Nie płacz, że coś się skończyło. Ciesz się, że Ci się to przytrafiło. ( G.G. Márquez )

wtorek, 2 marca 2021

Cisza wielkiego miasta ( ale może koniec tego cyrku jest blisko? )

Wiecie co mi się ostatnio przytrafiło? Na jeden dzień życie nabrało rozpędu bo byłam w wielkim mieście. Okazją ku tej wyprawie było piątkowe zebranie w pracy, które wprowadziło sporo ekscytacji do mojej nudnej, dresowo-kaloszowej codzienności. Fajnie było ubrać się trochę bardziej elegancko. I jechałam pociągiem po dwóch miesiącach przerwy. Coś co kiedyś było codziennością teraz ekscytowało mnie niemal jak podróż na księżyc, do tego stopnia że zamiast czytać książkę ( co zawsze umila mi drogę do i z pracy ) całą drogę patrzyłam przez okno ciesząc się jak dziecko. Nie mam na to dowodów ale jest duża szansa, że miałam rumieńce.



Wykorzystując fakt, że wybrałam się do metropolii, postanowiłam zabrać ze sobą aparat. Pogoda miała być wiosenna zatem to była świetna sposobność ku temu, żeby pobyć trochę wśród cywilizacji i przypomnieć sobie, że istnieje wielki świat, za którym szczerze mówiąc nie tęsknię. Niemniej jednak taka krótka odmiana od raczej monotonnej obecnie rzeczywistości była fajna. Nie ciągnie mnie do dużego miasta, w mojej mieścince mam wszystko czego potrzebuję a nawet więcej, no ale chciałam zobaczyć Hamburg w innej odsłonie. Takich pustek i ciszy nie doświadczyłam tutaj jeszcze nigdy.



To było ciekawe doznanie zobaczyć Hamburg bez zgiełku i gwarnego tłumu mówiącego w różnych językach. Nigdy nie zatęsknię za pandemią ale za ciszą wielkiego miasta pewnie tak. Zdecydowanie wolę Hamburg w tej spokojnej, spowolnionej i wyciszonej wersji.



W najbardziej popularnych miejscach drugiego co do wielkości miasta Niemiec zawsze panuje chaos. W normalnej rzeczywistości niektóre atrakcje świadomie omijam w weekendy szerokim łukiem bo wśród tego gwaru i tłumu szybko okazuje się, że ja wcale nie jestem tak cierpliwa jak mi się wydaje. Ani tak bardzo towarzyska.




Z rzeczy innych które mi się w ten piątek przytrafiły - "narobiła" na mnie mewa. Ostatni raz tak bliski kontakt z tym ptakiem miałam na placu św. Marka w Wenecji w 2016 roku. Ufając wierzeniom wszelkie nadzieje pokładam w tym, że to na szczęście i sobie to sumuję z moim ostatnim, mam nadzieję że proroczym, snem. Mewa zostawiła mi ogromny ślad na ramieniu, pewnie chciała mnie w ten sposób po nim poklepać dając nadzieję, że wszystko będzie dobrze. Chociaż może patrząc na to czym mnie ta mewa "poklepała" to będzie raczej, za przeproszeniem, gównianie niż różowo. Nie nie nie, ja przecież jestem optymistką. Usilnie będę się trzymać wizualizacji przyszłości w tęczowych barwach.


poniedziałek, 22 lutego 2021

W nowy tydzień na rowerze. I wiosna.

 Byłam dzisiaj na rowerze, pierwszy raz chyba od miesiąca. Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie pogoda jaka tej przejażdżce towarzyszyła bo czegoś takiego w lutym to jak długo żyję nie widziałam. Tzn. widziałam, ale nie w naszej szerokości geograficznej.18 stopni, słońce, bezwietrznie i powietrze ciepłe jak w kwietniu co najmniej.





Przejechałam 35 km na rozruch po miesiącu bez roweru. W lesie gdzieniegdzie pozimowe, nieprzejezdne błoto na skutek czego musiałam na bieżąco modyfikować trasę, no ale dojechałam tam gdzie chciałam a nawet jeszcze dalej. Ptaki ćwierkały jak szalone, cudownie pachniało palonymi liśćmi, widziałam mnóstwo pszczół, trzy żurawie i dwa motyle! Żółte. Pewnie cytrynki. I mnóstwo krokusów.





Mam za sobą pierwszą herbatę wypitą na balkonie i pierwsze w tym roku przeczytane na balkonie rozdziały książki. Niby nie mam złudzeń, że to już wiosna i tak ciepło będzie aż do lata no ale a nuż się uda? Tęsknię za zimą okrutnie ale muszę przyznać że takie ciepełko pod koniec lutego uszczęśliwia potrójnie. Może to taka nagroda od wszechświata za ten nie najszczęśliwszy rok?





środa, 17 lutego 2021

To co mi się przyśniło to się nawet nie śniło filozofom.

O ludzie, jaki ja miałam sen! Niech Was proszę nie zniechęca dużo czytania bo myślę, że warto. 


Poleciałam do Hiszpanii. W moich własnych wyobrażeniach o odzyskaniu normalności widzę siebie nad morzem wpatrzoną w bezmiar wody i horyzont będący obietnicą wielu pięknych dni. I od tego ten sen się zaczyna. Zatem stoję na wysokim klifie, woda się błyszczy w oddali a ja cieszę się, że już wszystko jest normalnie kiedy podchodzi do mnie koleżanka i pyta: "Ciekawe, czy w dzisiejszych czasach i obecnych obostrzeniach dałoby się przylecieć do Hiszpanii bez robienia testu?" I wtedy ja zamieram bo to JA, właśnie JA, bez takiego testu przyleciałam. Wyobraźnia zaczęła mi podsuwać najczarniejsze scenariusze typu aresztowanie, pałowanie, chłostę do utraty przytomności lub trzymanie o chlebie i wodzie w ciemnym lochu ( chociaż taka dieta to może byłaby nawet wskazana :) ). Ta sama wyobraźnia sprawiła, że postanowiłam udać się do najbliższego ośrodka zdrowia żeby się pokornie przyznać do popełnienia przęstępstwa, potulnie przyjąć należną karę i ewentualnie wykonać ten test w celu uniknięcia konsekwencji, z których najgorszą wydaje mi się właśnie ten test ( w życiu realnym a nie tym onirycznym to właśnie przez obowiązkowe testowanie się siedzę potulnie w domu ). Wchodzę do ośrodka, podchodzę do rejestracji i ładnie i grzecznie tłumaczę pani z czym przyszłam. Ona robi coraz większe oczy i to nie tylko dlatego, że nie rozumie o czym mówię ( a przecież hiszpańskim władam świetnie i to nie tylko we śnie ). Więc ja dalej, na spokojnie, że covid, pandemia, cały świat na biegu jałowym już od roku, że Chiny i zupa z nietoperza ( ha ha ha ) a ona nadal nic. Zielonego pojęcia nie ma o żadnej epidemii bo jak mi powiedziała, w Hiszpanii czegoś takiego nie było. Oni o epidemii nie słyszeli. I jeszcze stwierdza, że jak wróci do domu to sobie wszystko wygoogluje bo ją zaciekawiłam tematem. Zaproponowałam żeby włączyła telewizor no i ona pyk, włączyła a tam nic, na wszystkich kanałach normalność. Zawołała lekarza, otoczyły mnie zwartym kółkiem pielęgniarki a ja im wszystko tłumaczę raz jeszcze, znów wzbudzając niedowierzanie i szok. Bo w Hiszpanii ani pandemii nie było, ani nikt o niej nie słyszał, a testy to już w ogóle jakiś kosmos. Wtedy dotarło do mnie, że zostałam uniewinniona i nikt mnie za brak testu nie rozstrzela jak tylko wyjdę na ulicę. Zaczęłam kierować się ku wyjściu kiedy zawołał mnie jeden z lekarzy i powiedział, że mają dla mnie niespodziankę. Zaprowadził mnie do innej sali, która okazała się być teatrem, rozsunął ciężką aksamitną kurtynę za którą... na scenie szykował się do koncertu mój ulubiony francuski piosenkarz, na którego koncert miałam lecieć najpierw w marcu ubiegłego roku, później we wrześniu, jeszcze później w lutym, a teraz szykuję się na czerwiec. Chwilę później się obudziłam.

 
Podobno sny są w pewnym sensie odzwierciedleniem tego, co nam w duszy gra. Wolę się zatem nie zastanawiać jakie rytmy brzmią w mojej...

Dzisiaj u nas tak cudnie, słońce maluje pejzaże, w weekend ma być 14 stopni na plusie co jest lekkim szokiem bo ostatnio mamy tyle ale po drugiej stronie skali. Często myślę o moim śnie. Sama nie wiem jak go interpretować chociaż może dla własnego zdrowia psychicznego lepiej, żebym tego nie robiła. Niech tylko się spełni w dużej części, tej dotyczącej podróży do Hiszpanii ( wstępna data już jest ) i brukselskiego koncertu 4 czerwca.

Tęsknicie za normalnością tak bardzo jak ja?


środa, 10 lutego 2021

Wyczekiwany powrót zimy!

 Musicie sobie wyobrazić jaka była moja radość faktem, że zima wysłuchała moich jęków, lamentów i próśb i nie dość, że wróciła to jeszcze niespodziewanie i ze zdwojoną mocą. Wyobraźcie też sobie moje zdziwienie, kiedy wchodziłam do sklepu z mokrej po deszczu ulicy a dziesięć minut później wyszłam ze sklepu w biały puch. Gdyby nie siatki z zakupami to z rozpostartymi ramionami kręciłabym się dookoła wirując niczym te spadające z nieba gwiazdy.


Do końca dnia tak napadało, że podobno zasypało tory i nie jeździły pociągi. Nauczeni doświadczeniem, że zima może trwać jeden dzień, poszliśmy na wieczorny spacer, nawet kolacja straciła na znaczeniu, bo przecież może poczekać w piekarniku. W czasach kiedy zima nie jest tak oczywista jak to kiedyś bywało człowiek sobie pewne sprawy przewartościowuje i nagle okazuje się, że wieczorny zimowy spacer zyskuje miano priorytetu. 



W sobotę na spacer nie mieliśmy czasu bo u nas kiedy dni są krótkie to od spacerów są niedziele. I to był spacer o jakim oboje marzyliśmy i zima w swoim najlepszym wydaniu - mroźna ale słoneczna, z bezchmurnym niebieskim niebem i śniegiem skrzypiącym pod butami. Co prawda dla nas osobiście śniegu mogłoby być dużo więcej ale wiecie co? Zapowiadają kolejne opady i ponoć 60 cm śniegu. Chciałabym to zobaczyć.




Wiem, że na zdjęciach tego nie widać ale musicie mi wierzyć na słowo - takiego tłoku w lesie nie widziałam już dawno. Na szczęście wszyscy idą jednym szlakiem kierując się zapewne zasadą, że idziemy za ludźmi. My mamy odwrotnie i idziemy tam gdzie nikogo nie ma. Wirusa się nie boimy, nas zniechęcają tłumy :). Dobrze mieć pewne miejsca tylko dla siebie. Fajnie, że mamy do lasu tylko 4 km bo widzimy jaką trudnością jest znalezienie miejsca parkingowego.




Do takich pejzaży świetnie pasuje gorąca, parująca herbatka ( no dobra, i jeszcze czekoladowe batoniki, z czego tu robić tajemnicę :) ).



W tej dziwnej codzienności nauczyliśmy się cieszyć z małych rzeczy, nie zawsze oczywistych. No ale czy można nie cieszyć się z takiej zimy? Chyba trzeba mieć serce zimne albo nawet zimniejsze niż ona. Śnieg tworzy bajkową scenerię a cisza zakłócana jedynie jego skrzypieniem pod butami to najlepsza dla tego spaceru ścieżka dźwiękowa. Nawet nie trzeba dużo rozmawiać no bo przecież wszystko wiadomo...



poniedziałek, 1 lutego 2021

Czeski Krumlov. Rejs drewnianą tratwą.

 Każdego dnia ubolewam nad brakiem możliwości gromadzenia podróżniczych wspomnień. Na szczęście mam spory zapas tych już nagromadzonych i do nich sięgam w te smutne i ciężkie podróżniczo czasy. Z ogromną nadzieją, że kiedyś znów powróci wolność przypominam sobie dobre momenty i to jak kiedyś było fajnie. Na przykład podczas sierpniowego rejsu drewnianą tratwą po Czeskim Krumlovie kiedy to było ciepło, miło i wesoło a woda z Wełtawy fajnie chłodziła stopy.



Spacerując po tym uroczym i klimatycznym miasteczku, jednym z hitów naszego ubiegłorocznego czeskiego urlopu, co i rusz widzieliśmy turystów spływających rzeką. Szybko podjęliśmy decyzję, że w sumie też tak chcemy bo to może być niezapomniana przygoda i fajne zakończenie tego dnia. Najpierw jednak czekało nas zwiedzanie w stylu zdecydowanie bardziej tradycyjnym, obiad i dalsze odkrywanie uroków tego miasteczka uroków pełnego.




Ten kto był w Czeskim Krumlovie ten wie jakie to piękne i klimatyczne miasto a tych, którzy jeszcze nie wiedzą jak tam cudnie zapraszam TU.  Gwarantuję, że będziecie zachwyceni tak jak ja i wszyscy Ci, którzy tu byli. Krumlov trzeba zwiedzać powoli ciesząc się klimatem, bajkową architekturą i tajemniczymi zakamarkami. Dlatego trochę nam zeszło zanim dotarliśmy do przystani skąd odpływają tratwy. No ale szczęście nam sprzyjało bo zdążyliśmy przed ostatnim rejsem, na który jednak musieliśmy czekać godzinę. Ale co to jest godzina kiedy wokół tak cudnie.


Działają tutaj dwie firmy oferujące rejs tratwami po Wełtawie. My nie mieliśmy wyboru bo jedną z nich zamykano dużo wcześniej co ułatwiło nam decyzję😉. Na szczęście udało nam się załapać na pokład.



Najstarsza część miasta znajduje się na wyspie utworzonej przez zakole rzeki co najlepiej widać z zamkowej wieży z poniższego zdjęcia. Podziwiać z niej można panoramę Krumlova i okolicy i o ile samo miasto jest przecudne to okolica również zasługuje na same najpiękniejsze epitety. Wełtawa to jeden z najważniejszych i najbardziej malowniczych elementów krumlovego krajobrazu nic więc dziwnego że stała się popularną atrakcją turystyczną, z której skorzystaliśmy i my. I było to wspaniałe zakończenie tego dnia. 




Taki prawie godzinny rejs to świetna okazja na to żeby zobaczyć miasto z zupełnie innej perspektywy a przy okazji dowiedzieć się sporo ciekawostek o historii miasta od wiosłujących, w naszym przypadku przesympatycznych i przewesołych flisaków.


Wiem, że zazdrość jest paskudna ale co mogę poradzić że czułam ją na widok tych domeczków z ogrodami kończącymi się przy samej rzece. Może właściciele ogrodów mnie nie zrozumieją ale Ci, którzy mają do dyspozycji jedynie balkon z pewnością dobrze wiedzą co czuję.




Czeski Krumlov zachwycił mnie pod każdym możliwym względem i z każdej możliwej perspektywy, z wysokości i drewnianej tratwy też. Taki rejs w najmniejszym nawet stopniu nie zastąpi nam zwiedzania ale jest doskonałym sposobem na utrwalenie zebranych w ciągu dnia wspomnień. Dla chętnych dostępne są również wypożyczalnie pontonów i kajaków ale momentami nurt bywa rwący zatem jestem w stanie sobie wyobrazić jak i gdzie byśmy ten dzień skończyli. Wszystkie nasze konsupcje w tym dniu miały widok na rzekę i uwierzcie mi że wywrotki kajakarzy były czymś częstym i zupełnie naturalnym. 

To był cudny i niezapomniany dzień a ja nawet spisując te wspomnienia cieszę się, że udało mi się być w Czeskim Krumlowie i spełnić jedno z czeskich marzeń. 

Ahoj!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...