - to musicie mi uwierzyć na słowo i sobie to wszystko wyobrazić.



Jeżdżę codziennie i zauważam zmiany w scenerii - więcej liści szeleści po kołami, więcej gołych gałęzi nad głową. Ale i tak jest fajnie - zielone liście zastąpi cała paleta ciepłych jesiennych barw. Na to też czekam. Niech tylko słońce nie znika bo bez niego to już nie będzie to samo.



Zawsze mam ze sobą termos z herbatą i książkę. Odkryłam tyle fajnych miejscówek do czytania, że mam dylemat którą wybrać. O tych moich leśnych kącikach czytelniczych też bym mogła stworzyć wpis ale nie bójcie się, aż tak nudno tu nie będzie póki co. Aczkolwiek w smutnej sytuacji braku ciekawszych tematów nic nie mogę obiecać.


Poniżej jeden z moich ulubionych odcinków w drodze do domu - tutaj zawsze jest słonecznie. Po lewej stronie są łąki i pola. Promieni słońca nie zasłania absolutnie nic.


Niech taka jesień trwa aż do zimy - chcę jeszcze czytać w hamaku, pić herbatę na balkonie, spać przy uchylonym oknie, w dodatku bez skarpet. I chcę spędzać wolne chwile na rowerze, te trochę zajęte też - wszak sprzątanie poczeka. Zdecydowanie bardziej lubię być zmęczoną rowerzystką niż zmęczoną panią domu.
Pizza z zamrażalnika to też obiad.




Te zdjęcia dedykuję wszystkim tym, którzy mają do lasu daleko. Ja bym chyba teraz bez tego mojego raju, do którego mam 10 minut na rowerze, żyć nie potrafiła. Czasem myśl o spacerze albo o czekającym w piwnicy rowerze pozwala mi przetrwać w pracy do końca dnia i przy tym nie zwariować.
 Gubię się wśród ścieżek i nacieszyć się nie mogę zapachem i widokami. Odsuwam póki co od siebie myśl, że taka jesień kiedyś się skończy a rower pokryje się kurzem i będzie mnie tęsknie wyczekiwał w piwnicy.
Wiem, że tak jak teraz wariuję ze szczęścia podczas tych moich codziennych przejażdżek, tak pewnie za czas jakiś będę za tym wariowała z tęsknoty.

poniedziałek, 8 października 2018

Robienie zdjęć ludziom jest dla odważnych.

Moja podróż do Kambodży była niezapomniana i wyjątkowa z wielu względów, o których już pisałam i znając mnie jeszcze pisać będę. Ten wyjazd jak chyba jeszcze żaden nie dał mi tylu okazji do przyglądania się ludziom i do układania wspomnień ze skrawków obserwowanej codzienności. W Kambodży dużo łatwiej przyszło mi pozbyć się nieśmiałości i skrępowania chociaż i tak w wielu przypadkach mogłam zrobić fajne zdjęcie ale nie robiłam bo nie mogłam się przełamać.

No ale czasem doznawałam objawów odwagi w czym duża zasługa lepszego obiektywu dzięki któremu mogłam uwieczniać codzienność z bezpiecznej i komfortowej dla obu stron odległości.



Jeżeli już odważyłam się podejść blisko to zawsze pytałam czy mogę zrobić zdjęcie. Ani razu nie spotkałam się z odmową, dwa razy podczas chęci zrobienia zdjęcia ludzie zakryli dłonią twarz co oczywiście uszanowałam i zrozumiałam. Zadanie ułatwiały mi uśmiechy i zachęcające gesty osób, które często same pozowały do zdjęć.





Od zawsze lubiłam oglądać zdjęcia ludzi, wyobrażałam sobie ich historie zapisane w naznaczonej zmarszczkami twarzy. Z przyjemnością oglądałam egzotyczną codzienność tak odmienną od mojej. Też chciałam robić takie zdjęcia i chociaż wiem, że przede mną jeszcze milion kroków to te kilka, ktore zrobiłam cieszą bardzo. Kambodża była przełomem i chociaż nadal uważam, że robienie zdjęć ludziom jest dla chojraków, to te które udało mi się zrobić wzbogacą w ogromny sposób moje kambodżańskie wspomnienia.



Najfajniejsze są dzieci. Bardzo często same chcą żeby im zrobić zdjęcie, pozują i wygłupiają się. Dziewczynki ze zdjęć poniżej to mieszkanki pływającej wioski, tutaj akurat podczas kambodżańskiego ślubu. Same ustawiały się do zdjęć, czesały się a później z radością oglądały siebie na wyświetlaczu. Z dziećmi zawsze jest wesoło i robienie zdjęć to fajna zabawa i dla mnie i dla nich.



Nigdy nie przestanie mnie zaskakiwać fakt jak bardzo, pomimo wielu różnic, my ludzie, jesteśmy do siebie podobni.



Kiedyś myślałam, że aby robić zdjęcia ludziom trzeba pozbyć się wstydu i skrępowania. Teraz wiem, że nigdy się tych uczuć nie pozbędę i zawsze mnie będą hamować, co może nie ułatwia robienia portretów ale też tego uniemożliwia. Po prostu muszę czasami o tym skrępowaniu zapomnieć, pamiętając o dobrym wychowaniu i poczuciu przyzwotości. Najważniejsze żeby zdjęcie nie zostało zrobione wbrew woli osoby fotografowanej albo żeby zdjęcie nie obraziło jej uczuć.


Bardzo często pytanie o zgodę na zrobienie zdjęcia jest wstępem do rozmowy albo nawet do fajnej zabawy przed obiektywem. Nie wyobrażałam sobie, że późniejsze oglądanie zdjęć przez osobę fotografowaną może dać tyle radości - nie tylko tej osobie ale również sąsiadom i znajomym.



W pobliżu jednej ze świątyń odbywały się akurat jakieś uroczystości połączone z koncertami i czymś na wzór naszego rodzimego odpustu. Mnisi zawsze przykuwają moją uwagę a przed robieniem im zdjęć nie umiem się powstrzymać. Całe szczęście, że zachowują się podobnie jak dzieci i pozują a uśmiechając się sprawiają, że pozbywam się skrępowania. Nawet jeżeli szli i zauważyli, że chcę im zrobić zdjęcie to zawsze się zatrzymywali i z uśmiechem patrzyli w obiektyw.



Wszystko, co tutaj się odbywało było dla mnie niezwykłe i magiczne, nieznane mi dotąd dzwięki muzyki współgrały z zapachem kadzideł. A w tym wszystkim ludzie, w większości kobiety ( wdowy ), turyści no i ja, próbująca się ukryć z aparatem bo wstyd mi było tak po prostu robić zdjęcia.


Podróże to nie tylko zabytki, znane miejsca i turystyczne szlaki. To również smaki, zapachy i dźwięki. I ludzie. Kiedyś byłam zdania, że bezczynne siedzenie jest stratą tak cennego na urlopie czasu a teraz wiem, że takie momenty to najcenniejsze z chwil. Uwielbiam obserwować codzienność i podczas każdej kolejnej podróży poświęcam jej więcej czasu i uwagi. Poźniej te wszystkie czynniki łączą mi się w niezapomniane momenty, momenty w historie, a historie we spomnienia. I karmię się nimi gdy do urlopu daleko a kolejny wyjazd dopiero mgliście zaczyna majaczyć na horyzoncie podróżniczych planów.



Kiedy sama ze sobą ustaliłam, że ten rok będzie dla bloga decydujący o jego istnieniu, nawet nie wiedziałam co te słowa ze sobą niosą. Nie uważam, żeby przygotowywanie wpisów było ciężką pracą ale jest bardzo czasochłonne. Dla mnie to przyjemność przeglądać i wybierać zdjęcia bo zawsze wracają miłe wspomnienia.
Z tekstem bywa gorzej, czasem wręcz opornie. Jak nie trafię w odpowiedni moment to walkę z brakiem weny przegrywam walkowerem. Najlepsze zdania układają mi się w głowie w najmniej odpowiednich do tego momentach a kiedy później próbuję je odtworzyć to nic nie brzmi tak jak bym chciała.
 Podziwiam osoby, które często i regularnie blogują oraz przygotowują sobie wpisy "na zapas". Też bym chciała taka być i ostatnio nawet próbuję ale trochę przeraża mnie czasochłonność tego przedsięwzięcia - następujące po sobie wieczory prawie w całości poświęcone "trzymaniu się chmur". Wiem, że to w dużej mierze kwestia priorytetów i dobrego zarządzania czasem, w czym raczej mistrzynią nie jestem. Zdaję też sobie sprawę, że aby blog funkcjonował i tętnił życiem a nie dawał o sobie znać raz na jakiś czas, trzeba chęci, zapału, natchnienia i czasu. I muszę to moje blogowanie przesunąć trochę w górę na liście priorytetów i zajęć na długie jesienne i zimowe wieczory bo póki co większą siłę przebicia ma książka, spacer (zapach jesieni i liście szeleszczące pod butami, o tak!), układanie zdjęć w albumach albo puzzle.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...