Nie płacz, że coś się skończyło. Ciesz się, że Ci się to przytrafiło. ( G.G. Márquez )

niedziela, 23 grudnia 2018

Pięknych Świąt!




Życzę Wam pięknych chwil.
Bez stresu, pośpiechu i zbędnych oczekiwań.
To wyjątkowy czas więc więc spędźcie te dni tak jak lubicie, po swojemu.
Niech ciepła i rodzinna atmosfera rozgrzewa serca, choinka błyszczy blaskiem a oczy wzruszeniem.
Miejcie rozmach w dobrych słowach i miłych gestach.
Zatrzymajcie się na chwilę, zwolnijcie oddech...Już za kilka dni wszystko wróci do normalności a życie znowu nabierze rozpędu i wszystko będzie jak zawsze. Teraz niech będzie wyjątkowo.

Dobroci, miłości, szczęścia i wzruszeń na ten piękny czas.

Fajnych, niezapomnianych Świąt!


poniedziałek, 17 grudnia 2018

Dlaczego nie zachwycił mnie Phuket.

Phuket, największa wyspa Tajlandii, miała być dla nas w głównej mierze bazą wypadową na jednodniowy rejs po Zatoce Tajlandzkiej. Ze Siem Reap przyjechaliśmy po południu i po ulokowaniu się w hostelu i krótkim odpoczynku poszliśmy na spacer i mały rekonesans okolicy. Phuket słynie z imprez, całonocnych dyskotek, wygibasów w pianie i hulacznego życia. Żądni takich wrażeń turyści wracają z Phuket zachwyceni bo wyspa spełnia ich imprezowe oczekiwania. My plany mieliśmy inne - jeden dzień na wodzie a kolejny, będący ostatnim dniem urlopu, na wypożyczonym skuterze.


Śmierć króla Tajlandii Ramy IX w październiku 2016 r. była tragedią dla całego kraju. I pomimo tego, że od grudnia 2016 r. władzę sprawuje jego syn to zdjęcia, plakaty i graffiti przedstawiające ukochanego, nieżyjącego króla to widok często spotykany w Tajlandii.



Phuket jest mało azjatyckie, centrum miasta to dawna portugalsko-chińska dzielnica z kamienicami w stylu kolonialnym. Niestety większość z nich jest zniszczona, pomimo tego, że sprawia wrażenie zamieszkanych. Jak dla mnie Phuket jest raczej po europejsku nowoczesne co uważam za jedną z jego największych wad. Mnóstwo tutaj kawiarni serwujących babeczki i muffiny oraz kawę z bitą śmietaną podawaną w wielkich szklankach. Ich wystrój jest daleki od azjatyckiego, królują drewniane stoły, nowoczesne bary w stylu boho z zastawą w pastelowych kolorach a konsumpcję uprzyjemniają dyskotekowe hity. Łatwiej o hamburgera niż o pad thai'a i żeby takiego zjeść to trzeba wyjść poza centrum. Sklepy są stylowo urządzone, panuje w nich raczej mało azjatycki spokój, porządek i ład. Nie jestem pewna czy by nas nie pogonili za tak normalną w Tajlandii rzecz jak targowanie się.



Phuket to najbogatsza wyspa Tajlandii i widać to już na pierwszy rzut oka. Przeważają drogie samochody a na obrzeżach miasta królują wielkie, otoczone ogrodami rezydencje. Mnóstwo tutaj Anglików a język angielski słyszy się chyba częściej niż tajski.


Phuket trochę mnie rozczarowało ale nie czułam smutku z tego powodu. Cieszyłam się na rejs następnego dnia a nasz spacer traktowaliśmy raczej jako zabicie czasu i alternatywę dla siedzenia w hostelu. Nie wiem czemu ale nie liczyłam na szybsze bicie serca ani na powalenie na kolana spektakularną architekturą.





Jednym z najbardziej znanych miejsc na Phuket jest posąg Wielkiego Buddy znajdujący się na szczycie góry Nakked. Mający wysokość 45 metrów marmurowy posąg góruje nad wyspą. Dookołą niego znajdują się platformy widokowe z których rozciąga się piękny, panoramiczny widok na okolicę. Rzekomo Wielki Budda sprzyja medytacji przez co jest chętnie odwiedzany przez szukających wyciszenia i równowagi buddystów. Czuć tutaję atmosferę modlitwy i skupienia a do udzielających błogosławieństwa mnichów ustawiają się kolejki wiernych.



Posąg jest naprawdę wielki a siedzący Budda emanuje niezmąconym spokojem. Jest tak jasny i "czysty", że nawet na deszczowym niebie pięknie się prezentuje.


Buddyści wierzą, że Wielki Budda ma moc. Na "złotych" liściach, w najróżniejszych językach, zapisano prośby, podziękowania i przemyślenia. Za drobną opłatą każdy z nas może zostawić coś od siebie. Ilość tych liści naprawdę zdumiewa i pozwala wierzyć, że może faktycznie miejsce ma moc. Podobne wrażenie zrobiły na mnie krzyże na litewskiej Górze Krzyży.


Koty w Tajlandii są wszędzie, w świątyniach też. I smacznie sobie śpią w otoczonych czcią i wiarą murach.


U Wielkiego Buddy byliśmy wcześnie rano. Widoczność była raczej średnia ale przy słonecznej pogodzie jest się czym zachwycać. Tego dnia było pochmurno, parno i duszno a powietrze było ciężkie i gęste.




W dniu przylotu na Phuket poszliśmy na spacer do centrum miasta o tej samej nazwie a później na Wzgórze Małp, którego największa atrakcja zawarta jest w nazwie. Droga jest męcząca i dosyć stroma ale asfaltowa więc idzie się łatwo. Co jakiś czas ustawione są kramy z jedzeniem i piciem co ratowało nam życie bo ilość wody wypitej podczas tego spaceru spokojnie możemy mierzyć w hektolitrach :).




Wzgórze Małp to małpy, małpy i małpy. I mieszkańcy traktujący wzgórze jako trasę codziennych spacerów albo joggingu. Małpy żyją tutaj na wolności i pomimo tego, że dają się obserwować i sprawiają wrażenie, jak by pozowały do zdjęć to są agresywne i chamskie. Przyzwyczajone do karmienia przez turystów potrafią wyrywać butelki z wodą, wskakiwać na plecy i zaglądać do plecaków. Domagają się jedzenia rozpieszczone codzienną ucztą fundowaną przez przyjezdnych. Często gonią turystów a Ci uciekają z piskiem, sama byłam jednym z nich a biegnącą za mną małpę, pokazującą zębiska bynajmniej nie w uśmiechu, pamiętać będę długo. Liczyłam na to, że spacer wśród dzikich małp da nam w nagrodę jakieś spektakularne widoki ale na górze okazało się, że szału nie było. Było za to zmęczenie i mokre od potu włosy i ubranie.


Plany na ten dzień mieliśmy ambitne co niestety pokrzyżowała nam wywrotka na skuterze. Zatrzymaliśmy się na tankowanie bo chcieliśmy jechać w takie trochę odludne rejony i woleliśmy mieć pełen bak. Zatrzymaliśmy się przy stacji, przepuściliśmy samochody i przy podjeżdżaniu do dystrybutora zaliczyliśmy mały upadek. Na szczęście prędkość mieliśmy żadną i skończyło się na zdartych łokciach i kolanach. Nigdy nie zapomnę pomocy udzielonej nam przez pracowników stacji paliw, którzy szybko wybiegli, żeby nam pomóc. Przyniesiono nam wodę a po chwili podjechała furgonetka, która zabrała nas na pogotowie gdzie założono nam opatrunki. Najwięcej stresu mieliśmy w związku z tym, że był to nasz ostatni dzień na Phuket, wieczorem mieliśmy samolot do Bangkoku a z tamtąd następnego dnia do Frankfurtu. A jeszcze czekały nas formalności w biurze wynajmu skutera. Na szczęście wszystko poszło sprawnie i wyrobiliśmy się przed czasem. Nasze plastry i bandaże przyciągały uwagę, oferowano nam bezinteresowną pomoc, kierowca autobusu wniósł nam plecaki a podczas odprawy zaproponowano pierwszeństwo wejścia na pokład i zmianę miejsc tak, żebyśmy mieli więcej miejsca dla tych naszych poobijanych nóg. Z czego nie skorzystaliśmy bo czuliśmy się świetnie. Ale dobroci ludzi nie zapomnę bo to moje wypowiadane cały czas i do wszystkich podziękowania to na pewno było za mało. Bezinteresowna pomoc chwyta za serce.

Odczucia wobec Phuket mam mało entuzjastyczne na co wpływ ma ilość i jakość tego, co widziałam. Gdyby doszedł do skutku nasz dzień na skuterze to na pewno ta relacja brzmiałaby zdecydowanie inaczej. Musieliśmy zrezygnować i z dotarcia na Przylądek Promthep - najdalej na południe wysunięty punkt na wyspie, i z obiadu na plaży ale tego dnia najbardziej liczyło się to, że z upadku wyszliśmy cało, bez złamań i potrzeby hospitalizacji.

Tak nam minął przedostatni dzień tej niezapomnianej przygody.



wtorek, 11 grudnia 2018

Dwa dni w Kopenhadze - dzień drugi.

Kopenhaga nie powala na kolana piękną architekturą. Nie deklasuje innych europejskich stolic jeśli chodzi o ilość zabytków, nie ma tu dzieł na miarę Gaudi'ego ani miejsc, do których turyści zjeżdżają się tłumnie z całego świata. Dla większości liczba znanych kopenhaskich atrakcji ogranicza się do dwóch, listę zaczyna Syrenka a kończy Nyhavn - przystań turystyczna z charakterystycznymi kolorowymi kamienicami.



Są tacy, którzy uważają, że weekend w Kopenhadze to za długo. Nie będę podważać tej tezy bo prawda jest taka, że nam spokojnie wystarczył jeden dzień na zobaczenie najważniejszych atrakcji miasta w tempie spacerowym, rejs po kanałach a nawet na kupno pamiątek. Nasz plan wycieczki nie uwzględniał żadnych wstępów do muzeów bo ani ja nie jestem fanką takich atrakcji, ani towarzysząca mi w Kopenhadze dwunastolatka.



W Kopenhadze wszystkie drogi prowadzą do przystani ale to tylko zaleta bo kolorowe kamienice nad kanałem są piękne i oryginalne. Miasta poprzecinane kanałami mają ze sobą wiele wspólnego i wyglądają podobnie ale Kopenhaga wyróżnia się wśród nich kolorami.


W dniu przyjazdu, a przyjechałyśmy do Kopenhagi wcześnie rano, udało nam się zobaczyć chyba wszystko co interesujące. Na dzień drugi nie miałam absolutnie żadnego planu więc szwędałyśmy się po centrum miasta. Na mapie udało nam się znaleźć kilka interesujących miejsc i do nich poszłyśmy. Pogoda była cudowna a ja naprawdę wypoczywałam. Przysiadałyśmy na placach i skwerkach żeby popatrzeć na ludzi, dokupywałyśmy pamiątki i prezenty dla bliskich, wąchałyśmy książki w księgarniach.



Ten wyjazd był bardzo spontaniczny, Kopenhaga nigdy nie była na liście moich wymarzonych destynacji ale też nie była miejscem, do którego jechać nie chciałam. Byłam tam i bardzo się cieszę ale gdybym nie była, to też nic by się nie stało. Korzystam z każdej sposobności do podróży, o pewnych miejscach marzę długo, inne należą do średniej kategorii tych "w sumie czemu nie". Kopenhaga to było właśnie takie "jak nadarzy się okazja, to nie odmówię". Nie nadarzyła się, sama ją stworzyłam, a w sumie to z entuzjazmem zareagowałam na pomysł mojej młodej towarzyszki.



Jednym z najbardziej znanych zabytków miasta jest Zamek Rosenborg. W środku nie byłam ale podobno jest bardzo bogato i luksusowo. Polecam za to otaczający go Królewski Ogród z fontannami, rzeźbami, licznymi kawiarniami a nawet teatrem lalek.




Pomimo mojego wcześniejszego mało entuzjastycznego nastawienia do duńskiej stolicy wróciłam przemile zaskoczona. Nie ilością ani wartością historyczną zabytków, które widziałam ale miastem samym w sobie. Pogoda była przepiękna co sprawiało, że czułam się jak w jednym z krajów śródziemnomorskich. To uczucie potęgowały liczne place i placyki zastawione kawiarnianymi stolikami. Miasto jest czyste i jasne, ludzie uśmiechnięci i mili.





Uwielbiam "pływające" miasta zatem położona wśród kanałów i poprzecinana mostami Kopenhaga już na starcie miała u mnie wielki plus. Możliwość przemieszczania się barkami pełniącymi funkcję komunikacji miejskiej to coś czego zawsze zazdrościłam mieszkańcom miast na wodzie. Teraz w Hamburgu sama z tego korzystam i jeśli tylko mam okazję to płynę gdzieś zamiast jechać. Czasem z koleżankami kupujemy sobie coś do picia i po prostu płyniemy barkobusem żeby wypić kawę lub herbatę "na wodzie". Mała rzecz a cieszy.


Kopenhaga jest zielona, zaskakuje ilością i pomysłowością detali, z wielkim zapałem fotografowałam okna, drzwi i ... rowery, których w mieście multum. Rowerzyści są wszędzie bo wszędzie są ścieżki rowerowe i rowerowe parkingi.



Byłam zaskoczona iloscią turystów i łatwością z jaką zatłoczone miejsca przechodzą w te zupełnie wyludnione. W Kopenhadze tak jak wszędzie większość przyjezdnych idzie zwartym nurtem a tylko nieliczni wyłamują się żeby stworzyć własny szlak.



Dwa dni w Kopenhadze dały mi wytchnienie którego potrzebowałam. Nie musiałam biegać ani tak manewrować czasem, żeby niczego nie przeoczyć. Mogłam sobie pozwolić na letnie spowolnienie bo nie towarzyszyła mi obawa, że czegoś nie zobaczę. I chociaż najczęściej dwa dni to dla mnie za mało w przypadku Kopenhagi tyle wystarczy.



Bardzo mi się podoba w Kopenhadze pomieszanie stylu. Starsze części miasta łagodnie się łączą z nowoczesną metropolią. Odnajdywałam w Kopenhadze i Hiszpanię, w której przecież mieszkałam i byłam wielokrotnie, i Nowy Jork, w którym nie byłam ale który każdy z nas dobrze zna.


Byłam przekonana, że Skandynawowie to raczej chłodni i opanowani ludzie a okazało się, że mają temperament, śpiewają i tańczą na ulicach, są pełni energii i entuzjazmu. Są uśmiechnięci i przyjaźni, chętni do pomocy i udzielania informacji. Nie wiem czemu ale myślałam, że Kopenhaga jest smutniejsza a w rzeczywistości okazała się ładna i kolorowa, a skąpana w letnim słońcu to już w ogóle robiła miłe wrażenie. I chociaż nie powala ilością atrakcji to nadrabia urokiem i fajną atmosferą a to też się liczy.


Po prawej na dole Hans Christian Andersen, bohater mojego dzieciństwa. Bo kto nie zna Księżniczki na ziarnku grochu, Królowej Śniegu, Dziewczynki z zapałkami albo Brzydkiego kaczątka. Z mojego pokolenia znają go wszyscy. Baśniopisarz patrzy na Park Tivoli Gardens, drugi najstarszy park rozrywki na świecie. Nie pamiętam ceny wstępu ale pamiętam szok w jaki wprowadziło mnie czytanie cennika zatem musiało być drogo.



Tych, którym pierwsza część umknęła a chcieliby to nadrobić, zapraszam TUTAJ.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...