Nie płacz, że coś się skończyło. Ciesz się, że Ci się to przytrafiło. ( G.G. Márquez )

sobota, 30 września 2017

Cuevas del Rodeo. Inne oblicza jaskini.


W moim podróżowaniu i włóczeniu się po okolicy nie kieruję się żadnymi kategoriami. Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że zdecydowanie wolę polegać na własnym instynkcie i pomysłowości niż na przewodnikach opisujących tylko te miejsca najbardziej znane. Bycie powsinogą ciekawą świata jeszcze nigdy mnie nie zawiodło ani ( na szczęście ) nie wpakowało w żadne tarapaty, co czasami samą mnie napawa zdumieniem przez to moje zaglądanie w bramy i okna. I nawet mnie żadnym psem nie poszczuto. Nigdy. Na serio!



Bycie niezależną daje w podróżowaniu niesamowite możliwości. Nie wiem czy kiedykolwiek dojrzeję do podróżowania z biurem podróży, w chwili obecnej tak samo szczerze w to wątpię jak i liczę na to, że jednak do tego nie dojdzie. I to nie jest tak, że mam coś przeciwko zorganizowanym wyjazdom bo wiem, że są miejsca po których ciężko podróżować na własną rękę. Póki co nie mam takich miejsc w moich podróżniczych planach co zdecydowanie ułatwia organizowanie wyjazdów. Wiem, że z tym moim gadulstwem i ciekawością, z niemożliwą do pohamowania nałogową obsesją na punkcie obserwowania codziennego życia i zaglądania w mało turystyczne zakamarki niekoniecznie byłabym darzona sympatią przez pilota lub opiekuna grupy :).



Nie muszę podróżować daleko żeby czuć się podróżniczo spełniona ( podróżniczo! to brzmi dumnie ). Może to dlatego, że nie podróżuję daleko tak często jak bym chciała. Z równą radością docieram do miejsc bliskich i zdawałoby się turystycznie mało atrakcyjnych. Gdybyście widzieli moją radość na urodzinową podróż piętrowym pociągiem to opinia byłaby jednoznaczna: wariatka!



 Cuevas del Rodeo to jaskinie będące kiedyś pomieszczeniami mieszkalnymi. Grupa pasjonatów, niezależnych artystów i marzycieli postanowiła połączyć siły i uratować jaskinie przed zniszczeniem. W piętnastu jaskiniach powstały galerie sztuki, organizowane są warsztaty artystyczne, kameralne koncerty i różnorakie zajęcia a także wystawiane są sztuki teatralne. W jednej z nich jest herbaciarnia a w jednej bar.



Co jakiś czas organizowane są imprezy mające na celu popularyzację tego miejsca a dla artystów są szansą na pokazanie i sprzedaż swoich prac.



 W jaskiniach organizowane są warsztaty artystyczne dla zorganizowanych grup, często przyjeżdżają tutaj szkoły na zajęcia plastyczne. Odrestaurowanie jaskiń zaowocowało bogatą ofertą kulturalną i ożywiło zapomniane kiedyś miejsce. Jestem pewna, że kiedy Cuevas del Rodeo rozbrzmiewają muzyką i głosami ludzi, twórcy całego zamieszania mają pewność, że fundusze, praca i serce włożone w odrestaurowanie jaskiń nie poszły na marne. I że było warto.


Jaskinia nr 3 - herbaciarnia.


 Tyle się rozpisałam na temat tego jaka to jestem odważna i nieustraszona w zaglądaniu ludziom w okna a tymczasem ja nawet nie potrafię robić zdjęć we wnętrzach bo czuję się tak niezręcznie, że szkoda słów. Może i w dużych pomieszczeniach, kiedy nikt nie patrzy czasem coś tam pstryknę, ale w miejscu małym jak jaskinia tak długo się czaję, żeby zrobić zdjęcie że w końcu odpuszczam. Taka ze mnie bohaterka.

No ale jedno zrobiłam.

Organizowane w jaskiniach imprezy i zajęcia cieszą się ogromnym powodzeniem i pomimo tego, że nie są zbyt nagłaśniane, potrafi być tłoczno.


Dla zainteresowanych: jaskinie znajdują się w Hiszpanii, w miejscowości Rojales, niedaleko Torrevieja ( Costa Blanca ). Wstęp do nich jest bezpłatny, wyjątek mogą stanowić przedstawienia teatralne lub warsztaty artystyczne.

czwartek, 28 września 2017

Bo było po drodze nad Morze Północne.



Tytuł mówi wszystko. Nad Morze Północne zajechaliśmy przypadkiem będąc niedaleko. Głównym motorem naszego spontanicznego zjazdu z trasy byłam ja gnana ciekawością jak to tam nad tym nieznanym morzem jest. Ciekawość świata i niegasnący apetyt na docieranie do nowych miejsc ( niekoniecznie odległych ) ma nade mną władzę i jak już zawładnie mną instynkt włóczykija to nie ma mocnych. W domu mówimy na to, że budzi się we mnie Krzysztof Kolumb :).



 Nie wiem, czego ja się po tym nieznanym dotąd morzu spodziewałam. Bo tam tylko morze i plaża. Plaża zaś nie byle jaka bo szeroka na dwa kilometry. Pomimo słońca było chłodno. Silny wiatr skutecznie wystraszył spacerowiczów a na plażowiczów było za wcześnie, bo to kwiecień. Za to przyciągnął kite surferów dla których Sankt Peter-Ording to raj jeśli chodzi o uprawianie sportów wodnych.


 Wiało naprawdę przeokrutnie, nie pomagał szalik, kaptur ani kurtka zapięta pod samą brodę. Sypało piaskiem po oczach a po powrocie do samochodu mieliśmy piasek nawet między zębami. W Sankt Peter-Ording pierwszy raz siedziałam w takim plażowym koszu, co zawsze chciałam uczynić. W wyobraźni widziałam siebie siedzącą wygodnie z książką na kolanach, popijającą coś pysznego ( najlepiej earl grey'a ), wystawiającą twarz do słońca gdy tymczasem realia wyglądały tak, że posiedziałam moment i miałam dość bo tego dnia nawet wiklina nie chroniła przed wiatrem.



W niektórych momentach plaża jest wydmowa a wiejący tam często i silnie wiatr tworzy z piasku nasypy, fałdy i fale. Naprawdę żałuję, że tego dnia pogoda nie sprzyjała spacerom bo okolica jest przepiękna i zachęca do tego, żeby ją poznać. Mieliśmy co prawda ambitny plan dotrzeć do odległej o 3 km latarni morskiej ( to nic, że wieje, w jedną stronę powinno być z wiatrem przecież ). Niestety ciężko się spaceruje, kiedy wiatr uniemożliwia oddychanie i swobodną konwersację a wlatujący do oczu piasek przeszkadza w cieszeniu się widokami.



 Po Morzu Północnym spodziewałam się chyba większej egzotyki ( a nie, nie, pingwiny to nie tu ) co nie zmienia faktu, że bardzo mi się tam podobało i bardzo się cieszę, że odkryłam nową wodę i ląd ( Kolumb był usatysfakcjonowany, co tu ukrywać ). Było trochę dziko a fakt, że chętnych na spacer było niewielu dodatkowo sprawia, że miejsce wydaje się być na odludziu. Co prawda to sama północ i dalej na północ nie ma tam już nic ( woda tylko ) to jednak jestem przekonana, że w sezonie nie jest tam tak spokojnie. Aczkolwiek istnieje duże prawdopodobieństwo że silny wiatr jest w Sankt Peter-Ording nieodłączym elementem pogodowym i przez to przez cały rok przyciąga tylko surferów.



 Szeroka plaża robi naprawdę niesamowite wrażenie a wydmowy krajobraz przypomina czasami pustynię. To zabawne, że jadąc nad Morze Północne spodziewałam się pingwinów a jednak bardziej pasowałyby wielbłądy...



 Tego dnia był odpływ, morze pokazało swoje dno przyzdobione setkami pięknych i dużych muszli. Może i miałam włosy i usta pełne piachu ale także kieszenie pełne muszelek.




 Spacer z wiatrem i pod wiatr wymaga regeneracji w związku z czym zajechaliśmy do miejscowości Husum ( bo też była po drodze ). Zjedliśmy przepyszne bułki z rybą ( do wyboru były ryby smażone, wędzone w przyprawach i w ziołach, matjasy, śledzie w oleju i w occie, a także krewetki ). Niestety bycie głodomorem zdecydowanie utrudnia myślenie o zrobieniu zdjęcia zjadanej potrawie w związku z czym musicie mi uwierzyć, że wszystko było pyszne. W ogóle te niemieckie Fischbrötchen to jak dla mnie jest smakowy raj! Rozgrzaliśmy się herbatą, powiększyliśmy kolekcję magnesów ( Marta, naparstków nie było )  i pospacerowaliśmy trochę po małym porcie.



Po drodze nie było już nic ciekawego, a może to Kolumb był już zmęczony, niemniej jednak już bez żadnych nieplanowanych przystanków ruszyliśmy w drogę do domu.

Nadmorskie miejscowości poza sezonem i plaże bez turystów mają w sobie wiele uroku i ja wolę je zdecydowanie w takiej wersji.

czwartek, 21 września 2017

Spływ Dunajcem. Dwie godziny na tratwie.

Nawet nie będę próbować się tłumaczyć czemu, pomimo obietnic składanych samej sobie, znowu tak długo mnie nie było. Przemilczę ten fakt, bo to już słów szkoda, ale musicie mi uwierzyć, że gdybym każdy zamiar pisania wprowadzała w czyn, działo by się tutaj dużo. No ale nic, kolejna jesień, kolejne długie wieczory i kolejna, tradycyjnie już, próba regularnego blogowania. Całe szczęście, że w prawdziwym życiu jestem bardziej słowna...


Czerwcowy tygodniowy urlop spędziłam w polskich górach, do których tęskniłam już bardzo. Ten urlop to oprócz wspaniałego wypoczynku, kwatery z widokiem na Giewont ( było go widać nawet spod prysznica! ) i nowych znajomości, również pierwszy w życiu odwołany lot, powrót do domu z lotniska, i za dwa dni kolejne podejście. Tym razem udane. Rekompensata od linii lotniczych pozwoliła spełnić marzenie o innym locie, daleko stąd...Tyle z tego dobrego.


Trzy Korony, najwyższy szczyt Pienin Środkowych. U stóp Trzech Koron rozpoczyna się właściwy Przełom Dunajca.

 Spływ Dunajcem odbywa się na specjalnie przystosowanych tratwach zbudowanych z pięciu czółen związanych ze sobą grubą liną. Tratwa jest prowadzona przez dwóch flisaków, jednorazowo zabiera do 12 osób. Przeważający odcinek spływu Dunajcem stanowi granicę polsko - słowacka, wszyscy otrzymali smsy witające na Słowacji a my po spływie pojechaliśmy sobie do Słowacji na lody.



Ponad dwie godziny na tratwie to jedne z najfajniejszych chwil tego urlopu. Dla mnie to już drugi raz ale jak sobie pomyślę, ile lat temu był ten pierwszy, to mi się wierzyć nie chce, że jestem taka stara. Dzieckiem będąc myślałam, że ludzie tyle lat nie żyją. Dunajcem płynęłam na pierwszej w życiu kolonii, zdjęć nie mam żadnych bo aparatu nie posiadałam, ale pamiętam doskonale jak było fajnie. Nadal jest. Nic się nie zmieniło.



Pogoda była wspaniała, współtowarzysze spływu super sympatyczni, górale przemili. Mój plan na ten czas był taki, żeby się maksymalnie zrelaksować, i jak postanowiłam tak zrobiłam. Nawet aparat większość czasu trzymałam na kolanach. Zdjęcia z tego wpisu to prawie wszystkie jakie mam, a płynęłam dwie godziny, co jak na mnie naprawdę jest duuuuuużo poniżej moich możliwości. Ale naprawdę wolałam patrzeć i cieszyć się chwilą. Było błogo, cicho i sielsko a w chwilach kiedy nawet górale nie wiosłowali Świat kręcił się bezszelestnie.



Przepływając przez Pieniny Dunajec tworzy kręty wąwóz otoczony skałami osiągającymi wysokość nawet 300 metrów. Wapienne urwiska pięknie się komponują z porastającymi je drzewami. Spływ zaczyna się w Sromowcach Kątach a kończy w Szczawnicy.



Przełom Dunajca to chyba jedna z najpiękniejszych krajobrazowo atrakcji naszego kraju. Człowiek siedzi sobie wygodnie, co jakiś czas dotyka delikatnie dłońmi taflę wody, wystawia twarz ku słońcu a po obu stronach, niczym film, przesuwają się fantastyczne widoki. I nic ale to nic nie trzeba robić oprócz zachwycania się, ale to jest oczywiste. I łatwe do realizacji.




Teraz, jak opisuję ten dzień, doskonale potrafię przypomnieć sobie jak mi było fajnie. To pewnie jedna z zalet "odstawienia" aparatu. Pamiętam ten spokój, brak pośpiechu, w najbliższej perspektywie żadnych obowiązków ani trzymania się terminów ( oprócz rzecz jasna terminowego powrotu do pracy hi hi hi ). Jak człowiek jedzie na urlop w góry to raczej w miejscu nie siedzi a ten spływ był szansą, żeby jednak posiedzieć chociaż trochę...




Żałuję, że nie mam do Dunajca trochę bliżej bo taki reset przydałby mi się regularnie. Wsiadłabym sobie na tratwę, dwie godziny czas by sobie płynął tak ja chce, a później schodziłabym na suchy ląd psychicznie zregenerowana, naładowana dobrą energią na najbliższy czas. 



Przełom Dunajca jest przepiękny, polecam każdemu bo czas na tratwie to jest naprawdę dobry czas...