Nie płacz, że coś się skończyło. Ciesz się, że Ci się to przytrafiło. ( G.G. Márquez )

poniedziałek, 13 września 2021

Park Naturalny "Las lagunas de La Mata". Cisza i ja.

 Dam sobie i Wam trochę od Tatr odpocząć. Żeby nie było, że wiecznie tylko wzdycham, tęsknię, ocham i acham to dzisiaj pozachwycam się czym innym. Mam nadzieję, że mi w tym zachwycie będziecie towarzyszyć. Zapraszam Was na spacer wokół jeziora, wśród ciszy, spokoju i lekko szumiących traw. Ale głównie w towarzystwie ciszy.


Nie zapominajmy, że w czerwcu byłam w Hiszpanii i jeśli chodzi o dzielenie się z Wami wspomnieniami stamtąd to mam ogromne zaległości. Pierwszy wyjazd po długim czasie zakazów, nakazów i ograniczeń sprawił, że byłam gotowa wycisnąć z niego najwięcej jak się da. Zaplanowałam wycieczki, spacery i wędrówki i dzielnie trzymałam się planu.



Dużo spacerowałam, co jak wiecie bardzo lubię. Dzisiaj też będzie o jednym ze spacerów, na który wybrałam się samotnie pozwalając V. nacieszyć się spotkaniem z kolegami. Potrzebowałam ciszy i spokoju a nie gwaru i toastów 😊, na to był czas po spacerach.




Sprawdziłam teraz, czy kiedyś już nie pokazywałam tutaj tego jeziora ale nie, droga wolna, będzie o nim dzisiaj. Okolice wokół niego to świetne trasy spacerowe i rowerowe. Pamiętam to miejsce jeszcze z czasów przed modernizacją, chodziłam tam z Milą na spacery. I chociaż historia tego parku jest długa, bo sięga aż 1321 r., w swojej obecnej formie dostępna jest od kilku lat. Jakiś czas temu w niektórych miejscach zbudowano specjalne, drewniane kładki, piknikowe ławki i stoliki, w celu ochrony fauny i flory ogrodzono siatką dostęp do jeziora. 



Zbudowano punkty widokowe i stanowiska obserwacyjne. Jedno z nich widać poniżej. Wizyty tam nigdy nie zapomnę bo kiedy tylko zamknęłam za sobą drewniane drzwi otuliła mnie cisza jakiej nie słyszałam już dawno. Usiadłam na ławce i przez spacjalne okno podziwiałam to co widzę. Razem ze mną w środku były jeszcze dwie panie z Kaliningradu, zaczęłyśmy szeptem rozmawiać, na szczęście ich polski był dużo lepszy niż mój rosyjski, w którym znam zaledwie kilka słów, z czego połowę źle wymawiam. Po jakimś czasie dołączyło do nas dwóch chłopaków ze Szwecji, jeden z nich miał aparat z obiektywem długości mniej więcej mojego wzrostu 😊. Zapytałam go czy mógłby nam pokazać zdjęcia jakie robi i tak sobie wszyscy razem gaworzyliśmy zachwycając się przyrodą.

Teraz jak czasem mam na coś wielkie wkur...zenie, to sobie tamtą ciszę przypominam. Była magiczna. I kiedy tak siedzieliśmy sobie wszyscy obserwując piękno, które nas otacza, to byłam pewna, że w tej ciszy zawiera się wszystko co teraz chcielibyśmy powiedzieć.



Okolice jeziora i samo jezioro sprzyjają wylęganiu ptactwa i to właśnie pasjonaci przyrody i ornitolodzy ( również Ci samozwańczy ) czują się tu jak w raju. Ja na ptactwie się nie znam ale wszystkim posiadającym tę wiedzę z całego serca zazdroszczę. Rozpoznam najbardziej popularne gatunki, w tym również kilka egzotycznych, po ścieżce dźwiękowej to chyba tylko gołębia, wronę i kukułkę 😊. I dzięcioła jak wszyscy.



Były czasy kiedy próbowano wydobywać z jeziora sól, szybko jednak przeniesiono "przemysł" do solanek położonych niedaleko, w Torrevieja, gdzie sól wydobywa się do dziś.


To idealne miejsce na spacer albo żeby sobie usiąść z herbatą, można też nie robić nic i tylko cieszyć się tym miejscem. Gdyby się człowiek dobrze wychylił to widać stąd morze, trzeba tylko przejść przez ulicę i można kontynuować spacer jego brzegiem. Ja tak zrobiłam i to była świetna myśl, nawet pomimo gorąca z którym nie dawała sobie rady nawet nadmorska bryza. No ale ja jestem ciepłolubna, otulona promieniami to mój najlepszy stan.

wtorek, 7 września 2021

Dwadzieścia dwa kilometry piechotą nie chodzą...

moje dzisiaj przyjechały na rowerze. Dzień był cudny, słoneczny i ciepły a co najważniejsze wolny. Kiedy już uporałam się z tym co miałam do zrobienia w moich myślach niczym to dzisiejsze słońce rozbłysła jedyna słuszna myśl: rower! Trzeba korzystać z letniej pogody bo kto wie ile jeszcze takich dni zanim otuli nas jesień.




W dwie sekundy byłam gotowa do drogi, w plecaku miałam książkę, herbatę i coś słodkiego do niej. To wszystko w połączeniu z rowerem stworzyło mi cudny dzień. Pogoda była wymarzona do tego, żeby "marnotrawić" wolny czas wśród lasów, łąk i pól a ja tak tym wszystkim uszczęśliwiona, że unosiłam się nad ziemią.



Taki ogrom piękna i pozytywnych emocji płynie z kontaktu z przyrodą, las jeszcze pachnie latem i rozgrzanymi słońcem liśćmi, ptaki ćwierkają wniebogłosy, słońce pokazuje na co je stać zanim o nim na jakiś czas zapomnimy. Nie mam słów na to jaki to był piękny aczkolwiek przecież zwyczajny dzień, mam za to kilka zdjęć, niestety zrobionych kilkuletnim już telefonem bo aparatu nie wzięłam.




Jedna z ulubionych miejscówek na książkę i herbatę, bardzo żałowałam, że musiałam już wracać do domu bo z chęcią przebimbałabym tam cały dzień.



To był cudny dzień, idealne było w nim wszystko a najlepsze jest to, że jeszcze się nie skończył. Dzisiaj urodziny Tego, który w życiu dotrzymuje mi kroku, uszczęśliwiając każdego dnia. Świętujemy w ulubionej chorwackiej restauracji, od wczoraj robię sobie w brzuchu miejsce😊. 

Pięknego wtorku, i środy, i czwartku i wszystkich najbliższych dni. Niech będzie dobrze.

czwartek, 2 września 2021

Spod samiućkich Tater.


Cieszy mnie bardzo, że na poprzedni pourlopowy wpis zareagowaliście tak ciepło i entuzjastycznie. Wasza reakcja na moje górskie zdjęcia odzwierciedla tę moją na pierwszy widok Tatr po tak długiej, zbyt długiej, przerwie. Długo żyłam bez gór ale z wieczną za nimi tęsknotą.



Do miejsca zakwaterowania dotarliśmy późnym wieczorem, góry przykrywała kurtyna utworzona z ciemności nocy ale za to niebo świeciło milionami gwiazd. Pobudkę następnego dnia pamiętać będę długo. Bladym świtem obudziłam się w pokoju skąpanym w słońcu, mieliśmy okna na wschód i południowy wschód co gwarantowało jasne, złociste poranki zawsze wtedy kiedy dopisywała pogoda, czyli przez cały pobyt z wyjątkiem jednego dnia kiedy to przez północy szalała burza i nawałnica jakiej dawno nie przeżyłam. 



Obudziłam się tego pierwszego dnia, spojrzałam w okno i do tego, co zobaczyłam uśmiechnęłam się uśmiechem kończącym się z tyłu głowy, hen hen za uszami. Z obu okien rozciągał się widok na Tatry i pagórki usiane domkami, widziałam owce i rzekę parę kroków od domu. Nie mogąc się zdecydować, które z okien oferuje piękniejsze widoki, tuptałam sobie ładnie między oknami. Tak wyglądały moje poranki.



Zakochani widzą serce.

Mieszkaliśmy między Białką a Bukowiną ale zajeżdżaliśmy tam rzadko bo najpiękniej i najfajniej było nam właśnie w tej naszej wiosce pomiędzy. Najpilniejsze potrzeby zaspokajał nam wiejski sklep z opcją kupowania "na zeszyt" co widziałam kilka razy ale nigdy nie skorzystałam, chociaż w sklepie bywaliśmy regularnie 😊. Był tam jeszcze kościół, jedna restauracja i budka z oscypkami. I przemili ludzie, biegające luźno psy, babcia pasąca gęsi i wyglądająca jak z obrazu Chełmońskiego, cisza, spokój i powietrze pachnące błogostanem. I góry, ale to już przecież wiecie.


Przyjechaliśmy na urlop w góry i to był nasz przewodni plan i sens całego tu pobytu. Kontakt z cywilizacją mieliśmy jedynie w tym naszym wiejskim sklepie i każdego wieczoru w karczmie "U Chramca" w Białce Tatrzańskiej, gdzie jadaliśmy obiadokolacje, porą zbliżone już raczej do kolacji. Swoją drogą polecam Wam to miejsce serdecznie, jak tylko będziecie gdzieś w pobliżu to koniecznie zajedźcie na żurek, na samo wspomnienie mam ślinotok. A jak nie lubicie żurku to spróbujcie czegoś co lubicie, wypróbowaliśmy połowę dań z menu i wszystko było pyszne.


To był urlop najcudowniejszy z możliwych, w całości utkany z pięknych chociaż zwykłych chwil. Najlepszą rekomendacją i dla niego, i dla naszych pięknych gór niech będzie fakt, że ja która sobie nie wyobraża życia bez czytania, na urlopie przeczytałam jedynie kilka stron. Pomimo tego, że zabrałam ze sobą dwie książki i trzy kupiłam w międzyczasie to na czytanie nie miałam ani czasu, ani przyznam się Wam szczerze, chęci. Po całym dniu wędrówek wracaliśmy do domu i wieczorami nie mogliśmy się nagadać.


Jeszcze dobrze po tym urlopie nie ochłonęłam a już bym chciała w Tatry kolejny raz. Pomimo jednej podjętej próby nie doszliśmy na Giewont i to z mojej winy, chociaż byliśmy blisko, ale o tym będzie w swoim czasie. Ja na Giewoncie już byłam ale teraz chciałam tam zabrać mojego Litwina. I teraz Giewont to najważniejszy argument ku temu, żeby nie kazać Tatrom zbyt długo na nas czekać. Póki co zostają zdjęcia, tęsknota, wspomnienia i kupione specjalnie na ten urlop buty, przybrudzone już teraz pięknym, tatrzańskim pyłem. Jedna z koleżanek ma identyczne, przybrudzone brudem z Kuby, i z sentymentu nie zamierza ich prać. Mój brud jest mniej egzotyczny, po polsku swojski, tarzański, i też póki co butów czyścić nie będę. Jeszcze widać, że są turkusowe, dużo wspólnych szlaków przed nami.

środa, 25 sierpnia 2021

Urlop najlepszy pod słońcem.

 Wróciłam, jak zwykle z żalem i bez najmniejszych chęci. Zanim jednak zacznę pisać poematy jak było pięknie, cudnie i wyjątkowo, chciałabym serdecznie podziękować za wszystkie dobre słowa i życzenia, zarówno te dotyczące urlopu jak też urodzinowe. To bardzo miłe, że znaleźliście chwilę na to, aby mi dobrze życzyć.


Przez ostatnie dni budziłam się widząc góry i widząc góry zasypiałam. Teraz z tych wspomnień czerpię energię na powrót do codzienności i zwykłego życia, które w porównaniu z urlopem wydaje się jakoś mało ekscytujące.

Miałam urlopowe poranne rytuały. Dzień zaczynałam klęcząc na łóżku wpatrzona w szczyty Tatr wyłaniające się z chmur i porannej mgły w tempie zbliżonym do tego, w jakim stygła mi pierwsza herbata. Budziłam się między 6 a 7 tak jakby podświadomość specjalnie budziła mnie po to, żebym niczego z tego porannego spektaklu nie przegapiła.

Fajna była świadomość tego, że niczego nie musimy a perspektywa kolejnego wieczoru przebimbanego na leżeniu w trawie ( ale z widokiem na góry ) to najlepszy możliwy plan. Po całodniowej wędrówce była to zasłużona nagroda.

Zanim wyruszaliśmy na górski szlak witałam się z owcami sąsiadów, ich rozkoszne mordki domagały się pieszczot prześcigając się w wyścigu do moich dłoni. I chociaż nie potrzebowały dodatkowej zachęty bo podchodziły reagując na zwykłe cmokanie to zawsze dostawały ode mnie na śniadanie solidną porcję świeżo zerwanej koniczyny.

Są tacy, którzy twierdzą, że jesteś tym co jesz, zatem śmiało możecie mówić do mnie oscypku. Już pierwszego dnia urlopu postanowiłam jeść minimum dwa oscypki dziennie i z apetytem się tego trzymałam. Na nazwisko miałam na urlopie Kwaśnica-Żurek bo to przez niemal cały pobyt było pierwsze kolacyjne danie w naszej ulubionej "karcmie". Nawet ostatniego dnia żartowałam z kelnerem, że przed wyjazdem podjedziemy cysterną żeby zabrać żurek ze sobą. Takiego pysznego w życiu nie jadłam i wszystkim wokół polecałam.

Przypomniałam sobie jak cudownie jest wędrować po górach i patrzeć na świat z wysoka, usatysfakcjonowana wędrówką która doprowadziła mnie na sam szczyt. Ile radości dają rozmowy z ludźmi spotykanymi po drodze i ile motywacji słowa nieznajomych, że nawet najbardziej doświadczeni miewają kryzysy. Herbata z widokiem na góry smakuje przewyśmienicie a zagryzana kanapką i pomidorem zasługuje na gwiazdkę Michelin.

Kiedyś bywałam w górach regularnie, mam na swoim koncie najwyższe i najbardziej znane polskie szczyty, niestety ostatnio częściej wybierałam trochę odmienne krajobrazowo kierunki. Żałuję i sama sobie obiecuję, że wrócę w Tatry niebawem. Serce znów szybciej bije na myśl o byciu w drodze w górę a po niej w drodze w dół.

Góry mają wielką moc. Najpierw motywują do wędrówki na szczyt a później, już tam na górze ale również i po drodze wielokrotnie zatrzymują w pół kroku i widokami, jakie oferują, zatrzymują czas.

Zazdroszczę wszystkim Wam mającym swoje urlopy przed sobą i życzę wszystkim żeby było najpiękniej jak się da. Ja na swój kolejny wyjazd muszę czekać miesiąc ale póki co nie mam zbyt dużej wiary w to, że dojdzie do skutku. Miniony rok okradł mnie ze złudzeń. Ten wyjazd miał się odbyć w marcu ubiegłego roku ale przez covidowy cyrk przekładany był już przez organizatora cztery razy. Nie zdziwiłabym się zbytnio na wiadomość o tym piątym, zdecydowanie bardziej zaskoczyłaby mnie wiadomość, że jednak jedziemy. Czas pokaże a w międzyczasie puszczę sobie płytę ulubionego francuskiego piosenkarza wyobrażając sobie, że wyjazd jednak doszedł do skutku i słucham Go na żywo. Przyda mi się taka francuskojęzyczna motywacja do sprzątania, prania i podlewania kwiatów. Witaj szara codzienności, nie będę ukrywać, że w ogóle nie tęskniłam.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...