Nie płacz, że coś się skończyło. Ciesz się, że Ci się to przytrafiło. ( G.G. Márquez )

piątek, 11 maja 2018

O Angkor Wat i szczęściu jakie daje spełnianie marzeń.


Wydawać by się mogło, że opisanie miejsca, które było największym podróżniczym marzeniem powinno być łatwe, lekkie i przyjemne. Po kilku próbach stwierdzam, że z tych trzech przymiotników wcześniej wymienionych zgadzam się jedynie z tym ostatnim. Przez kilka wieczorów próbuję wybrać zdjęcia do tego wpisu ale zawsze kończy się obejrzeniem ich wszystkich. A że przywiozłam ich z tej podróży ponad trzy tysiące to po wszystkim miałam jedynie czas na prysznic i siły na wskoczenie do łóżka. Zasypiałam z postanowieniem, że jutro spróbuję kolejny raz ale podświadomie wiedziałam czym to się skończy. Znam już niemal na pamięć kolejność występowania większości zdjęć.


 Nasze pierwsze spotkanie z Angkor Wat miało miejsce trochę po 5 nad ranem. Jednym z punktów obowiązkowych wizyty w Siem Reap jest wschód słońca w Angkor Wat. Nawet jeśli nie mieliście tego w planach albo mieliście ale gdzieś Wam to umknęło, to życzliwi kierowcy tuk tuków pamiętają za Was. Tego dnia nawet pobudka o 4.30 nie wydawała się przerażająca bo pomimo tego, że to jeszcze blady świt, obudziłam się sama przed budzikiem. Jak widać ekscytacja spisuje się świetnie w takich sytuacjach, szkoda tylko że nie daje o sobie znać kiedy trzeba wstawać do pracy.


Na pewno znacie z czeluści internetu te piękne zdjęcia z Angkor Wat gdzie jako tło występuje czerwono-złote niebo. Przypomnijcie je sobie teraz bo podczas naszej wyprawy na wschód słońca do Angkor Wat, wschód był taki jaki widać na zdjęciach. Nijaki raczej. Chętnych na obejrzenie widowiska wschodzącego słońca było naprawdę wielu, taki całkiem spory tłum, wszyscy w gotowości z kamerami, statywami, aparatami i telefonami ustawionymi na time lapse. Ale pomimo tego, że ten dzień zaczął się mało spektakularnie nikt nie wydawał się zawiedziony. W miejscu takim jak to, do którego pewnie dla niektórych ( w tym dla mnie ) była to podróż życia, ciężko się gniewać na los tylko za to, że niebo nie mieniło się złotem.


Wizyta w Angkor Wat przypadła na nasz drugi dzień zwiedzania świątyń. Mieliśmy bilety na trzy dni, który kosztuje 62 dolary. Jeszcze przed wyjazdem ustaliliśmy, że będzie to opcja najlepsza z możliwych. Bilet jednodniowy kosztuje 30 dolarów i pomimo tego, że wiem iż są tacy, którym to wystarczyło, nie wiem jakim cudem można zobaczyć wszystko w jeden dzień. Siedem dni to z kolei zdecydowanie za długo więc wszystkim zainteresowanym polecam opcję trzydniową. Taki bilet jest ważny dziesięć dni, czyli w ciągu tego czasu można spędzić trzy dni spacerując po świątyniach.


 Po obejrzeniu wschodu słońca mieliśmy jeszcze ponad godzinę na zwiedzanie bo byliśmy umówieni z naszym panem od tuk tuka. Korzystanie z tej formy lokomocji to najlepszy sposób przemieszczania się pomiędzy świątyniami. Można też wypożyczyć rowery, które są dostępne w prawie każdym hostelu i w wielu punktach w mieście. Widziałam takich śmiałków i szczerze ich podziwiam bo pomimo tego, iż sama jestem wielką fanką dwóch kółek to nie wyobrażam sobie jak ciężkie musi być pedałowanie w taki upał. Świetną opcją jest też wypożyczenie skutera ( 10 dolarów za dzień ) o czym przekonaliśmy się już po zwiedzaniu świątyń ale na szczęście jeszcze przed dalszym zwiedzaniem. Skuter dał nam jeszcze większą niezależność i siłę przebicia w podróżach w nieznane. Polubiliśmy go tak bardzo, że podczas kolejnych podróży do Azji też będziemy z niego korzystać. Nie zniechęcił nas nawet mały wypadek w ostatni dzień urlopu ale o tym może też kiedyś napiszę.




 Nasza pierwsza wizyta w Angkor Wat nie była naszą ostatnią. Po dwóch dniach zwiedzania zrobiliśmy sobie przerwę na pływającą wioskę, a kolejnego dnia wróciliśmy. Po tym pierwszym poranku czułam niedosyt, nie miałam wystarczająco dużo czasu żeby się spokojnie nacieszyć chwilą, tłok był niesamowity bo po wschodzie słońca wszyscy ruszyli na zwiedzanie w dodatku słońce było tak niesprzyjające robieniu zdjęć, że nawet taki fotograficzny laik jak ja czuł się zawiedziony. Jestem zwolenniczką i wyznawczynią kultu radosnego pstrykania, bardziej profesjonalne podejście do robienia zdjęć leży póki co w sferze chęci a wysoki poziom to u mnie wyszukanie jakiegoś ciekawego kadru i pilnowanie się w kwestii prostej linii horyzontu. Zdecydowanie bardziej byłam zadowolona i usatysfakcjonowana zdjęciami w drugim dniu kiedy to sprytnie sobie wydedukowałam, że po południu światło będzie bardziej sprzyjało temu pstrykaniu.



 Świątynie Angkoru to największy na świecie kompleks świątynny, niektórzy przyjeżdżają do Azji Południowo-Wschodniej tylko po to, żeby dotrzeć właśnie tu. To najczęściej odwiedzane przez turystów miejsce w całej Kambodży więc nieodłącznym elementem jest tłum, który trochę się zmniejsza kiedy zorganizowane wycieczki jadą na obiad. Ale na szczęście pomimo tłoku można znaleźć miejsce, gdzie nie ma nikogo, jest cicho i spokojnie, słychać jedynie ptasi trel. Z resztą w Angkor Wat w ogóle jest spokojnie bo turyści zachowują się cicho i kulturalnie. No ale moje wyobrażenie może być takie dlatego, że byliśmy praktycznie pod sam koniec sezonu i na chwilę przed porą deszczową. W szczycie sezonu wszystko może wyglądać inaczej. Oczywiście były miejsca w których zagęszczenie ludności było większe niż gdzie indziej a żeby zrobić fajne zdjęcie trzeba było odczekać swoje w kolejce. Ale i o znalezienie "bezludnego" miejsca też nie było trudno.



 Jedną z najbardziej niesamowitych rzeczy jest to, że te budowle pochodzą z XII wieku. Trochę czasu zajęło mi uzmysłowienie sobie jaki to kawał historii. Ciężko mi też uwierzyć że wsród murów świątyni znajdowało się kiedyś miasto i pałac królewski, niestety wszystko drewniane co miało zdecydowany wpływ na to, że nic się nie zachowało. No ale to co zostało też jest piękne i fascynujące.


 Nie wiem jakimi słowami opisać ten dzień ( i wszystkie inne tego wyjazdu ). Starałam się chłonąć chwile wszystkimi zmysłami, jeszcze pamiętami zapach rozgrzanej słońcem ziemi, roślinności i piękny śpiew ptaków. Dziś pamiętam, ale co będzie za jakiś czas nie wiem, aczkolwiek boję się że zapomnę. Co prawda mam taką umiejętność ( chociaż może to rodzaj choroby ), że doskonale zapamiętuję zapachy z różnych miejsc. I później w najbardziej nieoczekiwanych momentach poczuję coś co przywoła wspomnienia a ja już wiem gdzie tak pachniało i kiedy. I nie musi to być dokładnie taki sam zapach, wystarczy jedna zapachowa nuta, a ja już się przenoszę do tamtych miejsc i dni. Niejednokrotnie jestem zdziwiona co pamiętam, czasami z dzieciństwa nawet. Bardzo sobie cenię tę umiejętność i mam nadzieję, że nigdy mi nie przejdzie.



Czytam sporo, dużo mówię, więc można by przypuszczać, że słownictwo mam bogate. Ten wyjazd był dużo lepszy od moich najlepszych o nich wyobrażeń, może stąd ta trudność żeby wszystko ubrać w słowa. Przeżyłam mnóstwo niezapomnianych chwil, przez jakiś czas żyłam w innej codzienności, otaczali mnie wiecznie uśmiechnięci ludzie wyrażający chęć pomocy nawet wtedy kiedy ani o nią nie prosiłam, ani jej nie potrzebowałam. Tak długo marzyłam o Kambodży i tak wiele razy w nią wątpiłam, że nawet teraz ciężko mi uwierzyć w to, że tam byłam i zamiast nadal marzyć o wyjeździe teraz mogę go wspominać. W ciągu jednego dnia Angkor Wat "przeskoczył" z listy największych marzeń na listę najpiękniejszych wspomnień co mnie cieszy przeogromnie i przepełnia ciężkim do opisania szczęściem.


Ta podróż, pomimo miliona wrażeń i bodźców, otworzyła mi oczy na drugiego człowieka. Rzeczywistość, w której żyłam te kilkanaście dni dała mi szansę zauważyć jak bardzo są do siebie podobni ludzie niezależnie od tego gdzie i w jakich warunkach żyją. Te chwile, kiedy siadałam na jakimś murku, krawężniku albo w kawiarni i przyglądałam się codzienności to jedne z najpiękniejszych chwil tego wyjazdu.


Ta podróż bardzo mnie odmieniła i wiele mi dała. Otworzyła mi oczy na wiele spraw i pozwoliła nabrać dystansu, uskrzydliła i dodała mocy w spełnianiu marzeń. W chwili obecnej jestem przekonana, że mogę wiele i w zasadzie mało jest rzeczy, które mnie ograniczają lub hamują w realizacji planów. Nie żałuję żadnej rzeczy, której musiałam sobie odmówić planując wyjazd ani przyjemności z której zrezygnowałam na rzecz podróży marzeń. Naprawdę było warto, każdy dzień tego wyjazdu był tego najlepszym dowodem, a ja mam tyle dobrej energii i wiary w samą siebie, że dziś wieczorem zacznę czytać o mojej następnej dalekiej destynacji.



Angkor Wat jest piękny i w żaden sposób nie przereklamowany. Jadąc tam byłam spokojna i pewna tego, że się nie rozczaruję. Czas jaki spędziłam na spacerach wśród świątyń wynagrodził mi lata czekania, w tym również dni kiedy ciężko mi było wykrzesać w sobie nadzieję, że to marzenie się spełni.

Widok tych wyłaniających się z dżungli niezwykłych sanktuariów będę pamiętać już zawsze.

poniedziałek, 30 kwietnia 2018

Wypowiadajcie głośno marzenia. Czasami wszystko się od tego zaczyna.

 Wróciłam. Ciężko mi nawet ubrać w słowa wydarzenia ostatnich trzech tygodni, w głównej mierze za sprawą tego, że to wszystko było moim udziałem, w co jeszcze nie do końca wierzę. Macie marzenia, które towarzyszą Wam od dawna a które systematycznie dają o sobie znać, z różnym natężeniem i mocą? Ja mam. Jeszcze do niedawna moim największym podróżniczym marzeniem było zobaczyć Angkor Wat. Dorastałam marząc o Kambodży a kompleks tych znanych na całym świecie świątyń plasował się na samym szczycie mojej podróżniczej listy marzeń.



Nie będę ukrywać, że były momenty kiedy myśl o wyjeździe do Kambodży była tak mało realna jak to tylko możliwe. Jak się okazało w temacie spełniania największego z marzeń stałam się mistrzynią w wyszukiwaniu wymówek - a bo samolot drogi, urlop za krótki, podróż za długa itp. Tymczasem wszystko okazało się łatwiejsze niż przypuszczałam a na kupno biletu i załatwienie urlopu potrzebowałam dwa dni.


Na wszystko w życiu przychodzi czas i odpowiednia pora. Pomimo tego, że myśl o Kambodży towarzyszyła mi od dawna to w chwilach zwątpienia w sens wszystkiego, w mój wyjazd do Kambodży też wątpiłam. I nagle wszystko się odwróciło. Przestałam zastanawiać się jak inni to robią, że tak często i daleko wyjeżdżają, bo uświadomiłam sobie, że oni po prostu to robią. Zaczęłam "odczytywać" znaki - we właśnie przeczytanej książce główni bohaterowie planowali wyjazd do Kambodży. W tej akurat czytanej pojawiło się zdanie:
"Wypowiadam życzenie Sully, po prostu wypowiadam życzenie. Czasami wszystko się od tego zaczyna".
No i się zaczęło.

Poszło łatwo i z urlopem ( bo podobno zasłużyłam ho ho ho ), i z pieniędzmi ( bo coś tam jednak odkładam, a bilety wcale nie były aż tak drogie ) a ta wymówka dotycząca dalekiej podróży to już w ogóle śmieszna jest, bo latać uwielbiam i uważam, że loty po Europie trwają zdecydowanie zbyt krótko. No ale wiecie jak to jest - ten, kto czegoś nie chce zrobić, zawsze znajdzie wymówkę, a ten kto chce coś zrobić, zawsze znajdzie środki.


Kiedy ktoś się mnie pyta jak się udał urlop to pierwsze co mi się chce odpowiedzieć, to idealnie. Liczę na to, że to słowo zawiera w sobie i opisuje wszystko. Bo naprawdę tak było. Wróciłam na dwa dni do Bangkoku gdzie w czasie niespiesznych spacerów przekonałam się, że od mojej ostatniej tam wizyty nic się nie zmieniło. Fakt ten przyjęłam z ulgą, radością ale też z miłym zaskoczeniem.



Znalazłam w sobie odwagę, by fotografować ludzi co zawsze chciałam robić a co jednocześnie zawsze mnie krępowało. No ale nie bez znaczenia był fakt, że zarówno w Tajlandii jak i w Kambodży zadanie miałam ułatwione, bo pomimo moich wcześniejszych obaw, które najbardziej mnie demotywowały, ludzie reagowali życzliwie i nikt mnie nie pobił ani nie pogonił.




Miałam czas, żeby przyglądać się tamtejszej codzienności i zwykłemu życiu, które dla mnie było niezwykłe.




Przez przypadek byłam gościem na weselu w jednej z kambodżańskich pływających wiosek.


Wypiłam hektolitry owocowych koktajli i chyba tyle samo mrożonej kawy. O ile to pierwsze mnie nie dziwi to kawa już tak, bo kawy nie lubię i nie piję. Uwielbiam herbatę a kawę piję sporadycznie i tylko w formie mało kawę przypominającej - pół metra bitej śmietany, karmel i kilogram różnych posypek. I jeszcze musi być z mnóstwem mleka.


Popłynęłam w rejs po zatoce Phang Nga aby zobaczyć miejsca znane z internetu i programów podróżniczych.





W czasie tego urlopu siedem razy leciałam samolotem o czym piszę z wielką radością bo latać uwielbiam a każdy odbyty lot skrzętnie sobie zapisuję na specjalnej latającej liście.


Tak, to był idealny urlop i chyba faktycznie żadne inne pojedyncze słowo nie opisze lepiej tego, jak było. Miałam czas żeby przez trzy dni delektować się kambodżańskimi świątyniami a na pierwszą tam wizytę zareagowałam dreszczami i spływającą po policzku łzą ( no dobra, kilkoma łzami ale co poradzę na to, że tak łatwo się wzruszam ). Na wypożyczonym skuterze dotarłam w miejsca, o których nie piszą w przewodnikach ( no bo który turysta wybiera się na kambodżańską wieś ). Przeczytałam dwie książki, głównie w hamaku i tak mi się to spodobało, że jeden hamak przywiozłam sobie na balkon. Potrafiłam usiąść na krawężniku tylko po to, żeby poobserwować codzienność. Uśmiechałam się tak często i tak mocno, że przez pierwsze dni bolały mnie policzki. Widziałam zwykłe radości codziennego życia u ludzi, którzy pomimo tego, że nie mieli nic byli szczęśliwi tak, jakby mieli wszystko. Przeżyłam kambodżański i tajski Nowy Rok, a wcale nie jestem o rok starsza.


Wróciłam pełna rozmachu w marzeniach i odwagi w ich spełnianiu. Wyjazd do Kambodży pokazał mi, że nawet spełnienie największego ( i najdalszego ) marzenia może być łatwe i że trzeba działać a nie czekać na bardziej sprzyjające warunki bo najczęściej okazuje się, że te obecne są tak samo sprzyjające jak każde inne. Nabrałam rozpędu w spełnianiu marzeń i liczę na to, że teraz moja podróżnicza lista wymarzonych destynacji będzie nie tylko powiększać się o nowe kierunki, ale również zmniejszać o te już zrealizowane. I pomimo tego, że czasami nadal nie wierzę w to, że spełniłam największe z podróżniczych marzeń, to prawda jest taka, że ta podróż wydarzyła się naprawdę a ja byłam jej główną bohaterką. Mam teraz ogrom energii i fajnego zapału do działania, i liczę na to, że stan ten będzie trwał. I wiecie co? Chyba pierwszy raz nie wracałam do domu z żalem i ze smutkiem, że coś się skończyło ( przepraszam, drugi, pierwszym był styczniowy Paryż ) . Zawsze wracam z uczuciem niedosytu, że czegoś nie zrobiłam, nie widziałam, nie przeżyłam itp. A teraz nie. Może to świadomość tego, jaki to był wspaniały czas i jak wiele pięknych chwil przeżyłam. A może wreszcie dojrzałam.

To co teraz? Gdzie teraz? I kiedy?


środa, 4 kwietnia 2018

Sylt. Wyspa z potencjałem.

Tak się jakoś składa, że na mojej podróżniczej liście marzeń nie ma wysp, może dlatego omijam je podczas "zdobywania świata". Do tej pory byłam na czterech - na Skopelos ( Grecja ), Isla de Tabarca ( Hiszpania ) oraz Phuket i Ko Phi Phi  ( Tajlandia ). W przedostatni weekend do tej listy dołączyła piąta, tym razem niemiecka - Sylt.


Litera L odzwierciedla kształt wyspy.


  Miałam do wykorzystania tydzień zaległego urlopu i chciałam to zrobić zanim zacznę wykorzystywać tegoroczny ( a to już za niecałe dwa tygodnie ). I chociaż to zupełnie do mnie niepodobne to chciałam spędzić ten urlop w domu - wstawać bez budzika, pić poranną herbatę w piżamie, poprzesadzać kwiaty, czytać, obejrzeć jakiś film, otworzyć sezon rowerowy ( nie udało się bo za oknem wiadomo jak ). Czasem zazdrościłam koleżankom że nie miały żadnych planów urlopowych i też chciałam się przekonać jak to jest. Udało się to wszystko w dużej mierze, tylko to niewyjeżdżanie się nie udało. Koleżanka chciała odwiedzić swoją koleżankę i zaproponowała mi wyjazd, a ja bez namysłu się zgodziłam bo jak słyszę słowo wyjazd to nie ma na mnie mocnych i automatycznie uruchamia się we mnie tryb przygody i poznawania nowych miejsc. Takim to sposobem pojechałam na Sylt.




Sylt leży na Morzu Północnym, blisko granicy z Danią. Słynie z kurortów, pięknych plaż i jest znanym ośrodkiem uzdrowiskowym. Nie da się ukryć że Sylt różni się zdecydowanie od wysp, na których byłam wcześniej. Poprzednie były ciepłe i palmowe, z widokiem na obłędnie lazurową wodę. Z Sylt nie było widoków na błękitne morze, ba, na żadne nie było bo mgła przysłoniła wszystko. W temecie mgły mam już doświadczenie z Lago di Como ( dla chętnych TU ).


To nie był pierwszy raz z tą mgłą. Miałam świadomość, że to nie jest Morze Śródziemne tylko północ Europy a do tego wyjątkowo zimny koniec marca, w związku z czym nie miałam nie wiadomo jakich wyobrażeń ani planów. Liczyłam tylko na odrobinę słońca i niebo w ciut ładniejszej barwie. A było jak widać chociaż widać było niewiele.



Pomimo mgły i nieprzyjającej pogody zdążyłam zauważyć, że wyspa ma potencjał. Te wszystkie internetowe galerie nie kłamią i gdy jest ciepło to na Sylt jest cudnie. Szerokie i dzikie plaże ( również z białym piaskiem ), wydmy, latarnia morska i foki. Podczas naszego pobytu było bardzo zimno a wilgoć i mgła dodatkowo potęgowały wrażenie chłodu. Ale pogoda nie miała wpływu na nasze plany i zwiedzałyśmy tak, jakby było ciepło. To nic że kostniały palce a ja trzymałam aparat przez rękawy swetra bo nie wzięłam rękawiczek ( phi, na wyspę w rękawiczkach? ). Dobrze że ciepłe swetry zabrałam, to mnie uratowało.



Pomimo niesprzyjającej pogody ludzi było sporo ale tylko w większych ( w kategorii wyspy ) miastach. Poza miastami było cicho i spokojnie tak tylko jak to potrafi być w uśpionych poza sezonem miejscach. Sama wyspa nie jest duża i myślę, że weekend spokojnie wystarczy żeby zobaczyć jej największe atrakcje. Sylt ma fajnie rozwiniętą sieć autobusową i można dotrzeć wszędzie a bilety nie są drogie.



Uwielbiam domy kryte strzechą i to one są głównymi bohaterami większości zdjęć z wyjazdu. Nastawiałam się co prawda na fotografowanie wybrzeża podczas długich spacerów ale szło mi marnie bo na spacery było za zimno a morza nie było widać. Byłam zaskoczona ( żeby nie użyć słowa oburzona ) faktem, że na większość plaż wstęp jest płatny 4 euro i to nie dotyczy tylko plażowania ale różnież spacerów nadmorskimi deptakami, nie tylko w sezonie ale cały rok. W chłód, ziąb, deszcz i mgłę też. Dowiedziałam się że te pieniądze w dużej mierze przeznaczane są na dowóz na wyspę piasku wymywanego przez odpływy.




Wrócę na Sylt w lipcu lub w sierpniu bo wyspa bardzo mi się spodobała. No i muszę na własne oczy zobaczyć te piękne plaże i wydmy z których wyspa słynie. Objadę wtedy Sylt z północy na południe i pojadę wszędzie tam gdzie się nie udało dotrzeć tym razem. Bo wyspa bardzo mi się spodobała, nawet ta mgła była fajna i tajemnicza, ale ciągle prześladują mnie letnie kadry z wyspy widziane na wszystkich dostępnych na Sylt widokówkach i nie dają mi spokoju.


Można również popłynąć w rejs wokół wyspy jeśli ktoś lubi taką formę zwiedzania albo odbyć lot samolotem i spojrzeć na okolicę z nieba ( to opcja zdecydowanie dla mnie ).



Momentami Sylt przypomina mi stylową angielską wieś, wszystko ładne i zadbane, nawet jeśli stare.


Większość zdjęć pochodzi z miasteczka Keitum do którego pojechałyśmy autobusem z Westerland, gdzie się zatrzymałyśmy. Samo Westerland jest mało ciekawe a jego główną atrakcją są plaże i deptak - nieciekawy, ze sklepami, restauracjami, kawiarniami i tłumem ludzi. Westerland to taka metropolia na skalę wyspy. Ale za to jest mnóstwo sklepów z herbatami i herbacianymi akcesoriami a przed każdym ze sklepów wystawione są termosy i plastikowe kubeczki zapraszające do degustacji. Uwierzcie mi że podczas gdy ziąb odmrażał mi palce taka herbata niejednokrotnie dodawała mi sił.


Sylt jest zamieszkany głównie przez Niemców ( tych raczej lepiej sytuowanych ), wielu Niemców z północy kraju ma tam swoje letnie kwatery. Poza Niemcami Sylt zamieszkuje mnóstwo Polaków którzy znaleźli tam dobrą pracę a tym samym swoje miejsce do życia na emigracji.


Wyspa najbardziej jest znana z plaż, uzdrowiskowych kurortów i SPA. Miłośników przyrody i natury przyciąga rezerwatem przyrody Morsum Kliff i Akwarium. Przy fajnie rozwiniętych ścieżkach rowerowych i spacerowych podróżowanie po Sylt autobusem lub samochodem wydaje się najnudniejszą z opcji. Przez swoje położenie Sylt daje ogromne możliwości miłośnikom surfingu, windsurfingu i kitesurfingu a golfiarze znajdą pola ( golfowe rzecz jasna ) do popisu.



Niewiele jest uczuć których nie lubię tak jak niedosytu. Podróżniczego. Czuję, że jakieś miejsce ma w sobie potencjał ale z różnych względów nie mogę poczuć tego w stopniu jaki bym chciała. Albo ogranicza mnie czas albo pogoda. Albo moja zachłanność bo zawsze bym chciała więcej i więcej i nie wystarczy mi tylko łapanie wspomnień w fotograficzne kadry. Ja muszę jeszcze kieszenie napełnić wrażeniami bo napełnienie garści to zdecydowanie za mało. Karmię się później nimi jak ulubioną ostatnio zupą z czerwonej soczewicy a na brak apetytu narzekać nie mogę, wierzcie mi. W stosunku do Sylt też mam plany i jeszcze się przekonacie, że tam jest pięknie i słonecznie, bo wrócę w wakacje i odkryję wyspę po swojemu. I to nie jest groźba tylko obietnica.