Nie płacz, że coś się skończyło. Ciesz się, że Ci się to przytrafiło. ( G.G. Márquez )

czwartek, 26 marca 2020

Ogrom pięknych wspomnień, które dzisiaj cenię jeszcze bardziej. Algarve.

Wracając z portugalskiej majówki, oprócz ogromu pięknych wspomnień przywieźliśmy ze sobą niedosyt i jeden niezrealizowany plan - Algarve. Pomimo tego, że udało nam się zobaczyć bardzo dużo i jeszcze po drodze odwiedziliśmy dwa miejsca spontanicznie to i tak nie starczyło czasu na wszystko. Pierwotny plan, jak się okazało bardzo optymistyczny, zakładał trasę z Porto do Algarve, zwiedzając po drodze to co było w planach, po czym powrót do Porto skąd mieliśmy samolot, już bez zatrzymywania się na zwiedzanie.


Wszystko szło świetnie a nawet lepiej aż do Lizbony. Tam uzmysłowiliśmy sobie, że dalsza trasa nie ma sensu z dwóch powodów - pierwszy to taki, że Lizbonę trzeba poznawać powoli a my przeznaczyliśmy na nią tylko dwa dni. Drugim powodem był deszcz a prognozy na najbliższe dni wyglądały podobnie dla południa kraju i raczej nie napawały optymizmem. I chociaż bardzo mi na Algarve zależało to nie wyobrażałam sobie spacerów tym pięknym nabrzeżem w zimnie, deszczu i mgle.



Jedząc pastéis de nata podjęliśmy decyzję, że naszą podróż kończymy w Lizbonie, pomimo deszczu wykorzystując te dwa dni najlepiej jak się da. W tym samym czasie dostaliśmy informację o odwołaniu naszego lotu a zamiana go na najbliższy dostępny, czyli dwa dni później, pozwoliła nam zostać w Lizbonie jeden dzień dłużej.


Niemniej jednak myśl o Algarve towarzyszyła mi często i regularnie, podsycana rozmowami z jedną z blogowych koleżanek, która miała Algarve w urlopowych planach na październik. Niewiele myśląc sprawdziłam loty w tym samym czasie a bardzo miłe dla oka i portfela ceny sprawiły, że kupiłam bilety. Dokładnie tydzień po powrocie z Portugalii miałam kupione bilety na powrót tam w październiku. Do Algarve, miejsca z marzeń, co do którego miałam pewność, że to miejsce mnie zachwyci. Tak się stało a blogowa koleżanka MARTA przestała być tylko wirtualna. Z czego bardzo się cieszę bo było fantastycznie a ja dawno się tak nie uśmiałam. Miałyśmy się spotkać z kwietniu w Holandii ale Świat stanął na głowie i póki co trwa w tej pozycji.




Cieszę się, że byliśmy w Algarve w październiku. Z domu wychodziliśmy w puchowych kurtkach, które w Portugalii zamieniliśmy na koszulki z krótkim rękawem. Było cudownie ciepło i słonecznie a ja szalenie się ucieszyłam jak poczułam na gołych nogach słońce i leciutki wiatr. Mam świadomość, że w sezonie wszystko wygląda inaczej, a piękno tych plaż jest przysłonięte ręcznikami, parasolami i leżakami. My mieliśmy ten zaszczyt, że mogliśmy dostrzec w Algarve tę bardziej naturalną wersję, bo raczej wyludnioną ale jednak słoneczną i ciepłą.




Kiedyś pisałam o najpiękniejszych plażach na których miałam szczęście być ( chętnych zapraszam TUTAJ ). Jeżeli kiedyś napiszę o tym raz jeszcze to przygotujcie się, że wybrzeże Algarve będzie jednym z głównych bohaterów. Bo tam jest niewyobrażalnie pięknie. Zdjęcia to tylko mała kropla w morzu doznań, wrażeń i zachwytów a żeby naprawdę poczuć jak tam jest to trzeba tam być. Na żywo, kiedy słychać szum oceanu a słońce ozłaca krajobraz ciepłą barwą, tam, w Algarve, dzieją się cuda.



W Algarve widziałam jedne z najpiękniejszych plażowych krajobrazów a jeśli chodzi o fantazyjne i zachwycające klify oraz formacje skalne to chyba nigdzie nie było piękniej. Może i te wszystkie rajskie plaże z palmami, białym piaskiem i błękitną wodą powalają na kolana, ale jednak w większości przypadków są monotonne i przynajmniej na pierwszy rzut oka bardzo do siebie podobne. A Algarve pobudza wyobraźnię i zachwyca krajobrazami, które pomimo tego, że wyglądają podobnie to uwierzcie mi, naprawdę takie nie są. Co plaża to inne doznania i wrażenia.


Mam to szczęście, że widziałam w swoim życiu wiele pięknych i wyjątkowych miejsc co doceniam teraz jeszcze bardziej. W październiku do listy podróżniczych hitów szturmem dołączyło Algarve i na liście ulubieńców plasuje się bardzo wysoko. Jedyne, nad czym ubolewam to ograniczenie czasowe bo polecieliśmy do Algarve w sobotę późno wieczorem a we wtorek wieczorem wracaliśmy już do domu. I tak udało nam się zobaczyć całkiem sporo, szkoda tylko że w tempie dalekim od tego, jakie lubię. Nie wpływa to jakoś specjalnie na moje wrażenia stamtąd bo wiem, że jeszcze kiedyś tam wrócę i pozachwycam się każdą z plaż po swojemu i w trochę wolniejszym tempie.



Wybrzeże Algarve jest przepiękne, wiatr znad oceanu i sam ocean stworzyły przyrodnicze cuda. Kiedy byłam dzieckiem to miałam w głowie dwa wyobrażenia zagarnicy - pierwsze, to wszędzie palmy, a drugie to nadmorskie formacje skalne i skaliste wybrzeża nad piękną i czystą lazurową wodą. Fascynacja do palm już mi przeszła ale ten drugi obraz zagranicy nie znudzi mi się nigdy i nawet gdybym była na wszystkich najpiękniejszych plażach świata to nigdy nie będę miała dość.


Marzyłam o Algarve od dawna, w ogóle Portugalia to długo był taki mój podróżniczy "wyrzut sumienia". Cały czas myślałam o podróży tam i na tym myśleniu się kończyło, bo urlopy spędzałam gdzie indziej. Nawet nie będąc tam byłam pewna, że to jest piękny i ciekawy kraj a wszystkie internetowe artykuły i zdjęcia tylko mnie w tej pewności utwierdzały. Poleciałam i "przepadłam" a po pół roku wróciłam tylko po to, żeby umocnić moje uczucia jeszcze bardziej. A wszystko zaczęło się w Porto, od widoku na miasto z mostu Luisa I.


To był piękny czas, który przede wszystkim zaowocował nowymi przyjaźniami. Marta, jeżeli to czytasz to wiedz, że niezmiernie się cieszę z naszego spotkania i z tego, że pomimo dzielących nas granic ( teraz zamkniętych ) mamy ze sobą kontakt. Wiem, że jak nasza codzienność wróci do normy to sobie odbijemy te wszystkie utracone w panującej sytuacji podróże. Może i nie spotkamy się w tym roku w Amsterdamie, ale spotkamy się w następnym, a do tego czasu może gdzieś indziej jeszcze... Proponuję u nas :).

* * *
Powinnam być teraz w samolocie do Brukseli, gdzie w programie wyjazdu, oprócz zwiedzania belgijskiej stolicy i okolic, był długo wyczekiwany koncert. Los, mistrz w robieniu niespodzianek, chciał inaczej i pomimo tego, że koncert został przeniesiony na pierwszy weekend września to podchodzę do tego sceptycznie. Chociaż wśród całej gamy uczuć na prowadzenie wysuwają się te napawające mnie spokojem, optymizmem i wiarą, że do września wszystko będzie po staremu, to jednak gdzieś tam między nimi pojawia się niepokój w towarzystwie wątpliwości. Jednak los to los a ostatnie tygodnie pokazały nam, że absolutnie niczego nie możemy być pewni. Bo kto z nas mógłby się spodziewać, że najwyklejsze wyjście z domu będzie przywilejem...

piątek, 20 marca 2020

Tylko las może mnie uratować.



Tylko las może mnie uratować w zaistniałej sytuacji. Mój las, spokój oraz spacer albo rower. Myślę, że w tych nienormalnych chwilach najlepsze co możemy zrobić to zachować normalność. Musimy to przetrwać, przeczekać, innego wyjścia nie ma. Nigdy bym siebie nie podejrzewała o taki stoicyzm i nie wiem czy to starość, czy dojrzałość chociaż myślę, że to te dwie rzeczy wcześniej wymienione plus bezsilność i bezradność. Miałam piękne plany na przyszłą niedzielę bo miałam lecieć do Brukseli na koncert, na który czekałam kilka lat. Majowy urlop też stanął pod znakiem zapytania ale póki co nie tracę nadziei bo w ciągu prawie dwóch miesięcy wszystko może się zmienić. Mocno wierzę, że na lepsze też.



W Niemczech póki co życie płynie w miarę normalnie co trochę mnie zaskakuje biorąc pod uwagę fakt, że chorych jest ponad 11 tysięcy osób ale myślę, że najgorsze dopiero tutaj przyjdzie. Nie ma kwarantanny ale ze sklepów czynne są supermarkety, sklepy spożywcze, apteki, kioski i piekarnie. Centra handlowe są otwarte ale większość sieciówek jest zamknięta do odwołania.



Mam świadomość, że świat i zdecydowanie bliższa mi Europa straciły swoją normalność a to co się dzieje to jakiś kosmos. Staram się żyć normalnie a jedyna dobra rzecz w tym wszystkim to fakt, że mam dużo wolnego. Turystyka i hotelarstwo odczuwają boleśnie zaistniałą sytuację ale dla mnie to wolne to zbawienie i wielki dar od losu tym bardziej, że mój pracodawca na zebraniu poinformował nas, że ilość wolnych dni nie wpłynie w żaden sposób na nasze wynagrodzenie. Zatem zrobię wszystko żeby wykorzystać ten podarowany mi czas najlepiej jak się da bo wiem, że przyjdą czasy, że będę za taką wolnością tęskniła.


Zrobiłam już porządki w szafach, książkach i w domowej dżungli. Poświęcam więcej czasu na naukę nowego języka. Uporządkowałam zdjęcia na dysku, obejrzałam kilka filmów. Eksploruję las i rowerem oraz pieszo odkrywam nowe szlaki. Pozwalam chwilom przelatywać mi przez palce zatopiona w lekturze nad jeziorem. Czytam dużo bo tej wolności by się temu poświęcać bez ograniczeń często mi brakuje.
  

Ten kto zagląda tutaj regularnie ten wie, jak bardzo lubię las i jak bardzo doceniam fakt, że mam do niego tak blisko. Chwila pedałowania i już sobie piję earl grey'a otoczona drzewami, zachłystując się przepięknie pachnącym powietrzem. Nawet jak nie mam nastroju na wycieczkę rowerową to jadę sobie do lasu posiedzieć i poczytać. 


  

Kiedyś byłam większą nerwuską i buntowniczką i mi się to podobało. Z tej buntowniczki to chyba nigdy nie wyrosnę ale spokój, z jakim przyjęłam zaistniałą sytuację cieszy mnie i zaskakuje. Bo pomimo tego, że niby żyję w miarę normalnie to też miałam podróżnicze plany, które pokrzyżował los. Też miałam marzenia a teraz największe to takie, żeby wszystko jak najszybciej się skończyło i żeby wróciła normalność. W poniedziałek zaczął się planowany już od jakiegoś czasu remont w bloku, w którym mieszkam. Wymiana instalacji wodnej, kanalizacyjnej i elektrycznej we wszystkich mieszkaniach i na klatce schodowej sprawia, że oprócz hałasu codziennie towarzyszą mi regularne, najczęściej całodniowe, przerwy w dostawie prądu i wody. 


Staram się patrzeć na zaistniałą sytuację jak na dobrodziejstwo i chociaż generalnie jest dobrze to mam kryzysy a ta niewiedza jak to będzie dalej i do kiedy jest chyba z tego wszystkiego najgorsza.  Świadomie zrezygnowałam z oglądania i czytania wiadomości bo niepotrzebny mi zamęt a w natłoku różnych informacji nie umiem wybrać tych rzetelnych i wiarygodnych. Póki co jest jak jest a ja to muszę przeczekać. I chociaż nie spodziewałam się, że ten wirus przybierze takie rozmiary to wiem, że na nic się zda psioczenie i przeklinanie losu. Odkryłam w sobie niespodziewane pokłady cierpliwości i spokoju i mam zamiar wykorzystać je jako tarczę w tych dziwnych czasach a w te gorsze momenty pocieszać się drobiazgami.

Jak sobie radzicie? Jak spędzacie czas?
 Podzielcie się ciekawymi pomysłami na ten nadmiar wolnych chwil.

niedziela, 15 marca 2020

Magia, historia i niezwykły klimat. Jeden dzień w Bremen.

Pod koniec lutego ponownie miałam okazję być w Bremen. Kiedyś spędziłam już TUTAJ jeden ciepły i słoneczny dzień, niezwykły w swej zwykłości bo urodzinowy. Są miejsca, w których pobyt zawsze mnie cieszy i mogę tam jeździć ciągle, i jeszcze, i znów i Bremen to dla mnie właśnie jedno z takich miast. Ten wyjazd był nie do końca planowany, napędzany spontanicznością oraz chęcią pokazania miasta komuś jeszcze.


Sprzyjało nam wszystko. Zmieniająca się co chwilę ale jednak bezdeszczowa i raczej słoneczna aura, wolne miejsca parkingowe, mało turystów a fakt, że był to środek tygodnia i dla większości dzień roboczy ułatwiał cieszenie się większością zazwyczaj "zadeptywanych" miejsc. Poprzednim razem byłam tutaj w połowie sierpnia i wszystko było zdecydowanie inne - bardziej tłoczne i głośne. A teraz, w lutym, zwiedzanie było jeszcze większą przyjemnością.


Bremen słynie z muzykantów a pomnik tej zwierzęcej orkiestry to jeden z najbardziej obleganych punktów na mapie miasta. Większość przyjezdnych właśnie tutaj zaczyna zwiedzanie, pomnik usytuowany jest zaraz obok placu ratuszowego i pomnika Rolanda czyli w centrum Bremen, gdzie dociera każdy. Ta rzeźba wykonana z brązu została tutaj zamontowana w 1951 roku, na samym dole tej zwierzęcej piramidy stoi osiołek z łapami wypolerowanymi tysiącami rąk dotykających go "na szczęście" a ci, którzy sięgają polerują mu pysk w tym samym celu. Pamiętam, że wtedy w sierpniu rzeźba zawsze była otoczona wiankiem turystów i ciężko było zrobić zdjęcie bez czyjejś głowy albo rąk. A teraz byliśmy tylko my i jeden pan, który nawet poprosił mnie o zrobienie zdjęcia.



Bremen to stare i piękne hanzeatyckie miasto a jego historia sięga 1200 lat wstecz. Bajkowe kamienice otaczają Plac Ratuszowy będący sercem miasta. Sam Ratusz znajduje się na liście Światowego Dziedzictwa UNESCO. Budynek został wybudowany w latach 1405-1410, zachwyca siedemnastowieczną renesansową fasadą z arkadami i mnóstwem detali. W piwnicy Ratusza mieści się największy magazyn niemieckich win.




Bremen jest stare i piękne, czuć tutaj ducha historii i minionych wieków. Dla mnie to jedno z najpiękniejszych niemieckich miast, w których byłam. Zachwyciło mnie już poprzednim razem ale teraz kiedy naszemu zwiedzaniu towarzyszyła cisza oraz spokój a większość miejsc mieliśmy tylko dla siebie mój zachwyt wzrósł jeszcze bardziej.



Najbardziej znane zabytki Bremen znajdują się na placu przy Ratuszu albo w niedużej od niego odległości. Jest tutaj renesansowy Ratusz, gotycka Katedra św. Piotra, pomnik Rolanda oraz parlament Kraju Związkowego Bremen. Samo miasto nie jest zbyt duże a największe zabytki i atrakcje usytuowane są tak, że spacer to najfajniejszy i najłatwiejszy sposób zwiedzania. Spokojnie wystarczy jeden dzień, żeby nacieszyć się miastem, zjeść w spokoju obiad oraz wypić kawę albo dwie. Bremen poza sezonem było leniwe i spokojne co zachęcało do spowolnienia tempa.



Jest w Bremen miejsce, które cieszy małych i dużych a wydawanymi dźwiękami przyciąga nawet tych, którzy o jego istnieniu nie mieli pojęcia. To studzienka rozbrzmiewająca odgłosami wydawanymi przez muzykantów z Bremen, po wrzuceniu jakiejkolwiek monety z podziemi wydobywa się głos jednego z bohaterów więc wystarczą cztery centy, żeby usłyszeć wszystkich. Powiem Wam, że wszystko jest super tylko kot miauczy bardzo po niemiecku i trzeba go wysłuchać kilka razy żeby odgadnąć o jakie zwierzę chodzi. Ale generalnie pomysł fajny, studzienka znajduje się na placu przy Ratuszu i bedąc w Bremen nie można pominąć tej muzycznej atrakcji.



Niemcy mogą się poszczycić dwudziestoma sześcioma pomnikami Rolanda ale to w Bremen znajduje się najwyższy ( 5,5 m wysokości ) i najbardziej znany. Stoi tutaj od 1404 roku jako symbol praw handlowych i wolności i podobnie jak Ratusz znajduje się na liście  Światowego Dziedzictwa UNESCO.



Chociaż Bremen zachwyca już od Placu Ratuszowego, czyli punktu w którym większość zaczyna zwiedzanie, to jest tutaj miejsce trochę jak by z innego świata. Jest to zdecydowanie moje ulubione miejsce w tym otulonym historią mieście i chociażby dla samego spaceru po tej klimatycznej dzielnicy mogłabym wracać do Bremen regularnie ( gdybym oczywiście miała bliżej ). Mowa tutaj o Schnoor, najstarszej bremeńskiej dzielnicy której największym skarbem są domy pochodzące z XV i XVI w.




Zgubienie się w tych wąskich uliczkach to doznanie niezwykłe i wyjątkowe a teraz w lutym radość ze spaceru miałam tym większą, że nie było na tych brukowanych uliczkach prawie nikogo. Zjawisko praktycznie niemożliwe w weekendy lub w wakacje, mając w pamięci sierpniowy tłok z poprzedniego razu nie mogłam uwierzyć jakie Schnoor jest niezwykłe kiedy nie ma tutaj ludzi. 


To dla mnie najpiękniejsze miejsce w Bremen i jedna z najbardziej urokliwych starówek w jakich kiedykolwiek byłam. Uwielbiam najstarsze części miast, wąskie brukowane ulice i stare domy ale Bremen zachwyca po tysiąckroć bardziej niż starówki innych miast. Schnoor jest niezwykłe i bajkowe a gwarancja podróży w czasie to jedno z najbardziej niezapomnianych bremeńskich wrażeń i wspomnień. Szczęście czułam tym większe, że uliczki były puste a ja mogłam wyżyć się fotograficznie i nikt dziwnie nie reagował na mój entuzjazm spowodowany ciszą i pustką. Kiedy byłam w Bremen pierwszy raz marzyłam o ciszy i spokoju oraz o tym, żeby wszyscy ci ludzie zniknęli a teraz ich nie było a moja radość i szczęście sięgały dachów tych klimatycznych kamieniczek.



Większość budynków to sklepiki z pamiątkami, galerie sztuki, pracownie rękodzieła oraz kawiarnie i restauracje. Są tutaj "domy w kratkę", które uwielbiam i pisałam już o tym nie raz, pastelowe kamienice, stare okna, w których na pewno słychać wiatr, kolorowe drzwi i klimatyczne szyldy. Inny świat, spotkanie z przeszłością oraz magia starych zakamarków.



Schnoor jest niezwykłe i myślę, że zachwyci nawet najbardziej nieczułego na takie klimaty osobnika. Wszystko jest tutaj naznaczone historią i upływem wieków, niektóre domy pochylają się ku sobie pod ciężarem tego, co przeszły i widziały. Magia tej najstarszej bremeńskiej dzielnicy odczuwalna jest na każdym kroku a plątanina brukowanych uliczek gwarantuje niezapomniany spacer i ogrom wrażeń do których będziecie wracać jeszcze długo po nim. Daję Wam na to moje słowo.

niedziela, 8 marca 2020

Palacio da Pena wymyka się standardom.

Kiedy wspominam Portugalię, oprócz wielu skojarzeń, bardzo szybko otulają mnie kolory. Przez myśli szeroką wstęgą przelewają się ozdobione kolorowymi kafelkami fasady domów, barwna architektura Óbidos, domy w paski w Costa Nova. To wszystko, w połączeniu z jasnym słonecznym światłem, niebieskim niebem i krystaliczną, lazurową wodą sprawia, że portugalskie wspomnienia to paleta najpiękniejszych barw i dni zabarwionych wszystkimi odcieniami szczęścia.



Do tej gamy barw zalicza się też Sintra i jeden z zabytków miasta - Palacio da Pena. Wielki kolorowy pałac wznosi się na jednym ze wzgórz otaczających miasto, jest widoczny z wielu punktów Sintry, z położonego niedaleko Zamku Maurów a w pogodny dzień podobno nawet z Lizbony. Zamek swoimi kolorami przypomina budowlę z bajki a fantazją i szalonym połączeniem stylów kojarzy mi się z Gaudim.



Pałac pochodzi z epoki romantyzmu i myślę, że zarówno dzięki stylowi jak też scenerii i oczywiście kolorystyce mógłby być tłem jakiejś pięknej, dobrej baśni, koniecznie ze szczęśliwym zakończeniem. Pałac Pena można zwiedzić z zewnątrz ale można też wejść do środka. My ograniczyliśmy się tylko do tej pierwszej opcji bo trochę odstraszyła nas kolejka a trochę brak czasu spowodowany dalszą podróżą.



Nie da się ukryć, że ten zabytek swoją kolorystyką odbiega od ogólnie przyjętych architektonicznych norm a fantazyjnymi zdobieniami i odważną mieszanką stylów wymyka się standardom. Jest niepowtarzalny i oryginalny ale wszystko to, co go wyróżnia spośród innych budowli tego typu pasuje doskonale do Portugalii i moich portugalskich wspomnień.


Pałac to odważne połączenie wielu romantycznych nurtów z równie odważnymi kolorami. Mieszanka neogotyku z neorenesansem, połączona z elementami neomauretańskimi żeby nie było zbyt nudno, dała fenomenalny efekt, pałac jest jedyny w swoim rodzaju a o jego wyjątkowości niech chociażby świadczy fakt, że został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.



Pałac Pena nie ma sobie równych, zachwyca kolorystyką, mieszanką stylów i przyciągającymi uwagę detalami. Nie wiem, czy bardziej pasuje do Disney'a czy Szeherezady i baśni z tysiąca i jednej nocy. Niewątpliwie jest to najbardziej kolorowy pałac w jakim byłam i jedno z najbardziej barwnych przeżyć jakich doświadczyłam podróżując. Świat generalnie jest kolorowy ale tutaj nabiera on dodatkowej intensywności za sprawą trochę szalonego i odważnego połączenia stylów.



Pałac wynurza się z zieleni otaczających Sintrę wzgórz co w połączeniu z niebieskim niebem wygląda trochę nierealnie i surrealistycznie. I chociaż budowla przypomina niektóre znane nam z parków rozrywki to jest jednym z najważniejszych i najbardziej rozpoznawalnych zabytków Portugalii.



Pałac Pena to niespotykana ilość misternych detali, kolorowych kafli, wieżyczek, kopuł i arkad. W kolorystyce przeważa żołty i czerwony chociaż jak już wspomniałam oprócz tych dwóch dominujących pałac mieni się również paletą innych barw.


Sintra położona jest w górach, otoczona soczystą i gęstą roślinnością, momentami przypominającą dżunglę. Poranki tutaj były zimne, wilgotne i mgliste a temperatura niższa niż w innych odwiedzonych przez nas częściach kraju. Za sprawą mgły wszystko wydawało mi się tajemnicze i chyba odrobinę magiczne i nagle bach, wśrod tego wszystkiego wyrasta kolorowa, fantazyjna budowla na miarę baśni. I od razu jaśniejszy był ten mglisty mrok.



Chociaż za sprawą odważnej mieszanki stylów i rzecz jasna kolorów pałac wygląda nowocześnie to jego trwająca siedem lat budowa została ukończona w 1847 r. Pałac jest użytkowany w celach reprezentacyjnych przez prezydenta Portugalii oraz innych wysokich rangą urzędników, budowla nosi również miano Pomnika Narodowego.



Pałac jest naprawdę niesamowity, zapada w pamięć mieszanką stylów i rzadko spotykaną kolorystyką. Odważnie odbiega stylem od znanych budowli tego typu, jest fantazyjny i zbudowany z rozmachem. Zdecydowanie bardziej kojarzy się z ekranizacją baśni niż z zabytkiem przyciągającym każdego dnia rzesze turystów z całego świata. To jeden ze znaków rozpoznawczych ukrytej wśród drzew Sintry, nie można wyjechać z tego pięknego i klimatycznego miasta bez spaceru wśród tych barwnych pałacowych murów.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...