Nie płacz, że coś się skończyło. Ciesz się, że Ci się to przytrafiło. ( G.G. Márquez )

poniedziałek, 19 kwietnia 2021

Pod baldachimem z ciemnych chmur.

Kiedy zamknęli mi przed nosem cały świat, urządziłam sobie cały świat z tego co mam blisko. Umeblowałam sobie przestrzeń z kilometrów nowych ścieżek, odkrywałam to co mogłam i czego w całym tym szaleństwie nie zakazali. Przyroda mnie uratowała. Chwytała za kołnierz kiedy potykałam się o słabsze dni i upadek był blisko. Doprowadzała do pionu kiedy przygnieciona natłokiem ciężkich myśli nie widziałam światła w tym ciemnym, poplątanym jak nigdy wcześniej labiryncie. W tym dziwnym życiu bez dalekich podróży, głośnych śmiechów w większym gronie, toastów wznoszonych ulubionym winem w knajpce nad jeziorem, regularne kontakty z przyrodą dzielnie zastępowały mi to wszystko i zaspokajały apetyt na życie. Kiedy oddzielał mnie od świata gruby mur stworzony z leśnych drzew łatwo było o wszystkim zapomnieć a jeszcze łatwiej nie myśleć w ogóle. Nigdy się Matce Naturze za to wszystko nie odwdzięczę.




To niesamowite jaki ogrom szczęścia tkwi w drobiazgach oraz prostocie tkwiącej w czymś tak banalnym jak spacer w stronę chmur. Nawet tych ciemnych, deszczowych, w kwestii pogody nie wróżących nic dobrego.
Pod niezasłoniętym niczym niebem nawet earl grey z termosu smakuje lepiej. O niebo lepiej.
Mam słabość do nieba i drzew. I do chmur mam słabość przeogromną, nazwa tego mojego kawałka wirtualnego świata nie jest przypadkowa.
Zachwycają mnie drogi i ścieżki wijące się aż po horyzont piękną wstęgą.
Drzewa przeglądające się w tafli wody niczym w lustrze.
Uwielbiam czytać książkę w otoczeniu drzew. Po każdej przeczytanej stronie patrzę w niebo i wsłuchuję się w ptasi śpiew. Zaznaczam tak sobie każdy przeczytany rozdział. Jak zakładką.
Mam słabość do zapachów przyrody niesionych wiatrem. I nie każcie mi wybierać między zapachem koszonej trawy, palonych liści, obsypanej kwiatami łąki czy zapachem lasu w pełni lata.  Nie każcie, bo nie wybiorę. Nie potrafię.
I wiecie co jeszcze lubię? Zapach smrodu wsi. Serio. Bo zawsze przywołuje wiele najpiękniejszych wspomnień z dzieciństwa.


Warto wyjść z domu nawet jeśli niebo do tego nie zachęca. Pod baldachimem z takich chmur przejechałam w sobotę 40 km i wiecie co? Nawet przez moment nie padało.



poniedziałek, 12 kwietnia 2021

Niby nic a jednak Lauenburg.

 Przez dwa ostatnie wpisy żaliłam się na nudę i podróżniczo-wyjazdową próżnię ale dzisiaj dla odmiany powinno być ciekawie. W ogóle mam wrażenie, że podróżniczo odżyłam bo dzieje się sporo a miniona sobota to już w ogóle był sztos. Jeszcze nie do końca ochłonęłam. Jestem tak spragniona jakichkolwiek, najkrótszych nawet wyjazdów że każda możliwość oddalenia się od domu na dystans dłuższy niż jestem w stanie pokonać rowerem jawi mi się niczym jakiś daleki rejs. Tak też było w ostatnią sobotę marca, deszczowo - słoneczno - gradowo - śniegowo - tęczową. Chyba niczego w tej pogodowej wyliczance nie pominęłam, może jedynie silny wiatr. Ale cała ta mieszanka to i tak za mało, żeby nas zatrzymać w domu.


Spontanicznie padło na Lauenburg, o którym słyszeliśmy, że jest fajnie ale w sumie to tylko jedna uliczka i żeby się zbytnio nie nastawiać bo samo miasto niczym specjalnym się nie wyróżnia. Na miejscu okazało się, że największą i najładniejszą atrakcją jest faktycznie tylko jedna ulica. Jedna ale za to jaka! Widziałam w swoim życiu wiele hanzeatyckich miast, które uwielbiam za architekturę, klimat i możliwość podróży w czasie dziesiątki a nawet setki lat wstecz. Ale Lauenburg tą jedną jedyną uliczką zachwycił mnie po uszy a ja przepadłam po kilku pierwszych krokach po kamiennym bruku. Zapomniałam o wszystkim, byliśmy tylko my i historia.



Tutaj naprawdę czuć magię którą owego dnia spotęgowały pustki. Uliczka była wyludniona, widzieliśmy dosłownie kilku turystów. Mnie tutaj wszystko zachwycało. Pochylone od upływu czasu szachulcowe domki, niektóre jak z parku miniatur, stare latarnie, kolorowe drzwi i skrzynki na listy. 


Na każdym budynku umieszczono tablicę informacyjną z jego historią, wzbogaconą starym zdjęciem, bardzo często z jego ówczesnymi mieszkańcami, oczywiście w strojach z epoki, panie w długich sukniach i kapeluszach, panowie w spodniach na szelkach i z uśmiechami kryjącymi się za sumiastym wąsem.


Lauenburg położony jest w rozlewisku Łaby a ta piękna uliczka znajduje się nad samym brzegiem rzeki, w jej pierwszej linii. W 2013 roku miasto nawiedziła powódź i w wielu miejscach widać oznaczenia dokąd sięgała woda.


Mieszkańcy a zapewne i władze miasta dbają o to, żeby utrzymać tutaj wyjątkowy klimat, bez rzucających się w oczy jaskrawych szyldów i bilboardów. Mnóstwo tutaj sklepów z pamiątkami, księgarni oraz galerii z dziełami lokalnych twórców. Wszystko to oczywiście aktualnie zamknięte.


Uliczka jest całkiem spora i kiedy zaczynaliśmy spacer i widziałam na jej końcu mały plac byłam przekonana, że to będzie koniec atrakcji. Okazało się że placyk był tylko przerwą a za nim następował ciąg dalszy alejki wijącej się piękną falą. Uwierzcie mi na słowo, że wielokrotnie całe miasta nie zrobiły na mnie takiego wrażenia jak ta skąpana na przemian w słońcu i w deszczu śliczna, klimatyczna ulica. I to nie chodzi o to, że jestem spragniona zwiedzania miast i z tego szczęścia ekscytuje mnie wszystko potrójnie, tutaj naprawdę jest pięknie, o ile oczywiście ktoś lubi taką scenerię. A ja jak wiadomo U-WIEL-BIAM!

Zabiorę Was do Lauenburga raz jeszcze bo zarówno zdjęcia jak i wrażenia oraz emocje podzieliłam sobie na dwie części. Będę sobie i Wam dawkować niezapomniane wspomnienia i emocje żeby starczyło na dłużej bo czasy jakieś takie niepewne, ubogie w dobre podróżniczo chwile.

wtorek, 6 kwietnia 2021

Rok ale z przerwą.

 Niestety nuda w życiu przekłada się na nudę na blogu, czego niestety jestem świadoma. Najbardziej motywuje mnie radość z pisania, nawet jeśli nie bardzo jest o czym ( co może nie do końca jest zaletą ). Wiem, że nawet najzwyklejsza codzienność może być ciekawa ale ta obecna odbiega daleko od normalności. Z tego cyrku, którego końca nie widać, naprawdę wyciskam ile się da ale nie zawsze towarzyszą temu chęci i siły, zatem potrzebuję dopalaczy. Ich wachlarz mam szeroki, w asortymencie mam takie ostre działa jak herbata, książka, rower i spacery. Od niedawna jest coś jeszcze, musiałam czymś zająć myśli i ręce kiedy za oknem aura pokazuje jednocześnie wszystkie swoje najgorsze oblicza. Wymyśliłam sobie zatem...krzyżykowanie. I żeby nie było, zaczęłam z przytupem bo 60cm x 40cm malutkich krzyżyków dla żółtodzioba to jak Guernica dla Picasso. "Dłubię" już półtora miesiąca, zostało niewiele. Jak to niedawno zobaczyła moja koleżanka to stwierdziła, że już dawno by to pier...😊 Ja jak widać mam cierpliwość o jaką bym siebie nie podejrzewała. Moja dusza artystki znalazła nową formę wyrazu ha ha ha. Tak wygląda teraz rzeczywistość - przestałam robić rzeczy, których z wiadomych przyczyn robić się nie da a zaczęłam to o co kiedyś nawet bym siebie nie podejrzewała. I tak już prawie rok z przerwami.

Jedna z moich przyjaciółek, Hiszpanka, przez pandemię odkryła w sobie malarkę. I to nie byle jaką bo wkrótce powstanie dla mnie hiszpańska wersja "Pocałunku" Klimta, jednego z moich ulubionych obrazów. To dopiero będzie unikat. Może się tym z Wami podzielę jak będzie się czym chwalić bo widziałam już kilka Jej dzieł i szczerze mówiąc nie bardzo wiem jakimi słowami określić Jej styl i to co tworzy. Ale może przy Klimcie bardziej się postara😊. Przecież w sumie i tak najważniejsza jest radość z tworzenia a ja się cieszę, że mam uduchowione artystycznie koleżanki.

Pamiętacie jak kiedyś Wam pisałam, że mój najczęstszy strój codzienny to dres, i ze względu na panującą w tamtym czasie pogodę, kalosze. Chwaliłam się nawet, że mam nowe i bardzo mi się podobają. Ostatnio okazało się, że są fajne do tego stopnia, że w sklepie zaczepiła mnie pani żeby zapytać gdzie je kupiłam bo są śliczne i też takie chce. Wolę się nie zastanawiać jakie jest ich główne przeznaczenie skoro kupiłam je w sklepie ogrodniczym. Ze mną kaloszki były w kilku sklepach, dokąd drogę pokonały tak jak i ja, na rowerze, były w lesie, łaziły po śniegu na łąkach i polach a nawet były na poczcie i w Urzędzie Miasta. Nawet jeśli są do ogrodu to cóż...ogrodu niestety nie posiadam a po balkonie chodzę w kapciach.


Co widać na powyższych zdjęciach to widać ale wiecie co słychać? Nic! Odkryłam miejsce z ciszą absolutną, ukryte przed światem na końcu nieprzejezdnej leśnej drogi. Urządzę sobie tutaj azyl jak tylko pogoda poprawi się na tyle, że będzie można położyć się na trawie. Będę tu przyjeżdżać z książką i z herbatą.



Mieliśmy ambitne świąteczne plany wyjazdowe, praktycznie na każdy dzień zaplanowaliśmy sobie jakąś fajną i niedaleką destynację. No ale w weekendy i wolne od pracy dni pogoda bardzo często pokazuje co potrafi przez co musieliśmy skorygować nasze plany, z których finalnie udało się zrealizować dwa - byliśmy nad morzem i w Parku Krajobrazowym. W minionym tygodniu wiosenne dni mieliśmy dwa ( ! ) z czego jeden cały spędziłam na balkonie. Uwierzcie mi, że do domu wchodziłam tylko kiedy to było naprawdę konieczne bo zgłodniałam albo w dzbanku z herbatą widać było dno. A tak to caluśki dzionek na balkonie, który sobie po raz kolejny dzień wcześniej wysprzątałam. Czytałam, przesadziłam rośliny, siedziałam bezczynnie, obserwowałam ptaki i wiewiórki. Takie tam drobne radości mojego życia.


Od wczoraj za to gradobicia, wichura, słońce i śnieg z zadziwiającą regularnością. Albo i jednocześnie, w kwartecie. Prognozy nie wyglądają optymistycznie no ale może do lata jakoś się to wszystko, nie tylko w kwestii pogody, unormuje? 

poniedziałek, 29 marca 2021

Ucieczka na północ.

 Na blogu wieje nudą i dobrze o tym wiem. Jestem bliska zmiany nazwy np. na powsinoga.blogspot.com ha ha ha bo przecież jestem powsinogą-włóczykijką i to świetnie do mnie pasuje. Nie dość, że pasuje to jeszcze idealnie odzwierciedla to jak wygląda moje życie w temacie, który był głównym motywem założenia bloga i miał być jego tematem przewodnim. Ale z drugiej strony "trzymając się chmur" można interpretować dobrowolnie a ja często śledzę chmury wzrokiem i towarzyszę im w tej krótkiej podróży po niebie, które akurat jest nade mną. To mi przywraca spokój i równowagę a tym, którzy jeszcze nie wiedzą jaką takie praktyki mają moc, serdecznie to polecam. Nawet jeśli na niebie najsmutniejszy odcień szarości to warto spojrzeć w górę.


Jakiś czas temu spontanicznie wyruszyliśmy nad morze. Byliśmy już tutaj kiedyś zatem była to powtórka z rozrywki. Potrzebowałam morza i przestrzeni a na miejscu okazało się, że potrzebowałam również bułki z rybą. Pogoda była ku takiemu wypadowi sprzyjająca bo 20 stopni pod koniec lutego nie zdarza się w naszej części Europy zbyt często. Ale tego dnia się zdarzyło.


Odpływ odkrywa najszerszą plażę jaką w życiu widziałam.


Było ciepło, słonecznie i wakacyjnie. Nie przeszkadzały nam korki ani tłumy bo były oznaką normalności w tych nienormalnych czasach. Wiecie jedynie czego nie rozumiem? Restauracje i kawiarnie otwarte jedynie z opcją na wynos, na deptaku tłok i gęstwina kolejek do różnych lokali. Przy stoliku usiąść nie można bo w powietrzu czai się wiadomo co gotowe zaatakować nas w każdej chwili. A na murku i ławkach po drugiej stronie deptaku taki tłok, że człowiek prawie siedział na człowieku no bo przecież trzeba gdzieś zjeść to co się kupiło. Atmosfera piknikowa, zero masek zatem nie lepiej by było zezwolić jednak na konsumpcję przy stolikach zamiast zmuszać ludzi do jedzenia z papierowym talerzem na kolanach?





Karen Blixen powiedziała kiedyś, że lekarstwem na zło tego świata jest prawie zawsze słona woda: pot, łzy albo morze. Mnie tego dnia pomogło to ostatnie wsparte przez słońce, obłędnie błękitne niebo, szum morskich fal i godzinną podróż do domu w stronę zachodzącego słońca.




W pobliżu plaży znajdują się piękne wydmowe nasypy ale są terenem chronionym i wstęp jest zabroniony. Można je podziwiać z bezpiecznej dla przyrody odległości w tym również z drewnianej kładki łączącej deptak z plażą oraz z punktu widokowego usytuowanego niedaleko. Pięknie się prezentują na tle niebieskiego nieba. Do punktu widokowego też doszliśmy i niedługo o tym napiszę, o ile jak to ja nie zapomnę.


Przywiozłam sobie trochę piasku i muszli do kolekcji.


Od tego dnia wiele się zmieniło, niestety nie w temacie, który najbardziej mnie interesuje, ale pogodowo to bardzo. Oczywiście na gorsze. Tego dnia nie miałam złudzeń, że to już wiosna i tak ciepło będzie aż do lata. Od tamtej pory codzienność przyniosła trwającą kilka dni wichurę, sporo deszczowych dni, jednodniową zimę i kilka gradobić. Pomiędzy tym wszystkim zdarzały się na szczęście ładne dni, umyłam okna i posprzątałam na balkonie, czego dzisiaj nie widać. Tęskniąc za zimą czekam na wiosnę, coraz bardziej utwierdzając się w przekonaniu, że z tego wszystkiego to właśnie ten międzyczas jest najgorszy. Nie lubię takiego zawieszenia.

piątek, 19 marca 2021

Dzień dobry bardzo w Düsseldorfie.

 Rozpamiętując wszystkie te miejsca, w których miałam być a nie byłam w zeszłym roku przypomniało mi się, że byłam w Düsseldorfie. Co prawda tylko przez kilka godzin, przy pokazji pobytu na lotnisku ale czasy były i nadal są takie, że jeśli chodzi o wyjazdy to cieszy mnie wszystko. Pamiętam jaka byłam tamtego dnia szczęśliwa. I głupia. Bo wiecie co? Naiwnie wierzyłam, że wszystko zmierza ku dobremu a podarowana nam na jakiś czas ułuda normalności jest początkiem końca i od tej pory wszystko będzie dobrze.


W tym miejscu nie mogłabym nie wspomnieć jaką frajdę dało nam coś na pozór tak błahego jak podróż pociągiem po miesiącach pełnych ograniczeń i restrykcji, kiedy nieuzasadniona podróż pociągiem do innego miasta była niemal przestępstwem. Sami wiecie jak to jest. 


Dwa skutery i cztery Kariatydy.




Przygodę zaczęliśmy na dworcu w Hamburgu, do Düsseldorfu dojechaliśmy akurat na późne śniadanie, które zjedliśmy w hiszpańskiej restauracji. Były zatem tostadas de tomate y jamón serrano, świeżo wyciskany sok z pomarańczy i kawa po hiszpańsku, wszystko to jako namiastka Hiszpanii, za którą tęsknimy okrutnie.


Tego wpisu nie da się traktować jako przewodnika bo naprawdę widziałam niewiele a nasze zwiedzanie było najzwyklejszym spacerem. Niemniej jednak coś tam udało się zobaczyć w tym chyba najdziwniejszy kościół świata 😊. Widząc z daleka tę trochę futurystyczną kopułę stawialiśmy na
 obserwatorium, nowoczesną salę kinową albo część biurowca. Jakie było nasze zdziwnie kiedy okazało się, że kopuła rodem z kosmosu jest katolickim kościołem i to nie futurystycznym tylko neoromańskim.





Byliśmy w Düsseldorfie zbyt krótko żebym mogła podzielić się z Wami moją opinią na temat tego niemieckiego miasta i widzieliśmy tylko kawałek centrum. Ale dla mnie ten wyjazd to było jak droga ku normalności, tego dnia naprawdę byłam przekonana, że koniec pandemii jest blisko. Niestety kilka tygodni później rzeczywistość brutalnie pokazała na co ją stać i że największe "widowisko" dopiero się zacznie.



Ale pamiętam doskonale jaka byłam tego dnia szczęśliwa i że cieszyło mnie wszystko tak jak zawsze tylko ze zdwojoną siłą. Wszystko to było miłą odmianą po tygodniach jeżdżenia wokół domu i to najczęściej na rowerze po łąkach i lasach. Dobrze pamiętam ekscytację tą jednodniową wycieczką i pierwszą od dawna podróż pociągiem. Dzień wcześniej skończyliśmy remont łazienki zatem chyba nikogo nie zdziwi fakt, że pamiętam też radość nową wanną. Pamiętam piękną pogodę, niebieskie niebo usiane puchatymi obłokami, spacer nad Renem i miły wakacyjny gwar. Było to w czasach kiedy jeszcze nikt nie straszył drugą albo trzecią falą wiadomo czego zatem naprawdę moja pewność że już będzie normalnie wydawała się być jak najbardziej uzasadniona.





Düsseldorf zrobił na mnie wrażenie ładnego i klimatycznego miasta chociaż opinię zbudowałam sobie na tym co widziałam a niestety z braku czasu było tego mało. Krótki spacer to jedynie namiastka i raczej słaby budulec do tworzenia opinii. Niemniej jednak to co widziałam bardzo mi się spodobało.


Przy samym wyjściu z dworca czeka na nas pan fotograf więc możemy poczuć się jak gwiazda, na którą czeka paparazzi. Później podczas spaceru widzieliśmy wiele takich figur normalnych, zwykłych ludzi. Przed chwilą udało mi się wyczytać, że takich figur jest w mieście dziesięć, zatem my widzielimy połowę z nich, a ich autorem jest artysta Christoph Pöggeler. Jesli chcecie zobaczyć pozostałe to zajrzyjcie TU.






To zabawne, że z tamtego dnia pamiętam tak wiele a całkiem zapomniałam, że zrobiłam kilka zdjęć chociaż biorąc pod uwagę mój rozmach w tym temacie nie było ich dużo. Byłam przekonana, że z całej tej ekscytacji zapomniałam o robieniu zdjęć a jedynie cieszyłam się podróżą, spacerem, słońcem, niebem i motylami w brzuchu. O dziwo zdjęć mam tyle, że mogę wspomnieć o tym dniu i przełamać nudę i monotonię wpisów bo u mnie już od dłuższego czasu tylko łąki, lasy, pola, sarny i małomiasteczkowe krajobrazy. 

U mnie może i podróżniczo nudnie ale jeśli jesteście spragnieni pięknych krajobrazów, wędrówek, ciekawych historii i słońca to zapraszam Was na Majorkę! Jula ma to wszystko na codzień i z chęcią się tym dzieli, korzystam z tego dobrobytu regularnie. Chodźcie, chodźcie TUTAJ.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...