Nie płacz, że coś się skończyło. Ciesz się, że Ci się to przytrafiło. ( G.G. Márquez )

środa, 16 września 2020

Powsinoga.

 Jesień coraz bliżej. Świadomość coraz krótszych i coraz zimniejszych dni jest dla mnie największą motywacją żeby nie siedzieć w domu. Nie mam specjalnych wymagań co do pogody bo wiem, że wrzesień może być różny dlatego póki co za piękny dzień uznaję każdy, kiedy nie pada. Wszystkie inne, nawet te wietrzne i chłodne, nadają się do spacerów w sam raz. No bo nie oszukujmy się, dzień, w którym pada najbardziej pasuje do książki, herbaty i kocyka. Dobrze, że póki co pada mało.



Naprawdę ciężko mi usiedzieć w domu a perspektywa spędzenia dnia w plenerze, nawet tym dobrze znanym i eksplorowanym regularnie jest zawsze świetną motywacją. W czasach przymusowego bezrobocia bycie powsinogą trzymało mnie w pionie i ratowało przed depresją i pogrążeniem się w ciemności czarnych myśli. Kręte leśne ścieżki prostowały i układały mi wszystko a świat z perspektywy siodełka i dwóch kółek nabierał całkiem innych barw.




Obiecałam sobie, że wyrobione wiosną i latem nawyki nie znikną wraz z powrotem obowiązków i pojawieniem się rutyny. W związku z powyższym nadal się szlajam ciesząc się dobrą pogodą i bywając to tu, to tam.




Regularnie odwiedzam las po drodze głaskając "moje" owce. Nie mogę się nacieszyć jakie są rozkoszne, szkoda, że nie można ich trzymać w domu tak jak psa bo wtedy na pewno miałabym jedną lub dwie. W sumie lepiej dwie, białą i czarną, dla równowagi i pełni szczęścia. 
 


 Ja wiem, że może te spacery to żadna ekscytacja a dla nielubiących takiej formy rozrywki nawet nuda ale dla mnie niezmiennie jest to wielka frajda i radość. Nawet jak nie mam ochoty na nic więcej jak tylko na czytanie to czy nie przyjemniej czytać w lesie albo nad rzeką? Tym bardziej, że jak już nadejdą deszcze i słoty nie będę miała możliwości wyboru i wtedy sofa będzie zawsze na wygranej pozycji. Wiem, że zatęsknię za ulubionymi ławkami w lesie i za radością jaką daje rower ( kurzący się już wtedy w piwnicy ). I właśnie świadomość końca lata jest dla mnie najsilniejszą motywacją.




Powiem Wam, że myśl o tym, że po pracy pojadę do lasu bardzo często trzyma mnie przy życiu i towarzyszy niczym cień już od ósmej rano. I nawet jeśli jestem zmęczona to na myśl o leśnych ścieżkach i rowerowych endorfinach od razu nabieram sił. I jak tak sobie pędzę przez łąki i pola to nadziwić się nie mogę jaka to ja byłam padnięta...



A w Łabie wody mało, chyba pierwszy raz mogłam pójść tak daleko w głąb. Szkoda tylko, że w jasnych butach :). Za to widoki cudne, takie trochę pustynno-księżycowe.



Powoli zaczyna zmieniać się przyroda, coraz częściej słyszę szelest liści pod butami, ściółka leśna bardzo często pachnie chłodem i wilgocią, co nie zmienia ani faktu, że to nadal piękny zapach, ani że nadal wdycham go zachłannie.
Od jakiegoś już czasu, liczonego w latach ( trochę wstyd, wiem ) noszę się zamiarem pojechania do lasu bladym świtem w celu sfotografowania mgły. Póki co efekt tego marny ale może w tym tygodniu się zmobilizuję i wstanę trochę wcześniej. Nawet jak moje fotograficzne umiejętności nie podołają zadaniu to chociaż sobie popatrzę na magię budzącego się do życia dnia a to też może być fajne.


Dzisiaj na ten przykład niepiesznie wypiłam poranną herbatę na balkonie ( chwała niech będzie wolnemu dniu ), było ciepło ale mgliście, powietrze niosło zapowiedź chłodniejszych dni a ciszę poranka przerywały jedynie podmuchy delikatnego wiatru i szelest spadających z drzew liści. Nie ma co się oszukiwać, że od jesieni to nas dzielą lata świetlne. Jeszcze sama ze sobą nie ustaliłam czy się cieszę tym faktem czy nie i czy jestem na to mentalnie gotowa. I Wam i sobie życzę jesieni najpiękniejszej z możliwych i codzienności dającej szczęście i satysfakcję.

czwartek, 10 września 2020

Spragniona podróżowania. I Pragi.

 Byłam tak bardzo spragniona podróży i tak stęskniona za byciem w drodze, że pierwszego dnia urlopu wyczekiwałam z równą ekscytacją  i zniecierpliwieniem co gwiazdki na niebie w wigilijny wieczór. Ten rok kilka razy pokazał mi, że plany to tylko plany, wyraźnie dając przy tym do zrozumienia, że wszystko może ulec zmianie w najmniej oczekiwany sposób. Wszystko mieliśmy już zaplanowane ale i tak gdzieś tam w tyle głowy jaskrawym światłem ćmiła się lampka zwątpienia. Obawy przed tym, że znowu coś ( wiadomo co ) skreśli nam podróżnicze plany grubą linią na dobre zniknęły chyba dopiero jak usadowiłam się w pociągu.


Byłam w Pradze kilka lat temu. Niestety włamanie do samochodu po powrocie do domu pozbawiło mnie zdjęć nie tylko z urlopu w Czechach, ale również z dużej części uwiecznionego na zdjęciach lata. To przykre i smutne wydarzenie, które opłakałam rzęsiście nie żałując aparatu ale zdjęć nauczyło mnie regularnego zgrywania zdjęć na twardy dysk co nieskromnie powiem wychodzi mi świetnie aż do dzisiaj. 


Niby całkiem sporo z tej mojej poprzedniej wizyty pamiętałam ale wiecie jak to jest nie mając zdjęć i nie mogąc sobie utrwalić wspomnień. Wróciłam do Pragi z zamiarem odświeżenia wrażeń i oczywiście wzbogacenia się o nowe, całkiem świeże. Pomimo tego, że wstaliśmy w środku nocy a do Pragi dotarliśmy o trzynastej to na spotkanie z miastem poszliśmy zaraz po tym jak ulokowaliśmy się w wynajętym na czas urlopu mieszkaniu. Tęskniłam okrutnie za spacerami labiryntem klimatycznych uliczek, planowaniem trasy i obserwowaniem świata zza kubka z herbatą w jakimś fajnym miejscu. Przed ruszeniem w miasto nie powstrzymałyby mnie tego dnia żadne deszcze, burze ani gradobicia. Na ten wyjazd czekałam od dawna.



Pierwsze praskie popołudnie spędziliśmy spacerując niespiesznie po starym mieście. Do Mostu Karola mieliśmy spacerkiem piętnaście minut idąc piękną i malowniczą trasą wzdłuż Wełtawy i to właśnie na moście powiedzieliśmy Pradze dobrý den. Most Karola znają przecież wszyscy, to jeden z najbardziej znanych zabytków miasta i miejsce, którego nie można, ani w żaden sposób nie da się ominąć. Łączy Małą Stranę i Stare Miasto i jest uznawany za jeden z najpiękniejszych średniowiecznych europejskich mostów. Sam most jest architektonicznym arcydziełem ale nie można nie zwrócić uwagi na widoki z niego się rozciągające - mozaika dachów, kopuł, wież i iglic zachwyca bez dwóch zdań. Ciężko jest odłożyć aparat.



Z mostu wtopiliśmy się w gęstwinę wąskich uliczek, z których jedna doprowadziła nas do samego centrum Starego Miasta czyli na Rynek Staromiejski, którego największą atrakcją jest średniowieczny zegar astronomiczny. Tak się fajnie złożyło, że byliśmy tam kilka minut przed pełną godziną co skróciło nasz czas oczekiwania na cogodzinną atrakcję - wraz z wybiciem pełnej godziny w okienkach nad zegarem przesuwają się figurki dwunastu apostołów a różne postacie przedstawiające np. Śmierć czy Chciwość zaczynają gestykulować. Wszystkiemu towarzyszy bicie dzwonów. 


Praski zegar astronomiczny pochodzi z 1410 roku i jest najstarszym tego rodzaju zegarem w Europie.


Stare miasta to serca dużych metropolii, w których życie płynie w innym rytmie. Uwielbiam zagubić się w sieci utkanej z wąskich ulic i iść przed siebie bez żadnego planu, skręcając tam gdzie podpowiada intuicja oraz zaglądać w okna i bramy. Szukam detali i zachwycam się drobiazgami, ciekawą klamką, kolorowymi drzwiami albo zazielonionym balkonem lub parapetem.


Zamiast tłumu turystów praktycznie puste schody w dół i morze dachów aż po wieczorny, lekko zamglony horyzont.


Do niedawna byłam przekonana, że epidemia nie ma żadnych zalet. Urlop w Czechach zmienił trochę moją opinię w tym temacie pokazując, że w całym tym nieszczęściu jest coś, za co jestem temu zamieszaniu wdzięczna. Możliwość zwiedzania Pragi bez tłumu turystów, z łatwym dostępem do nawet najbardziej znanych miejsc jest wielkim przywilejem. Kolejnym był fakt, że w Czechach nie ma obowiązku noszenia maseczek co było dla nas źródłem nieustającej radości ( i ulgi ).




W jednej z najpiękniejszych europejskich stolic chodziliśmy pustymi uliczkami, przysiadaliśmy na schodach, na których byliśmy tylko my, obserwowaliśmy gołębie na pustych placach a nasze kroki i śmiech odbijały się echem od ścian. I chociaż przez pierwsze chwile łapałam się na tym, że ze zdumieniem reagowałam na tę ciszę i spokój to szybko się do niej przyzwyczaiłam i celebrowałam ten wyjątkowy czas i przywilej posiadania wielu miejsc tylko dla siebie samej.




I pomimo tego, że nikt nie wchodził w kadr to nie było też nikogo kogo można by obdarzyć ciepłym uśmiechem. Uśmiechanie się do świata było w tym roku w Pradze raczej uśmiechaniem się do pastelowych murów oraz do morza czerwonych dachówek.



Sytuacja, w której się w tym roku znaleźliśmy a raczej jej smutne konsekwencje wielu z nas zmusiła do rezygnacji z urlopowych planów albo układania ich na nowo. Za każdym razem jak widziałam na Wełtawie te żółte wodne rowery to myślałam o nowojorskich taksówkach, które miałam oglądać dokładnie w tym samym czasie.


Jak się okazało pięć minut od naszego mieszkania znajdował się najbardziej dziwaczny i ekscentryczny współczesny budynek w Pradze "Fred i Ginger". I pomimo tego, że znajdował się on na naszej liście miejsc obowiązkowych do zobaczenia w mieście to całkiem przypadkowo "odhaczyliśmy" go już pierwszego dnia. I jeśli mam być drobiazgowa i szczera to był to pierwszy praski zabytek który widzieliśmy. Od niego wzdłuż rzeki ruszyliśmy na spotkanie z Mostem Karola.


Praga jest przepiękna a kilkumiesięczne uziemienie praktycznie w jednym miejscu otworzyło mi oczy na wiele rzeczy i pozwoliło cieszyć się zwiedzaniem i byciem w podróży w całkiem nowy sposób. Radowałam się drobiazgami i nie było praktycznie żadnej rzeczy będącej w stanie zepsuć mi dobry humor ani nawet odrobinę wyprowadzić z równowagi. Dzień zaczynałam uśmiechem rozdając  Dobrý den komu tylko się dało, poranną herbatę popijałam czeskim piwem nie mogąc uwierzyć jak wielkie są te ich małe kufle :). Przez cały dzień zapełniałam serce i pamięć wspomnieniami, nauczona wcześniejszymi doświadczeniami nie spuszczałam oka z aparatu ale za to wiecznie szukałam portfela :). A wieczory, po kąpieli w wielkiej wannie, spędzałam oglądając czeską telewizję. Nie jestem fanką oglądania tv ale czeskie filmy, zwłaszcza te starsze, uwielbiam. Chociaż niewiele rozumiem to słuchanie języka naszych południowych sąsiadów jest radością samą w sobie i jak nic poprawia humor.

Wrócę tu jeszcze do Pragi nie raz bo mam dużo i zdjęć, i wspomnień. Byłoby egoizmem tym się z Wami nie podzielić czy tego chcecie czy nie, święcie jednak wierzę w to, że chcecie. Piękne to były dni. Od śniadań aż po wieczorne powroty do domu wszystko było niezwykłą przyjemnością. I wiecie co? Nie zamieniłabym tych dni na żaden Nowy Jork. Poza tym co się odwlecze to nie uciecze, prawda?

środa, 2 września 2020

Wszystko, co dobre.

 Wszystko co dobre szybko się kończy. Dowodem na to jest urlop i patrząc za okno obawiam się, że lato również. Chociaż dobra, nie powiem, dzisiaj jest cudnie i zaraz wskakuję na rower zobaczyć co tam w moim lesie piszczy. Przyjemność będzie wielka bo trochę mnie wśród tych łąk i pól nie było, najpierw urlop, później goście, później deszcz a po nim leń. Dopóki jednak nie wystygnie mi herbata spróbuję sobie przypomnieć jaką frajdę daje blogowanie bo też już powoli odwykłam czego przyczyn należy szukać w tym wszystkim wsześniej wymienionym pomijając deszcz.

Życie wróciło na swoje tory a codzienność zaczyna się kręcić po dawnemu. Dzieci wróciły do szkół a ja grzecznie niczym one, do pracy. W najbliższym czasie nie przewiduję żadnych ekscytujących atrakcji chociaż w sumie użycie słowa ekscytujących jest tutaj zbyteczne bo na dzień dzisiejszy nie mam w planach nic. Będę żyć tym co przeżyłam ostatnio, niech to będzie moja busola na najbliższą codzienność.

Pamiętacie jak kiedyś Wam pisałam, że w marcu miałam lecieć do Brukseli na koncert jednego z ulubionych piosenkarzy? A pamiętacie jak później Wam pisałam, że koncert został przełożony na szóstego września a ja cieszyłam się jak głupia i jak głupia wierzyłam, że się odbędzie? To teraz o tym zapomnijcie bo się nie odbędzie, a przynajmniej nie w tym roku bo kolejna planowana data to siódmy luty dwa tysiące dwadzieścia jeden...Tak że ten, no ale co się naekscytowałam tym wydarzeniem to moje. Któregoś dnia ten koronaświruś wykończy mnie psychicznie i nie pomoże mi ani rower, ani medytacja, ani kąpiel w pianie ani nawet dzban earl grey'a. Już powoli zaczynam zauważać, że chyba tracą moc albo ja się już uodporniłam.


Chichot losu? A co to jest? Mam wrażenie że ostatnio los się ze mnie śmieje głośno i radośnie :). I niech mu będzie na zdrowie.


... no może jeszcze kilka innych rzeczy, ale z nich zaś największa jest miłość...


Biadolenie biadoleniem ale za to Czechy Kochani to jest jakiś sztos. I nie trzeba nosić maseczek. Było niewyobrażalnie pięknie, zaczynając od wielkiego i wysokiego mieszkania w praskiej kamienicy, z wielką wanną w łazience, oknami do nieba i klimatyczną klatką schodową. Jak człowiek jedzie na pierwszy zagraniczny urlop po tym jak świat stanął na głowie, a w międzyczasie wielokrotnie tracił nadzieję, że on w ogóle się odbędzie, to jak widać wszystko cieszy, nawet wanna!



Do Pragi pojechaliśmy pociągiem co planowaliśmy już dawno. Na naszą decyzję nie miał wpływu fakt, że co i rusz anulowali loty, taka długa podróż pociągiem marzyła nam się od dłuższego czasu. I pomimo tego, że powrót z Pragi przypominał trochę na początku czeski film to marzy nam się pojechać pociągiem jeszcze dalej.

Czasami miałam wrażenie, że czeskie kufle są większe niż ja :)

Abstynentką nie jestem ale mam pewne zasady, np. takie, że piwo i brązowe alkohole ( do nich zaliczam whisky, brandy i takie tam ) są fuuu. W Czechach piwo było pyszniutkie a wypowiedziane przeze mnie zdanie : "Już dwunasta a ja się jeszcze piwka nie napiłam" weszło na stałe do naszego słownika. I nie wiem czy bardziej mnie śmieszy czy zdumiewa. Na szczęście po urlopie herbatka znów jest na szczycie listy ulubieńców.


Tak sobie ułożyliśmy plan, żeby była i przyroda, i architektura. Trzymaliśmy się tego dzielnie do czasu aż stwierdziłam, że wolę urodziny wśród natury a nie w mieście, jak zakładałam przed wyjazdem. Intensywny spacer, pot i zakurzone buty chyba bardziej do mnie pasują niż miejska elegancja. I piwo z pięknym widokiem bo wiadomo, że w Czechach piwko smakuje jak nigdzie :). Było zdecydowanie bardziej po mojemu a to przecież był mój dzień.


Będę sobie teraz żyła pomalutku, ciesząc się z drobiazgów i spokojnej codzienności. Jak do tego będzie jeszcze dopisywać pogoda to będę w ósmym niebie. Podróżniczo ten rok jest już na straconej pozycji i chociaż mam w planach jeszcze Hiszpanię i może Litwę to wiem, że decyzję o wyjeździe podejmę z dnia na dzień. Mam rower, zapas książek, kilka rzeczy do obejrzenia. Nie jest źle. Jak po urlopie poszłam się "przywitać" z końmi i owcami z sąsiedztwa to widziałam już sporo suchych liści. Nic to, jesień też potrafi być piękna. Mam dziwne uczucie, że lato trwało od marca, było wyjątkowe i wykorzystałam je maksymalnie. Z jesienią mam zamiar uczynić dokładnie to samo. Wam też to polecam.

środa, 12 sierpnia 2020

Przemyślenia przed podróżą czyli wracam do gry :).

 Kiedy pierwszego stycznia wracając z Litwy świętowałam w samolocie swój pięćdziesiąty lot ( małym winem w plastkowej butelce, którą, o zgrozo :) zatrzymałam sobie na pamiątkę ) nawet przez myśl mi nie przeszło, że gdzieś tam całkiem blisko gromadzą się już nad światem czarne chmury. Byłam przeszczęśliwa po urlopie i świętach na Litwie a fakt, że kolejny raz powitałam Nowy Rok w innej europejskiej stolicy dodawał temu szczęściu wielką dawkę radości. A kiedy równo o północy zaczął padać śnieg to miałam pewność, że Ziemia to jest najlepsze i najbardziej zbliżone do ideału miejsce do życia. Gdyby wtedy ktoś mi powiedział, że trzy miesiące później świat, którego poznawania wiecznie jestem spragniona, stanie na głowie, przekreślając wszystkie moje plany to bym go ogłuszyła głośnym śmiechem jednocześnie wymownie kreśląc na czole wielkie koło.

Plany na ten rok miałam zacne a urodziny spędzone w Nowym Jorku miały być jednym z hitów życia. Właśnie teraz powinnam pakować się za ocean a pakuję się... za najbliższą granicę. Padło na Czechy a ja po tych miesiącach podróżniczego niebytu czuję niebywałą ekscytację. Osiem miesięcy bez przekraczania granic a wyrobiony w lutym nowy paszport nadal leży nietknięty w szufladzie czekając na lepsze dni. Świętując pięćdziesiąty lot miałam już kupione bilety na kolejne dwa, które zamiast pod koniec marca zrealizuję na początku września. I chociaż z niepokojem obserwuję wirusowe prognozy to nie dopuszczam do siebie myśli, że we wrześniu nie spełnię kolejnego z marzeń. Nie zgadzam się na to żeby nowa fala uderzeniowa tej dziwnej choroby kolejny raz podcięła mi skrzydła silnym podmuchem, pozbawiając życiowej równowagi.

Cudnie jest znów się pakować w coś większego niż w plecak na dwa dni. Odhaczać kolejne punkty z uniwersalnej listy, ładować baterie i power banki, powtarzać podstawowe grzecznościowe zwroty w nowym języku. W tej całej ekscytacji wyprałam nawet pokrowiec na statyw do aparatu więc możecie sobie wyobrazić jaka jestem uskrzydlona.

Na chwilę przed kolejną podróżą mam wrażenie, że świat wraca do swojej standardowej pozycji a tego nie czułam już dawno. Przypomnę sobie jak to fajnie jest być w drodze, wyszukiwać miejsca na obiady i kolacje, wypisywać widokówki i rozglądać się za skrzynkami na listy, uwieczniać aparatem nowe kadry, uśmiechać się do nieznajomych, drapać za uchem cudze psy a przede wszystkim znaleźć się na chwilę w innej codzienności i obserwować ją z ciekawością i odwagą. I głodem podsyconym miesiącami jeżdżenia tylko "wokoł domu" chociaż nie powiem, mikroturystyka to też jest sztos!

W ogóle to lato jest wspaniałe, mam wrażenie, że trwa pół roku. Rzeczywistość jest tak fajna, że zamiast żałować tego, gdzie nie byłam, codziennie cieszę się faktem, że z tych moich rowerowych lub pieszych wycieczek po okolicy stworzyłam sobie niezwykłą codzienność jako budulec wykorzystując słońce, zieleń, jeziora, łąki, pola, książki, termos z herbatą i las. Nie przeraża mnie nawet fakt, że wrócę z Czech o rok starsza. Pełnia lata i sam środek sierpnia to świetna data żeby się starzeć.

A co u Was mili moi? Jak wykorzystujecie ten piękny czas?

piątek, 7 sierpnia 2020

Fajną mam codzienność.


Pełnia lata. Chęci do pisania nie mam żadnych za to zapał to przeżywania fajnych chwil odzywa się we mnie ze zdwojoną mocą. I chociaż nie dzieje się nic spektakularnego to taką przepełnioną radością i szczęściem codzienność bardzo sobie cenię.


Piękna słoneczna pogoda i szybsze powroty z pracy pozwalają cieszyć się latem z intensywnością jakiej nie zaznałam już dawno. I chociaż czasem ta radość ogranicza się do balkonu to częściej jednak jestem w ruchu. W czasach tego nieszczęsnego wirusa obiecałam sobie wprowadzić w życie pewne nawyki, jednym z nich był codzienny długi spacer tudzież przejażdżka rowerowa. O dziwo jak sobie obiecałam tak zrobiłam i teraz zdecydowanie jestem lepsza w szukaniu powodów żeby wyjść na spacer niż wymówek żeby jednak zostać w domu. Perspektywie relaksu w leśnej głuszy nie jestem w stanie się oprzeć.




Ubodzy duchem Ci, którzy nie widzą w przyrodzie magii :).


Na punkcie owiec miałam kiedyś potężnego hopla. Skarpety w owce, piżama w owce, kubki w owce jako ekskluzywna zastawa stołowa. I chociaż jeśli chodzi o przedmioty codziennego użytku to trochę się uspokoiłam, to te prawdziwe, dające się pogłaskać i przytulić do końca życia będą ulubieńcami.



Kolory lata i łąka jako przepiękne tło do tworzenia wspomnień ze spokojnej, pięknej w swojej zwyczajności codzienności.


I domy marzeń. Jestem przekonana o ich magii i klimatycznych wnętrzach.




Przemierzam te ścieżki często i regularnie a i tak zawsze ekscytuje mnie myśl o kolejnej rowerowej wyprawie. Wracając z pracy widzę zza okien pociągu moje rewiry, sięgająca horyzontu zieleń zawsze mnie uskrzydla jawiąc się jako idealny plan na resztę popołudnia. Symfonia ptasich treli, słońce prześwitujące przez korony drzew i tworzące piękna mozaikę na ścieżce, którą jadę. No i ten zapach! Tak łapczywie go wdycham, że prawie się zachłystuję. Zapach lasu powinien należeć do siedmiu cudów świata. Dla mnie to jest najpiękniejszy aromat zaraz po farbie drukarskiej i earl grey'u.


Nawet teraz jak to piszę to mam ochotę się teleportować chociaż na balkonie też nie jest źle. Piękny słoneczny dzień i pomimo upału dzbanek z gorącym earl grey'em. Czasem sama się zastanawiam jak ja jestem w stanie pić ten wrzątek w taki skwar.



To niesłychane jak bardzo mogą człowieka uszczęśliwić tak przyziemne rzeczy. I jak bardzo czasami są niedoceniane. Dla mnie, człowieka lasu, codzienna przejażdżka po pracy to najważniejszy z planów dnia i wyczekiwany już od ósmej rano.


Z tych moich przejażdżek i spacerów zawsze wracam przeszczęśliwa. To niesamowite jak wspaniale można wypocząć męcząc się a po powrocie do domu zupełnie nie czuć tego zmęczenia.


W środę zaczynam urlop, nawet nie wiecie jak się cieszę! I chociaż miałam być za oceanem a będę za najbliższą granicą, bo padło na Czechy, to po tylu miesiącach posuchy ekscytuję się co najmniej tak jak bym leciała w kosmos a powrót do naszych południowych sąsiadów wywołuje szeroki uśmiech. Wielu powodów do uśmiechu od ucha do ucha życzę również i Wam. A ja wskakuję na rower.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...