Nie płacz, że coś się skończyło. Ciesz się, że Ci się to przytrafiło. ( G.G. Márquez )

środa, 31 grudnia 2014

Bądź zmianą.

Kraków 2014


Radości, miłości i zdrowia.
Żyjcie dobrze, rozważnie i pięknie.
Niech każdy dzień będzie milionem okazji do uśmiechu - naprawdę niewiele trzeba by każdy dzień uczynić świętem...
Czerpcie z życia pełnymi garściami - w tej dziedzinie zachłanność jest mile widziana...
Żyjcie tak, aby ludziom było z Wami dobrze. I oczywiście niech Wam będzie dobrze z ludźmi.
Niech codzienność szczodrze obdarza Was niezapomnianymi chwilami a w dziedzinie trosk i zmartwień będzie chytra i skąpa.
Kartki kalendarza zapiszcie historią piękną, szczęśliwą i ciekawą...swoją własną...
Obierajcie dobre kierunki, niech Wam sprzyjają pomyślne wiatry.
Kiedy tylko się da zostawiajcie po sobie coś więcej niż tylko ślady stóp.
Wyjątkowych wspomnień, fajnych chwil i niewyczerpanych źródeł optymizmu. 
Pogody ducha w hurtowych ilościach i niepogody w śladowych.
Niech Wam się dobrze układa na wszystkich frontach.

Mo.




piątek, 19 grudnia 2014

19.12.2014.

Mam wrażenie, że jesień w tym roku pojawiła się niepostrzeżenie. Wczoraj nie było, dzisiaj już jest i powoli zmienia wszystko wokół. Może nie jakoś radykalnie ale jednak jest inaczej.


Pomimo słońca, kolorów i błękitnego nieba i tak jestem zdania że tak pięknej jesieni jak w Polsce nie ma nigdzie indziej. Drzewa mieniące się kolorami odbijają się w oczach tęczą. A hiszpańską jesień lubię bardziej niż hiszpańskie lato - temperatury są bardziej przyjazne a padający od czasu do czasu deszcz wzbogaca świat zielenią i kolorami.


Oliwki nie mogą się zdecydować czy chcą być czarne czy zielone.



Pomarańcze prosto z drzewa smakują najlepiej więc korzystam z okazji póki mogę.



Jeśli chodzi o granaty to byłam przekonana, że wyjadłam wszystkie w okolicy. Okazuje się, że jednak nie.


Figa bez maku.



Żyj powoli, zauważaj różnice, dostrzegaj detale i ten cały makro-mikro-kosmos. Życie się dzieje tu i teraz, drugiego dzisiaj nie będzie a jutro to już nie to samo. Zwiększenie uwagi jest moim postanowieniem noworocznym bo pomimo tego że patrzę, przyglądam się, przystaję to i tak wiele mi umyka. Zbyt wiele. Chcę patrzeć i widzieć a nie tylko ogarniać wzrokiem.


Mam ciągły niedosyt patrzenia, obserwowania, podpatrywania i niegasnący apetyt na zatrzymywanie chwil. Nawet takich w których nic się nie dzieje. A czasem głównie takich.


Byłam świadkiem cudu narodzin. Wzruszona, zachwycona i zakochana w maluchach od pierwszych chwil. Niezmiennie zdumiewa mnie Matka Natura i te małe śliczności, które chwilę po narodzinach już stawiały pierwsze kroki a następnego dnia dokazywały z rodzeństwem i z kuzynami ze stada i biegały za mną i za Milą.


Z chęcią zabrałabym do domu. Ale nie zabrałam :). Za to odwiedzam codziennie, przytulam, całuję i przyglądam się jak rosną.




Mistrzyni w wynajdywaniu podziurawionych piłek i przynoszeniu ich do domu. Oraz w unikaniu patrzenia w obiektyw.


Pomimo jesieni nadal szukam odrobiny cienia.



Tak trochę bez ładu i składu dzisiaj ale pod koniec roku zawsze tak mam...

poniedziałek, 8 grudnia 2014

W cieniu starych ulic - Alicante.



Dla większości osób odwiedzających Alicante zwiedzenie miasta ogranicza się do wjechania do ZAMKU, spacerów po deptaku, porcie i handlowej części miasta oraz na plażowaniu. Jeśli chodzi o architekturę to cóż - miasto nie zachwyca. Szare budynki mieszkalne, niczym nie wyróżniające się zatłoczone ulice, pomniki obok których turyści przechodzą obojętnie. Przyznaję, że długo sama byłam przekonana, że Alicante nie oferuje nic więcej oprócz tego co wcześniej wymieniłam. Do czasu aż w tej nijakości odkryłam inny świat.




Niejednokrotnie na blogu dzieliłam się moim uczuciem jakim darzę stare części miast. To tu jak nigdzie atmosfera sprzyja spokojnemu cieszeniu się chwilą, przyglądaniu codzienności i obserwowaniu zwykłego życia. Mam wrażenie, że te wąskie ulice, kamienice z balkonami tonącymi w kwiatach i zieleni oraz kolorowe okiennice i drzwi są esencją miast. A dla mnie skarbnicą doznań wszelakich.



Lubię wyszukiwać fajne detale, drobiazgi przykuwające wzrok, nietypowe zdobienia i dodatki. Ludzie mają wiele pomysłów na to jak dodać kolorytu swojemu otoczeniu i sprawić, że jest ciekawie i oryginalnie.




Są stare dzielnice ale takie zadbane, odrestaurowane i komercyjne, będące dla turystów obowiązkowym punktem zwiedzania. Kuszą restauracjami i sklepami. Ale są i takie, do których turyści zaglądają rzadko przekonani, że nie znajdą tam nic ciekawego. Ja jestem fanką tych drugich i właśnie w takich miejscach odnajduję najwięcej.



W takich dzielnicach największą ( a czasami jedyną ) atrakcją jest toczące się po swojemu życie ich mieszkańców. No chyba, że jest siesta i jedynym życiem jestem ja. Mogę sobie tutaj praktykować takie niecne czyny jak zaglądanie do okien, w bramy i w drzwi. Tak, tak, mam świadomość, że kiedyś ktoś mnie pogoni ale póki co nie mam w tym temacie żadnych złych doświadczeń. Nie zaglądam ponieważ jestem wścibska ( no może odrobinkę :) ) ale dlatego, że te wszystkie otwarte okna i drzwi kuszą mnie tak, że nie jestem w stanie się oprzeć. A że z silną wolą bywa u mnie różnie to efekt jest jaki jest...


Wąskie uliczki mają jeszcze jedną zaletę - są świetnym schronieniem przed palącym środziemnomorskim słońcem. Zawsze znajdzie się jakaś ławka lub krawężnik gdzie można przycupnąć i zebrać siły przed dalszym spacerem.

niedziela, 30 listopada 2014

Wrocław. Marszobiegiem wokół rynku.


  Do Wrocławia "wpadliśmy" dosłownie na chwilę wracając w sierpniu z wakacji. Gonił nas czas i wstyd się przyznać ale naszym głównym celem było zjedzenie obiadu i wypicie wedlowskiej czekolady. W zeszłym roku wracając z Pragi zrobiliśmy podobnie z tą tylko różnicą, że czasu mieliśmy tyle, że starczyło i na obiad, i na czekoladę i jeszcze na spacer po starówce. Niestety aparat ze zdjęciami padł ofiarą złodzieja i tyle je widziałam.




Kiedy reszta załogi grzecznie czekała na zamówione przez nas dania ja ruszyłam wokół rynku. Marszobiegiem. Podziwiałam kamienice, szukałam krasnali i chciałam odzyskać chociaż część skradzionych kadrów.




Z mojego pierwszego pobytu we Wrocławiu doskonale pamiętam radość z faktu, że tu jest dokładnie tak jak sobie wyobrażałam. Że nie będzie rozczarowania. A moje przekonanie, iż będę zachwycona architekturą, atmosferą i detalami sprawdziło się w zupełności.




No ja jak to ja lubię zajrzeć wszędzie. Dlatego strasznie mnie deprymuje świadomość braku czasu która tamtego dnia była moim nieodłącznym towarzyszem. Tak czy siak cieszę się z tego krótkiego i szybkiego spaceru aczkolwiek niemożność zatrzymywania się wszędzie tam gdzie bym chciała i na tyle na ile bym chciała psuła mi trochę radość z chwili.


Szkoda, że nie miałam czasu aby po prostu iść przed siebie, zatrzymywać się tam, gdzie będę chciała, pozaglądać do bram i sklepów, przyglądać się ludziom i podpatrywać życie ulicy.



Wrocław rozbrzmiewał wieloma językami, radosną salsą i nostalgicznym jazzem. Aromaty unoszące się z kawiarni i restauracji cudownie łaskotały podniebienie. To miasto zasługuje na powolną się nim degustację i mam świadomość, że ten mój marszobieg jest wobec Wrocławia ogromnym przewinieniem. No ale cóż Drogi Wrocławiu - inaczej się nie dało...



Czytałam w internecie wiele negatywnych opinii na temat tej fontanny. Zdaję sobie sprawę, że mieszkańcy mogą być bardziej krytyczni i mają do tego prawo - mnie jako turystce fontanna się podoba.


Ubolewam nad faktem, że nie znalazłam więcej krasnali. W zeszłym roku nasze poszukiwania były bardziej owocne bo mieliśmy czas żeby zajrzeć w więcej miejsc, uważniej się rozglądać i niejednokrotnie pytać mieszkańców o to, gdzie się pochowały krasnoludki. 


Ale ja tam jeszcze wrócę i wtedy wytropię wszystkie krasnale. Co do jednego. Żaden się nie ukryje.


czwartek, 20 listopada 2014

Najpyszniejsze miejsce w Barcelonie - La Boqueria.



La Boqueria to uczta dla zmysłów. Wszystkich. Ten najbardziej znany w Barcelonie, a może i w całej Hiszpanii targ zaspokoi nawet najbardziej wybredne żywieniowe gusta i poskromi największe apetyty.



Byłam na targu wcześnie rano, Barcelona dopiero co wybudziła się ze snu, podpatrywałam więc sobie pracę dostawców i sprzedawców i jakoś nie miałam śmiałości robić zdjęć. Jednakże w mgnieniu oka targ zapełnił się klientami i turystami. Dla mieszkańców Barcelony to miejsce handlowe a dla przyjezdnych takich jak ja atrakcja turystyczna. Szybko wyciągnęłam aparat i wmieszałam się w tłum bo jak się okazało robienie zdjęć w Boquerii jest jak najbardziej na porządku dziennym. Nikogo nie dziwi robienie zdjęć serowi lub kiełbasie.




Owoce we wszystkich kolorach tęczy, najróżniejsze rodzaje serów, świeże warzywa, wędliny suszone, wędzone i peklowane, oliwki, przyprawy z najdalszych zakątków globu, ryby i owoce morza praktycznie "prosto z morza", orzechy, bakalie, oliwa z oliwek, pieczywo i słodycze. Brzmi jak raj?





  Nie wiem jak to możliwe, że są ludzie, którzy w miejscach takich jak to potrafią stwierdzić, że już samym patrzeniem można się najeść. U mnie tak to nie działa, ba!, u mnie nawet zasada ta działa zdecydowanie odwrotnie. Wszelkiego rodzaju bazary i targowiska rozbudzają mój apetyt i choć bym nie wiem jak była najedzona to nie ma możliwości żeby nie znalazło się miejsce na coś jeszcze.






W moim przypadku szansa na to, że kiedykolwiek najem się patrzeniem jest tak nikła, że póki co nawet nie jestem w stanie sobie tego wyobrazić. Mało tego - wcale bym nie chciała. Uwielbiam jeść i korzystam z każdej sposobności by to czynić. Mhmm nikogo nie powinien zatem dziwić fakt, że bez roweru byłoby ze mną kiepsko :).


Stoiska ze słodyczami były tymi przy których zatrzymywałam się najczęściej. I na najdłużej. Po czym ukradkiem wycierałam ślinę i ruszałam w poszukiwaniu kolejnego słodkiego stoiska.



Zmysły wariują od nadmiaru bodźców wszelakich. Spacer po La Boquerii cieszy oko i cudownie łaskocze podniebienie a gruczoły ślinowe pracują na zwiększonych obrotach. 



W La Boquerii można również wypić kawę i zjeść śniadanie np. w postaci przekąsek przyrządzonych z dostępnych na targu składników. Z własnego doświadczenia wiem, że w takim miejscu apetyt dopisuje a pojęcia takie jak dieta lub dbanie o sylwetkę nie mają racji bytu. Bo dietę można zacząć po powrocie do domu a Boqueria może się już więcej nie powtórzyć...