2026
Tam gdzie kończy się świat. Rejs amfibią po lodowcowej lagunie Jökulsárlón
Chociaż od mojej niezapomnianej islandzkiej przygody minął rok z kawałkiem to ja nadal i materiału, i wspomnień mam taki ogrom, że nie wiem kiedy się z tego wykaraskam. Póki co mam takie zaległości, że pogodziłam się już z myślą, że nie napiszę tutaj o wszystkim o czym napisać bym chciała, muszę zatem skupiać się na ulubieńcach. A jeśli zatem mowa o ulubieńcach to pora najwyższa "przyspieszyć" z Islandią. Wiem, że mogłabym próbować upchnąć jakoś całą Islandię w jednym wpisie ale jak to zrobić skoro te oszałamiające krajobrazy w głowie się nie mieszczą zatem jak miałyby się zmieścić w kilkunastu zdaniach?
Tylko ja wiem ile miałam podejść do napisania o rejsie amfibią po lagunie Jökulsárlón, u podnóża lodowca Vatnajökull. Najpierw chciałam ochłonąć po powrocie i na spokojnie poukładać sobie w głowie i w sercu wszystko to, czym oczarowała mnie Islandia. Po drodze pojawiały się kolejne wyjazdy, za które jestem wdzięczna i cieszę się, że mi się przytrafiły. Próbowałam pisać o tym rejsie wiosną, później latem, jednak pisanie o chłodnych krajobrazach i lodowcowym mrozie szczypiącym w nos i w policzki w ogóle mi nie szło w rzeczywistości skąpanej w słońcu i niespotykanych w naszej części Europy upałach.
Dobrze wiecie, że uwielbiam lato. Jeszcze do niedawna mój słownik nie znał zwrotu "za gorąco", ale to się zmieniło teraz na Krecie. Kiedy wracaliśmy z plaży Elafonisi do samochodu myślałam, że umrę z gorąca. Uwierzcie mi, że byłam o krok od tego, żeby wskoczyć do lodówki z lodami w przyparkingowym sklepie, nie wiedziałam tylko jak to zrobić żeby nikt nie zauważył. Na szczęście powstrzymała mnie godność i wizja aresztowania, gdyby nie to to nie wiem jak by się wszystko skończyło 😀.
Ale dobra, upały uwielbiam i z wielką przyjemnością podróżuję tam, gdzie jest gwarancja na słońce, jednak Islandia pokazała mi ile uroku ma świat stworzony z lodu. Kiedy wracam myślami do wszystkich krajobrazowych cudów, które tam widziałam, najcieplejszymi uczuciami darzę te najzimniejsze kadry. A jednym z najbardziej niesamowitych wspomnień jest rejs amfibią po lagunie lodowcowej.
Przed podróżą na Islandię to właśnie myśl o zobaczeniu lodowców napawała mnie największą ekscytacją. Wcześniej żadnego jeszcze nie widziałam i ciężko było mi wyobrazić sobie kawałki świata, na których oprócz lodu praktycznie nie ma nic więcej. I teraz, kiedy je widziałam, mam o nich tylko jedno zdanie: są absolutnie zachwycające. Cała Islandia jest oszałamiająco piękna ale lodowce, sami rozumiecie, to zupełnie inna kategoria niezapomnianych wrażeń. Pewnie nie muszę Wam nawet tłumaczyć dlaczego.
Podobnych krajobrazów nie widziałam nigdy wcześniej. Spokojna tafla wody, czyste i rześkie powietrze a wśród tego wszystkiego lazurowe lodowcowe kry, foki i ja, z uśmiechem sięgającym daleko za uszy. Za jedne z najpiękniejszych momentów w życiu uważam te, kiedy słońce świeci mi prosto w twarz, a jednak byłam przeszczęśliwa wśród tych zimnych krajobrazów, będących trochę jak nie z tej ziemi.
Jökulsárlón to polodowcowe jezioro i jednocześnie największa i najbardziej znana laguna lodowcowa na Islandii, położona na południowym krańcu lodowca Vatnajökull, największego w Europie, zasilana przez jęzor lodowcowy Breiðamerkurjökull. Spokojne wody tej laguny usiane są górami lodowymi pochodzącymi z tego lodowca a wszystko to o czym wspomniałam przed momentem tworzy krajobraz, którego nie da się zapomnieć a który można podziwiać w wyjątkowy sposób bo z amfibii. Rejs trwa 40 minut chociaż jeśli chodzi o mnie to mógłby trwać dużo, dużo dłużej. Bo chociaż podróż wycieczkowcem nie leży w sferze moich podróżniczych marzeń to zaproponujcie mi tygodniowy rejs wśród lodowców a zgadzam się od razu i pędzę pakować walizkę. Jestem w stanie wyobrazić sobie urlop w rzeczywistości stworzonej z wody, lodu i delikatnej mgły, po co komu upały skoro wokół takie niewyobrażalne cuda?
Pamiętam ten rejs tak dobrze, jakby odbył się wczoraj a najbardziej pamiętam to, jaka szczęśliwa się czułam. Miałam wrażenie, że jestem gdzieś hen hen na końcu świata, na statku zrobionym z łupiny orzecha, i płynę sobie ku niczemu. I chociaż nasza amfibia liczyła kilkanaście osób to cisza "na pokładzie" panowała taka, że miałam wrażenie, że cały świat wraz z nami wstrzymał oddech. Miałam szczęście przeżyć w życiu wiele niezapomnianych przygód, kilka z nich chciałabym powtórzyć, a ten rejs znajduje się na pewno w pierwszej piątce. To jedyna taka atrakcja w Europie!
Rejs amfibią pośród lodowcowych brył to wyjątkowa okazja aby z bliska zobaczyć błękitne góry lodowe, potężny lodowiec, olbrzymie bryły lodu dryfujące w stronę Oceanu Atlantyckiego i ... foki. Czarny punkt na zdjęciu poniżej to właśnie główka jednej z nich a my mieliśmy to szczęście, że podczas naszego rejsu pokazywały nam się wielokrotnie. Islandia dostarczyła mi wielu niezapomnianych i wrażeń, i widoków, a ten rejs był właśnie jednym z nich. Nawet sobie nie wyobrażałam że takiej ilości szczęścia dostarczą mi kiedyś lodowe bryły, chociaż po Islandii dostarczyły mi go jeszcze te na Łabie ( KLIK dla tych co zapomnieli, przegapili albo jeszcze wtedy mnie nie znali 😀 ). Nadmorskie ciepłe kadry mają od zeszłego roku silną konkurencję.
Podczas rejsu po lagunie wielokrotnie odzywało się we mnie surrealistyczne wrażenie, że to wszystko się dzieje i nie dzieje jednocześnie. Nawet teraz pisząc o tym i oglądając na jakby nie było własnoręcznie zrobionych zdjęciach te nieziemskie kadry trochę ciężko mi uwierzyć, że naprawdę to widziałam. I że wcale mi się nie przyśnił ten krajobraz jak ze snu, stworzony z wody, lodu i delikatnej mgły.

Komentarze
Prześlij komentarz
DZIĘKUJĘ ZA CZAS POŚWIĘCONY NA MOJĄ RADOSNĄ TWÓRCZOŚĆ. KAŻDY KOMENTARZ MNIE CIESZY I ZA NIE RÓWNIEŻ SERDECZNIE DZIĘKUJĘ.