Nie płacz, że coś się skończyło. Ciesz się, że Ci się to przytrafiło. ( G.G. Márquez )

poniedziałek, 23 lipca 2018

Od ludzi z daleka. Bobergen Dunen.

Jestem z tych co to przez całą drogę do i z pracy czytają książkę. Zatopiona w lekturze rzadko spoglądam w okno. Po dwóch latach przemierzania tej samej trasy nie jestem nawet w stanie wymienić wszystkich stacji po kolei. Czasem tylko zerknę na jakieś wiadomości wyświetlane na monitorach i to właśnie podczas jednego z takich "rzutów okiem" dowiedziałam się o Bobergen Dunen.


Miniony weekend był jednym z tych bez konkretnych planów. Sobota przebiegła bezszelestnie, leniwie i za szybko zdecydowanie więc nie mogłam pozwolić żeby tak samo stało się z tak przeze mnie lubianą niedzielą. Podczas śniadania przypomniałam sobie o Bobergen Dunen, a że dzień był ciepły i słoneczny a miejsce niewymagające specjalnego szykowania się - ruszyliśmy.




Bobergen Dunen to wydmy na obrzeżach Hamburga. Dojechać tam można metrem lub podmiejską kolejką, a później kilka przystanków autobusem. Wydmy pełnią funkcję plaży, ludzie się opalają, czytają, grillują albo uprawiają sport. Obszar jest spory więc nawet przy dużej liczbie ludzi nie jest trudno znaleźć miejsce gdzie będziemy tylko my. Co prawda kiedy wysiedliśmy z autobusu trochę nas przeraziła ilość ludzi idących w stronę wydm bo szukaliśmy odludzia więc trochę zrzedły nam miny. Na szczęście okazało się, że każdy poszedł w innym kierunku. Chociaż jednocześnie ten tłum był dla tego miejsca dobrą rekomendacją.




Dużo ludzi biwakuje, rozbite namioty to częsty widok. Sporą atrakcją, zwłaszcza w takie upalne dni, jest jezioro (z wydzieloną częścią dla nudystów !). I to właśnie miejsca mające dostęp do jeziora cieszą się największym powodzeniem. W pozostałej części wydm jest cicho i spokojnie, rzadko spotyka się ludzi i tego właśnie szukałam jadąc tam.



Bobergen Dunen i okolice to świetny teren rowerowy z kilometrami wydzielonych ścieżek. Gdybym o tym wiedziała to zabralibyśmy rowery a tak musimy wrócić tam jeszcze raz bo rowerowanie w takim miejscu to niesamowita frajda i relaks. Z zazdrością patrzyłam na wszystkich tych którzy spędzali niedzielę na rowerach a tych którzy nie wiedzą o co mi chodzi odsyłam dwa wpisy wstecz :). Chociaż muszę przyznać że zatopienie stóp w ciepłym i aksamitnie gładkim piasku też było wspaniałe, i ja i stopy potrzebowałyśmy bardzo takich wrażeń.




Może i widoki dalekie od egzotycznych i oszałamiających za to miejsce na pewno warte opisania i zobaczenia. W takiej swojskiej prostocie i zwyczajności drzemie wielki potencjał będący gwarancją relaksu, spokoju i odzyskania równowagi ( zwłaszcza w czasie, kiedy w pracy urwanie głowy ). Ten zwyczajny spacer napełnił mnie spokojem i przygotował na kolejny pracowity tydzień.


No dobra, wiem że latam na inne kontynenty w poszukiwaniu wrażeń i spełniać marzenia ale wierzcie mi że takie widoki też mnie zachwycają. Już samo niebo mnie uszczęśliwia. Każdy wyjazd mnie cieszy i nawet krótka jednodniowa podróż sprawia radość. Do zachwytu nie potrzebuję niecodziennych wrażeń.



I to nie jest banał że w takich zwyczajnych krajobrazach jest wszystko to co wystarczy aby odpocząć. Egzotyka też jest fajna, ale raz na jakiś czas.


Na terenie wydm znajduje się lotnisko dla awionetek a do samolotów mam słabość wielką. Earl grey z widokiem na lądujące i startujące samoloty to była jedna z atrakcji dnia.



Czy to nie są piękne widoki?



Wydmy zajmują obszar 350 hektarów więc łatwo znaleźć miejsce gdzie oprócz ciszy nie słychać nic. A ja właśnie takie oczekiwania miałam wobec tej zwyczajnej niedzieli w dresie i na bosaka.

poniedziałek, 9 lipca 2018

Pływająca wioska Kampong Pluk.

Co roku o tej porze mam tak samo. Zamiar regularnego prowadzenia bloga przegrywa z rowerem, hamakiem na balkonie, spacerami i książką w parku. I nie dość, że przegrywa to na dodatek nie ma w tej walce żadnych szans. Z podziwem patrzę na tych, którzy nie dość, że piszą regularnie to jeszcze bardzo często. Nadziwić się nie mogę, że tak można.



 Pojęcia nie mam kiedy "ogarnę" wszystkie azjatyckie wpisy. I chociaż lato nie sprzyja regularnemu blogowaniu to sprzyja gromadzeniu materiału na długie jesienno-zimowe wieczowy, kiedy to blogowanie będzie łatwe, miłe i przyjemne, w co zawsze święcie wierzę i co tradycyjnie rzadko kiedy mi wychodzi.



 Kilkakrotnie już wspominałam, że sama lubię być dla siebie przewodnikiem, kompasem, mapą i gps-em. Nie korzystam z biur podróży ani ze zorganizowanych wyjazdów i wycieczek ale urlop w Kambodży zmienił trochę moje statystyki w tej dziedzinie. Dwa razy wzięliśmy udział w zorganizowanej wycieczce i było to o dwa razy za dużo. Oprócz rozczarowania i straty pieniędzy te dwa dni mimo wszystko przyniosły też dobre doświadczenia - utwierdziły mnie w przekonaniu, że takie atrakcje nie są dla mnie.



Będąc w Siem Reap zaplanowaliśmy sobie dwie jednodniowe wizyty w pływających wioskach. Zarówno w przewodniku jak i w internecie naczytaliśmy się o zorganizowanych wyjazdach do tych miejsc co utwierdziło nas w przekonaniu, że samodzielne dotarcie tam może nie jest niemożliwe ale trochę skomplikowane. Z pierwszej takiej wycieczki wrażeń nie mam żadnych oprócz rozczarowania. Wycieczka trwała może z cztery godziny z czego trzy zajął nam dojazd i powrót. W samej wiosce spędziliśmy może dwadzieścia minut, zrobiłam kilka zdjęć, po czym zostaliśmy zapędzeni do busa i ruszyliśmy w drogę powrotną. Byłam tak oniemiała i rozczarowana, że nawet nie chciało mi się komentować tego, w czym własnie wzięliśmy udział. Błyskawiczna wycieczka dla tych którzy chcieli zobaczyć jak taka wioska wygląda i wielkie rozczarowanie dla mnie bo ja chciałam sobie pochodzić i popatrzeć na tak egzotyczną i inną od mojej codzienność.



Kiedy z okien busa patrzyłam na to, czego pozbawiła mnie ta "fantastyczna" zorganizowana wycieczka po cichu już szukałam opcji na powrót tam na swoich zasadach. Nasze wybawienie kosztowało nas 10 euro za dobę, było małe, czerwone i było jednośladem. Kambodża zrobiła z nas fanów wypożyczania skuterów, wypożyczyliśmy też skuter na dwa ostatnie dni urlopu w Tajlandii. Oprócz frajdy i kupy śmiechu z tego, jak wyglądamy w kaskach skuter dał nam niezależność o jakiej nam się nie śniło. Następnego dnia po tej feralnej wycieczce sami pojechaliśmy poszukiwać wrażeń i był to jeden z najfajniejszych i najbardziej nieprzewidywalnych kambodżańskich dni.



 W Kambodży panowała akurat pora sucha co pozwoliło nam na spacer zamiast rejsu łódką jak to ma miejsce w porze deszczowej. Kolorowe domy na palach a w nich uśmiechnięte wielopokoleniowe rodziny. Suszące się w słońcu sieci i zapach wędzonych ryb. Zajęte zabawą dzieci które jednak z wielką radością domagały się robienia zdjęć. Pyszna zimna kawa w szklance która nowa była wieki temu. Byliśmy jedynymi turystami ale za sprawą uśmiechów i miłych spojrzeń mieszkańców nie czuliśmy się intruzami.



Na jeden dzień staliśmy się uczestnikami codzienności tak bardzo odmiennej od naszej. Nie byliśmy przez nikogo nagabywani do udzielenia finansowego wsparcia tutejszej szkole, dzieciom i organizacjom charytatywnym co miało miejsce podczas zorganizowanej wycieczki. Mieliśmy w plecakach prezenty dla dzieci a nasza radość z ich wręczania to jedno z moich najmilszych wspomnień. Nie przypuszczałam jak wiele radości potrafi wywołać kolorowanka i paczka kredek albo puzzle z bohaterami jednej z bajek. Rezygnacja z zabrania wiekszej ilości ubrań żeby starczyło miejsca na upominki odwdzięczyła się możliwością uczestnictwa w spontanicznych i szczerych wybuchach radości. Zyskałam na tym zdecydowanie więcej niż gdybym miała inny "outfit" na każdy dzień.






Mieszkańcy wioski to w głównej mierze rybacy i to właśnie rybołówstwo jest głównym żródłem utrzymania a suszące się w słońcu sieci to element charakterystyczny dla prawie każdego domu na palach. Każda rodzina posiada swoją łódkę, która w porze deszczowej jest jedynym środkiem lokomocji pozwalającym dotrzeć do miasta. Życie płynie powoli, leniwie i spokojnie.




W Kampong Pluk mieliśmy okazję uczestniczyć w uroczystościach ślubnych jako jedyni biali "goście". Dla większości z nich byliśmy tak samo egzotyczni jak oni dla nas. Największą atrakcją byliśmy dla dzieci które przyglądały nam się z zaciekawieniem. Dla mieszkańców wioski zaproszenie nas na ślub było dużo bardziej naturalne niż dla nas odnalezienie się w nowej sytuacji ale zanim zdążyliśmy zaprotestować już siedzieliśmy wśród gości.



 Pływająca wioska, która w porze suchej najzwyczajniej w świecie "stoi", tyle że na palach, to jedno z najbardziej ciekawych miejsc w jakich byłam. Nie widziałam nigdy czegoś równie podobnego, z tak niespotykaną "architekturą". Zero zabytków i pięknych budowli za to wrażenie i emocje takie, że w niektórych miastach takich nie miałam. Podczas spaceru jedyną drogą w mieście, która wszystko brudziła na czerwono nie mogłam uwierzyć, że gdzieś tam istnieje świat drapaczy chmur, nieustannego bycia online, gonienia za pieniądzem i wspinania się po szczeblach kariery. Istniał jednak a ja chcąc nie chcąc byłam jego częścią, tylko że akurat na urlopie. Odwiedziliśmy Kampong Plug podczas jednego z pierwszych dni w Kambodży a ja byłam nim tak zachwycona, że dużo łatwiej było mi wyobrazić sobie siebie łatającą sieci niż nastawiającą codziennie budzik na 6.15.

 Druga z odwiedzonych przez nas pływających wiosek naprawdę pływała, bo czyni to niezależnie od pory roku gdyż jest zbudowana na jeziorze. Zmienia się jedynie poziom wody. Ale o tym będzie innym razem.