Nie płacz, że coś się skończyło. Ciesz się, że Ci się to przytrafiło. ( G.G. Márquez )

poniedziałek, 23 listopada 2020

Jeśli chodzi o jesień to by było na tyle.

 Chciałam pożegnać jesień na rowerze ale ostatnie moje przejażdżki były krótkie a przede wszystkim "bezaparatowe". Pomimo dobrego rowerowego oświetlenia jeździć po ciemku nie lubię wyłączając jedynie poruszanie się po mieście bo takie to tak. Ostatnie moje rowerowe wycieczki polegały jedynie na tym, żeby zdążyć - przed nocą lub deszczem - a bywało i tak, że przed tymi dwoma rzeczami jednocześnie. Szkoda mi było tracić czas na robienie zdjęć. Jak już miałam więcej czasu to albo padało albo wiało okrutnie. Więcej chodziłam niż jeździłam, czasem jak chodziłam to siedziałam, z książką i z herbatunią, i cieszyłam się jesienią.




Na sto miliardów rzeczy można narzekać w tym roku, co regularnie robię. Planowałam nawet nauczyć się kląć siarczyście co podobno pomaga ale to chyba nie dla mnie bo w moim przypadku taki sam skutek przynosi rzucenie w powietrze "motyla nóżka" jak innego, nie wypadającego tu przytoczyć słowa. Od kilku lat niezmiennie moim ulubionym przekleństwem jest "ja pierdykam" co pozwolę sobie zademonstrować na przykładzie jesieni. Bo moi Mili ja pierdykam no! Ale ta jesień naprawdę jest fajna! Zwłaszcza pogodowo bo te inne sprawy, jak sami wiecie, wyglądają różnie i można by nad nimi trochę popracować.



Padało niewiele, długo było ciepło i słonecznie, nadal zdarza mi się założyć cienką kurtkę a musicie wiedzieć, że marznę z niebywałą łatwością. Kaloryfery włączyliśmy może ze dwa razy, nadal śpimy z otwartym lufcikiem co powinnam chyba napisać grubą czcionką bo już niedługo grudzień. Po kilku ciemnych, smutnych dniach znów wróciła jasność, również ta dotycząca mojego patrzenia w przyszłość, aczkolwiek w tej kwestii najmodniejsza jest u mnie sinusoida.



Obok jesiennych barw i tego wizualnego, przyrodniczego dobrobytu nie da się przejść obojętnie. Tak jakby jesień swoją kolorystyką chciała złagodzić żal po odejściu lata i wynagrodzić nam to wszystko co się skończyło wraz ze zmianą pory roku. To takie miłe z jej strony, nie będę udawać, że tego nie doceniam.


Z dnia na dzień gołym okiem widać goliznę drzew a coraz mniej chodnika pod stopami. Z wielką ulgą przyjmuję każdego roku fakt, że radość z szurania liści pod butami i przyjemność z tego płynąca nie zanika wraz z wiekiem. Nie wiem tylko czy normalne jest to, że wracam do domu trochę dłuższą drogą. Dłuższą ale bardziej liściastą, trzeba umieć ustalać sobie w życiu priorytety.




Sprzyjające warunki pogodowe i wzmożone zapotrzebowanie odcięcia się od świata oraz ucieczki od złych wieści sprawiły, że spacerowałam dużo, często a bywało i tak, że daleko. Na spacerach dużo łatwiej zapomnieć o tym co się dzieje i uwierzyć w normalność. Regularnie praktykowałam czytanie w plenerze, tak samo jak latem tylko trochę bliżej domu. Niezmiennie doceniam fakt, że mam blisko i do lasu, i na łąki, a wybór plenerów czytelniczych szeroki. Nawet godzinka z książką i herbatą wypitą gdzieś w plenerze i zanim się ściemni to całkiem inny poziom zarówno czytelniczych jak też herbacianych doznań.





Tegoroczną jesień kocham za to co zawsze - kocyki, świeczki, grubsze skarpety, grzane wino i powrót do łask dzbanka z podgrzewaczem. W tym roku jestem jej wdzięczna za coś jeszcze ( tylko ja pierdykam, żeby nie zapeszyć ) a mianowicie za to, że to już moja druga jesień bez najmniejszego nawet przeziębienia. Jak sobie przypomnę tę sprzed dwóch lat i siebie wiecznie chorą to chyba jednak wolę o tym nie pamiętać.



Zdecydowanie łatwiej pogodzić się z jesienią kiedy jest sucha, ciepła i kolorowa. Regularnie głaskam amulety w intencji sprzyjającej aury i to działa 😊. Jakiś czas temu na spacerze widziałam bazie, przyniosłam nawet sobie kilka gałązek do domu. Nie wiem czy te bazie o tej porze to normalne no ale przecież jakby nie było mamy listopad. Czyżby wiosna blisko? Nie mam nic przeciwko porom roku, każdą lubię za coś innego tylko z niektórymi trudniej mi się oswoić. Nie czekam z jakimś specjalnym utęsknieniem na wiosnę, a przynajmniej tę pogodową. Marzy mi się za to zdecydowane przejaśnienie w innych strefach. Niech już nawet będzie zimno ale niech będzie normalnie. Zniosę siarczyste mrozy, deszcze, wichury, wieczory zaczynające się o 15stej i ciemność w drodze do pracy. Zniosę brak słońca i ciemne chmury, regularne gubienie pomadki ochronnej, zmarznięte dłonie i wieczne rozczochranie od ulubionej czapki. Niech tylko ten Świat się zatrzyma zanim za daleko zabrnie idąc w zdecydowanie złym kierunku. Bo na dzień dzisiejszy najbardziej marzę o dwóch rzeczach a jedną z nich jest normalność.

wtorek, 17 listopada 2020

Niebieski Meczet w Hamburgu.

O istnieniu tego meczetu dowiedziałam się przeglądając przewodnik po Hamburgu i szukając inspiracji na zobaczenie czegoś nowego. W dalszym ciągu praktykuję "podróżowanie do tutaj" bo podróżowanie do tam, czyli trochę dalej, według moich własnych kryteriów jest obecnie równie realne co lot w kosmos. Słowo wyjeżdżam brzmi egzotycznie kiedy je wypowiadam aczkolwiek te wyjazdy nie mają z egzotyką nic wspólnego bo teraz to jedynie wyjeżdżam rowerem w siną dal. Ale dobre i to bo jesień piękna a rowerowanie nieustannie szalenie przyjemne.



Aby zobaczyć ten meczet miałam dwa podejścia, pierwsze zupełnie spontaniczne w pewną niedzielę ale okazało się, że meczet jest w niedziele zamknięty pomimo tego, że w internecie zapraszali nawet dziś. Wróciłam kilka dni później chociaż trochę się musiałam namanewrować bo godziny zwiedzania zdecydowanie ograniczają możliwości. Meczet jest czynny od poniedziałku do czwartku od 13stej do 14stej i w piątki od 13stej do 14.30. Sami widzicie, że czasu mało. Ale sam meczet niewielki i ta godzina w zupełności wystarczy, no chyba, że ktoś się "wstrzeli" w modły tak jak ja. Wtedy z czasem może być krucho. 

Najbardziej mnie urzekło to, że kiedy zrobiłam pierwsze zdjęcie meczetu jeszcze przed wejściem do środka, w moim życiu powiało egzotyką. Miałam wrażenie, że to całe koronne szaleństwo tylko mi się przyśniło a ja odzyskałam podróżniczy pion i wróciłam do odkrywania świata. Moje tegoroczne fotograficzne plenery to jedynie las, łąki, jeziora, kadry z rowerowania i spacerów, włóczęga po Hamburgu. No i nie zapominajmy, że byłam w Czechach ale to raczej słaby przykład egzotyki. A ten meczet wygląda tak, że od razu przeniosłam się gdzieś dalej.

Sam budynek może nie jest zbyt spektakularny ale jest miły dla oka w czym myślę duża rola kolorystyki. Nieduży, z dwoma minaretami i turkusową kopułą pięknie wygląda otoczony zielenią na tle niebieskiego nieba, do którego pasuje kolorystycznie. Ten meczet nosi nazwę Immam Ali ale ze względu na swoją kolorystykę częściej używa się nazwy Niebieski Meczet.




Założony pod koniec lat pięćdziesiątych minionego wieku przez grupę irańskich imigrantów i przedsiębiorców szybko stał się jednym z najważniejszych i najstarszych meczetów w Europie. Jest również siedzibą Centrum Islamicznego w Hamburgu.


Zaskoczyło mnie to, że kobieta mogła się modlić razem z mężczyznami.


Wstęp jest darmowy, musiałam jedynie wpisać się na listę odwiedzających ale nie wiem czy tak jest zawsze czy tylko w tych dziwnych czasach. Zapytałam się tylko, czy można robić zdjęcia a siedzący tam chłopak pokazał mi jedynie gdzie mam zdjąć buty. Miałam prawie godzinę na zwiedzanie ale to naprawdę sporo bo oprócz sali modlitewnej, kilku zdjęć i muzealnych gablot oraz muzułmańskiej księgarni nie ma tutaj nic więcej. Nawet się dobrze nie rozkręciłam fotograficznie kiedy zaczęła się modlitwa zatem usiadłam grzecznie na jednym z krzeseł żeby nikogo nie rozpraszać i przeczekałam tak z dwadzieścia minut. I nie chodzi tutaj o chodzenie bo tam wszędzie dywany zatem przemieszczałam się bezszelestnie. No ale brzęczenie aparatu to by raczej nie przeszło niezauważenie a po co ściągać na siebie niepotrzebny gniew i przeszkadzać w modlitwie. Bo niby można robić zdjęcia ale przecież nie zawsze wypada.

Jak we wspomnieniach myślę o meczecie to natychmiast widzę meczet Hassana I w Casablance, tam to działa się magia, zwłaszcza gdy wyłaniał się zza mgły. Ten w Hamburgu jest dużo mniej spektakularny ale ma za to coś co wyróżnia go wśród innych budowli tego typu. Bo tutaj wierni modlą się na największym ręcznie tkanym okrągłym dywanie na świecie. Dwadzieścia dwie osoby tkały ten ważący tonę dywan przez trzy lata, ma rozmiar 200 metrów kwadratowych i składa się z 80 milionów splotów. Jak oni te sploty policzyli?


Nie udało mi się zrobić zdjęcia dywanu w całości bo zamknięte było wejście na piętro a pewnie z góry perspektywa byłaby dużo lepsza. Zrobiłam za to zdjęcie zdjęcia dywanu, które znalazłam w części muzealnej.


Fajnie było na chwilę przenieść się do innego świata, w tym meczecie nawet pachniało podróżami a mnie aż coś ścisnęło. Wychodzi na to, że zwiedzanie meczetów to teraz jedyny możliwy kontakt z inną, jakże odmienną od naszej kulturą. Są jeszcze egzotyczne restauracje i taką formę podróżowania praktykuję z równie wielką przyjemnością, ale teraz wszystko zamknięte i trzeba obejść się smakiem. Oddałabym wiele za zupę z krabów. Albo kalmary w białym winie. Albo mango lassi z pistacjami i płatkami róż. Tymczasem z równie wielkim apetytem wciągnę sobie najzwyklejszą kanapeczkę, a co. Popiję tradycyjnie aearl greyem. Nasze zdrowie.


środa, 11 listopada 2020

Czarno to widzę.

 Jesień zagościła na dobre i nie ma już odwrotu. Etap oswajania się z tym faktem mam już za sobą i o dziwo muszę przyznać, że w tym roku obyło się nawet bezboleśnie. Pewnie to w dużej mierze zasługa pięknej aury, jeszcze do teraz noszę wiosenną kurtkę a trzeba Wam wiedzieć, że jestem zmarźluchem. Cieszę się, że jest jesień chociaż te takie najciemniejsze z ciemnych dni, kiedy nie ma szans na chociaż odrobinę światła, i tak czasami psychicznie zwalają mnie z nóg. Atmosfera spowodowana wiadomo czym i pesymistyczne związane z tym czymś prognozy świetnie pasują do pogody i ciemnego, groźnego nieba. W przebłysku nadziei na lepszy świat kupiliśmy bilety lotnicze szczerze wierząc w to, że będziemy mogli spędzić Święta i Nowy Rok z rodziną. W międzyczasie już nam przyspieszono o jeden dzień termin wylotu i zmieniono lotnisko, co i tak póki co jeszcze nie pozbawiło mnie złudzeń.



Jakiś czas temu w niedzielę pomimo kiepskich prognoz i ciemnych chmur wybraliśmy się na spacer. I byłam zachwycona. Błękitnemu niebu, kojarzącemu się ze szczęściem i rajem nie można odmówić uroku ale takie apokaliptyczne ciężkie obłoki też mają w sobie magię. A już w ogóle kiedy robiąc zdjęcia ucieka się jednocześnie przed deszczem, wtedy takie chmury niosą jeszcze emocje.



Nie wiem, którą wersję nieba wolę bo teraz na przykład oddałabym wiele za nawet najmniejszy skrawek błękitu. Niemniej jednak takie groźne nisko zawieszone niebo jest chyba bardziej fotogeniczne niż idylliczne błękity.



Jak jesień to wiadomo, ciemno, buro i deszcz, nie powinnam być tym zaskoczona. Jednak w tym roku jesienną szarość odczuwam podwójnie, Europę i Świat spowiły ciemne chmury i jeszcze ciemniejsze prognozy. Odcinam się od tego skutecznie niemniej jednak raz na jakiś czas dopuszczam dopływ nowych newsów żeby wiedzieć na czym świat stoi, a ten póki co leży, w najbardziej optymistycznej  wersji przykuca.



Jesienią szukanie w sobie optymizmu i wiary w to, że niedługo znów wszystko będzie po staremu wymaga ode mnie zdecydowanie więcej wysiłku. Czasami mam wrażenie, że jadę już na oparach. Kiedy pomyślę, że gdzieś tak od czerwca żyję przekonaniem i wiarą w to, że niedługo na pewno będzie normalnie, a tu koniec października i nadal czarna d...ziura to nie wiem czy wśród moich obecnie najbardziej aktualnych cech charakteru prym wiedzie naiwność czy może jednak głupota.



Nie tak dawno pisałam o tym, że mam nadzieję iż drugiego takiego lata nie będzie ( chętnych zapraszam TĘDY ), i nadal w to wierzę. Tak samo jak w to, że nie będzie drugiej takiej jesieni. Bo w sumie nadal wszystko jest po staremu, jesiennie jak co roku o tej porze. Wróciła moda na świeczki, kocyki, grube skarpety i herbatę w dzbanku z podgrzewaczem. Szczęście tkwi w drobiazgach a ja sobie z nich zbuduję schron i przetrwam tak do wiosny. Najpierw jednak święta, tam sobie założyłam najbliższy port i ku niemu zmierzam. Może do tego czasu naprawdę będzie już normalnie...


Och jesienna melancholio, niemiło Cię widzieć. Wejdź, zapraszam, rozgość się i czuj się jak u siebie. Może filiżankę herbaty?


czwartek, 5 listopada 2020

Český Krumlov. Opowieści w odcinkach część pierwsza.

  Wspomnienia z Czeskiego Krumlova postanowiłam podzielić na części bo opisanie wszystkiego w kilkunastu zdaniach jest niemożliwe a nie chcę Was tak na raz zanudzać. Mam świadomość, że długaśnych referatów nie czyta prawie nikt. To czeskie miasto jest tak piękne a ja zrobiłam tyyyyyyle zdjęć, że będę sobie dawkować przyjemność. Kiedy już na dłużej zawisną nade mną ciemne, jesienne chmury wspominanie tego dnia da mi motywację, żeby jednak nie zwariować od braku słońca.

W Krumlovie spędziliśmy jeden dzień ale naprawdę wycisnęliśmy z niego tak dużo jak się dało. Zafascynowani spacerowaliśmy pięknymi uliczkami odkrywając uroki miasta a na sam koniec popłynęliśmy jeszcze w krótki rejs. Czeski Krumlov miałam na mojej podróżniczej liście marzeń już od dawna; od dnia kiedy gdzieś w internecie zobaczyłam zdjęcie jednej z klimatycznych uliczek wiedziałam, że zrobię wszystko żeby zobaczyć tę magię na własne oczy. 16 sierpnia Krumlov z marzenia stał się wspomnieniem stając się jednocześnie jednym z najpiękniejszych miasteczek, w których byłam. Chciałam nawet zatytułować ten wpis "Cesky Krumlov, hit czeskiego urlopu" ale cały ten urlop był hitem zatem niech tytuł zostanie tak jak jest a Wy w myślach dopisujcie sobie słowo hit do każdego z moich czeskich wpisów.



Zachwyciłam się tym miastem zanim jeszcze wysiadłam z samochodu. Zdjęcia w internecie nie kłamią, tutaj naprawdę jest przecudnie a widoki z wieży widocznej na zdjęciu poniżej zachwycają i powodują szybsze bicie serca. Wiem, że może to banał i często powtarzany zwrot ale w Krumlovie jego użycie jest jak najbardziej uzasadnione bo prawdziwe. Przekonałam się o tym na własnym sercu.


Wyobraźcie sobie przepiękne, średniowieczne miasto otoczone rzeką, która z części starówki tworzy wyspę. Jak by tego było mało nad miastem góruje ogromny zamek widoczny z prawie każdego miejsca a wszystko to otoczone jest malowniczymi i w połowie sierpnia soczyście zielonymi wzgórzami. No sami powiedzcie czy to nie brzmi zachwycająco?



Miasto leży na południu Czech a my dojechaliśmy tam samochodem. Na cały urlop zatrzymaliśmy się w Pradze i pomijając stolicę, gdzie wyłącznie chodziliśmy i dwa razy przejechaliśmy się tramwajem dla frajdy, przez cały pobyt poruszaliśmy się wypożyczonym samochodem.




W Krumlovie zwalnia czas i przyspiesza oddech. Człowiek ma ochotę tu zamieszkać albo zostać na dłużej. I chociaż miasto jest skomercjalizowane, dużo tutaj restauracji, lodziarni, kawiarni i sklepów z pamiątkami to średniowieczny klimat da się tutaj z łatwością poczuć na wąskich, brukowanych ulicach.


Jestem zauroczona Krumlovem i zachwycona jego magią i klimatem. Cieszę się, że nasz pobyt przypadł akurat na ten rok bo podejrzewam, że w normalnych czasach w sezonie jest tutaj bardzo tłoczno. Oprócz turystów każdego roku do miasta przyjeżdżają również melomani. Czerwiec, lipiec i sierpień to miesiące bogate w koncerty i wydarzenia kulturalne a w mieście odbywają się liczne festiwale, w tym jazzowy, muzyki dawnej i muzyki kameralnej. Wszystkie odwołane w tym sezonie. Podczas rejsu po Wełtawie dowiedzieliśmy się, że te festiwale cieszą się dużą popularnością w Europie a wstęp na Festiwal Muzyki Dawnej jest darmowy dla wszystkich ubranych zgodnie z zasadami ówczesnej epoki. Podobno każdy z mieszkańców ma w swojej szafie jakieś średniowieczne kreacje.


 
Życia mieszkańców strzeże zamek będący jednocześnie gwarancją niezapomnianych widoków na okolicę. Rzeka wijąca się dookoła błyszczącą wstęgą, setki czerwonych dachów i zielone wzgórza na horyzoncie.



Ten dzień był niezapomniany a zwiedzanie co i rusz dostarczało nowych doznań. Nawet obiad był wyjątkowy bo zjedzony na drewnianym tarasie restauracji, pod którą płynęła Wełtawa. Nie dość, że było pysznie to jeszcze dookoła takie widoki, że naprawdę cieżko się było skupić na zawartości talerza.




Labirynt wąskich i klimatycznych uliczek zachęcą do zgubienia się. Nie ma tutaj krzykliwych akcentów, wszystko jest stonowane i utrzymane w zbliżonych do siebie barwach. Zadbane kamienice, klimatyczne detale i wszechobecny bruk szybko wniosły mnie na szczyty zachwytów. Krumlov to świetny środek na uspokojenie i wyciszenie się.




 Wpisujcie Český Krumlov na Waszą listę marzeń, jeżeli jeszcze go nie macie a jeżeli macie to z całego serca życzę Wam spełnienia tego marzenia. Będziecie wniebowzięci tak jak ja. Český Krumlov swoim urokiem naprawdę powala na kolana i trwale zapisuje się we wspomnieniach w najpiękniejszy możliwy sposób niezapomnianą historią.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...