Od poniedziałku jestem na urlopie w Hiszpanii, w miejscu, które kiedyś było mi domem i mam nadzieję, że w niedalekiej przyszłości znów będzie. Nigdy nie wyjeżdżam sama więc jest to dla mnie zupełnie nowe doświadczenie, coś, na co czekałam i czego byłam na swój sposób ciekawa.
Nie miałam na ten czas absolutnie żadnego planu ani zobowiązań. Chciałam cieszyć się wolnymi dniami i robić to na co przyjdzie mi ochota, bez pośpiechu ani napięcia. Spotykać się ze znajomymi, czytać książki, jeść i pić pyszne rzeczy albo siedzieć do południa w piżamie. Jak się okazało najtrudniejsze do wykonania jest to ostatnie bo najczęściej budzę się o szóstej i chwilę później spaceruję już brzegiem morza moją codzienną trasą aż do latarni na końcu mola.
Chociaż nie jestem wielką fanką plażowania i bardzo często uważam to za stratę czasu to zmarnotrawiłam tak całe popołudnie spragniona słońca, ciepłego piasku i szumu fal. Teraz z perspektywy kilku dni widzę, że to była dobra decyzja bo słońce jest teraz towarem deficytowym.
Chociaż nie jestem wielką fanką plażowania i bardzo często uważam to za stratę czasu to zmarnotrawiłam tak całe popołudnie spragniona słońca, ciepłego piasku i szumu fal. Teraz z perspektywy kilku dni widzę, że to była dobra decyzja bo słońce jest teraz towarem deficytowym.
Po dwóch słonecznych i upalnych dniach zepsuła się pogoda i myślę, że wśród turystów byłam jedną z niewielu, które cieszyły się z braku słońca. O ile oszałamiająco niebieskie niebo zawsze mnie zachwyca to takie zachmurzone ma w sobie dużo więcej uroku. Ilość zdjęć, które mam z tych moich "zachmurzonych" spacerów nawet samą mnie zdumiewa. Siedziałam wpatrując się w chmury i we wzburzone morze w ogóle nie zauważając upływu czasu.
Pogoda ze złej zmieniła się na jeszcze gorszą a poźniej na katastrofalną w skutkach. Padający ulewny deszcz zamienił się w powódź, bezsenne noce odmierzane grzmotami polegały na czekaniu do rana. I chociaż na całe szczęście ominęło mnie najgorsze, to jedna z najbliższych mi tu osób straciła przez tę powódź dużo.
Czekałam na ten hiszpański tydzień prawie całe lato. Nie wyobrażałam sobie jednak, że praktycznie zostanę uziemiona a deszcz i wichury pozbawią możliwości spędzania czasu tak jak bym chciała. Zostały mi jeszcze dwa dni, wracam w poniedziałek wieczorem i mam nadzieję, że pogoda nie pokrzyżuje mi planów.
Powódź, którą obserwuję, jest najtragiczniejszą w historii, życie straciło sześć osób a tysiące zostały ewakuowane i straciły dorobek całego życia. Miejscowość, w której kiedyś mieszkałam to kumulacja wody i nieszczęść, nigdzie nie jest gorzej niż tam. Miał to być dla mieszkańców najradośniejszy czas bo właśnie obchodzą dni swojego miasta a dzisiaj i jutro miały odbyć się koncerty znanych hiszpańskich piosenkarzy, na których też miałam być. Ulice powinny teraz rozbrzmiewać muzyką i radością a tymczasem jest smutek a region został uznany za obszar klęski żywiołowej.
Staram się wykorzystywać ten czas najlepiej jak potrafię, od wczoraj nie pada tylko wieje silny wiatr co nie przeszkadza mi w spacerach. Moim planem na ten pobyt albo raczej obietnicą złożoną samej sobie były codzienne śniadania z widokiem na morze, bez pośpiechu i z książka czytaną na deser. Póki co, mimo tych wszystkich pogodowych niedogodności nie udało mi się to tylko jeden raz.
Wspominałam kiedyś o tym, że według mnie najgorsze co nas może spotkać w podróży, oprócz nieszczęśliwych zdarzeń losowych, jest deszcz. No chyba, że ktoś lubi muzea. Przez ostatnie dni starałam się dużo spacerować i wykradać te chwile w ciągu dnia kiedy nie padało. Na szczęście ostatnio tylko wieje.
Najfajniejsze w tym moim trochę smutnym urlopie jest to, że robię to co chcę przy czym jeśli nie chcę robić nic, to to też jest dobry plan. Czytam już drugą książkę i oglądam hiszpańskie seriale. Spotykam się ze znajomymi i mam nadzieję, że te momenty wzruszeń, radosnego śmiechu i dobrych rozmów pozwolą mi wytrwać do następnego z nimi spotkania.
To jest dobry czas, dopiero będąc tutaj zdałam sobie sprawę, jak bardzo tego potrzebowałam. I chociaż zdecydowanie wolę podróżować w towarzystwie to ten tydzień bardzo mi się podoba. Pozwolił mi między innymi zauważyć zmiany jakie we mnie zaszły bo kiedyś byłabym smutna i rozczarowana faktem, że jeśli chodzi o wycieczki i turystyczne atrakcje to na tym urlopie prawie nic się nie dzieje. Lenistwa jest więcej niż czegokolwiek innego i to lenistwo ma teraz dla mnie całkiem inną wartość patrząc na nieszczeście jakie się dzieje dookoła. Od wtorku wraca codzienność ale ten fakt nie przeraża mnie zbytnio, aczkolwiek odrywając się od płyty lotniska i patrząc na morze w dole na pewno uronię kilka łez jak to ja.
Aplikacja podtrzymująca mnie przy życiu w tych ciężkich i smutnych chwilach między wyjazdami informuje mnie, że kolejna podróż za 41 dni. Wytrwam jakoś nie?
Aplikacja podtrzymująca mnie przy życiu w tych ciężkich i smutnych chwilach między wyjazdami informuje mnie, że kolejna podróż za 41 dni. Wytrwam jakoś nie?
