Nie płacz, że coś się skończyło. Ciesz się, że Ci się to przytrafiło. ( G.G. Márquez )

sobota, 8 maja 2021

Utęskniona lekkość bytu w Laboe.

 Zawsze przejawiałam łatwość w kwestii cieszenia się, co tu ukrywać, z głupot też. Czas kiedy zostałam pozbawiona życia tak jak bym chciała i jak byłam przyzwyczajona nauczył mnie radować się wszystkim jeszcze bardziej co świetnie obrazuje dzień, który Wam dzisiaj opiszę. Kiedy podczas spontanicznego wypadu do Kilonii po krótkim spacerze okazało się, że miasto jest delikatnie mówiąc nijakie, poszliśmy nad morze bo nad wodą jakoś wszystko wydaje się fajniejsze. Naszą uwagę przykuł mały prom, a na promie ludzie. Podeszliśmy dowiedzieć się co i jak, bilety okazały się niedrogie, rejs miał trwać trochę ponad godzinę i chociaż jego ostatni przystanek nic nam nie mówił to szybko podjęliśmy decyzję, że właśnie tego nam potrzeba. Upewniliśmy się tylko czy pod koniec dnia będziemy mieli jakiś rejs powrotny żeby w tej całej euforii i spontaniczności nie okazało się, że spontanicznie utkwimy w nieznanym mieście. W czasach zamkniętych hoteli i kwater prywatnych wydaje się to jakby odrobinę mniej zabawne.



Tego dnia oboje poczuliśmy, że normalność jest bliżej niż nam się wydaje, czasami tylko trzeba trochę bardziej się postarać żeby ją odnaleźć w tej niecodziennej codzienności. Powiem Wam szczerze, że ja byłam przekonana, że atrakcje typu rejs są surowo wzbronione. A tu proszę, wystarczy kilka kroków po trapie, po nich schody w górę żeby mieć miejsca z fajnym widokiem, i od razu serce bije szybciej zalane szczęściem z odrobiny odzyskanej normalności.



Bo na tym małym stateczku, kołysana falami, skąpana w słońcu i rozczochrana od wiatru poczułam normalność. Panowała fajna i radosna wakacyjna atmosfera, pomimo kwietnia i faktu, że do wakacji jeszcze trochę. Jak szalona to robiłam zdjęcie za zdjęciem, to znów stałam wpatrzona w horyzont ciesząc się każdym momentem tej przygody. W trakcie rejsu poczytaliśmy trochę o tym dokąd w ogóle płyniemy, żeby się rozeznać w terenie i żeby się nie okazało, że przegapimy coś fajnego.




Laboe, małe miasto będące naszym celem, okazało się być bardzo fajnym miejscem. Nadmorskie mieścinki mają w sobie coś wyjątkowego, co ciężko ująć w słowa ale wierzę w to, że wiecie o co mi chodzi. Miasteczko oferuje niewiele ale wystarczająco, żeby po uszy zachwycić i rozpalić chęć powrotu tam na dłużej. I jak się okazało największej atrakcji przegapić się nie da bo jest widoczna z każdego chyba miejsca - to Bałtyk jest tym co najbardziej przyciąga. Oprócz tego są tutaj klimatyczne małe domki, deptak i fajne uliczki. Jest szeroka plaża, klify i wydmy, mnóstwo szlaków spacerowych i rowerowych ścieżek. I pyszne, jedne z najlepszych jakie jedliśmy, bułki z rybą.

Powiem Wam, że tego dnia naprawdę odpoczęłam a rzeźkim nadmorskim powietrzem oddychałam z lekkością i łatwością. Cieszę się, że mi się ta lekkość przytrafiła bo miałam ostatnio momenty kiedy się zastanawiałam czy tak jeszcze się da. I czy w ogóle potrafię.




Uwielbiam spontaniczne przygody i mam nadzieję, że ze spontaniczności się nie wyrasta. Bo to był piękny dzień i chociaż czasem wiało to ten wiatr przyniósł również silny podmuch normalności, która przecież teraz wydaje się być na wagę złota.


W czasie rejsu powrotnego nie robiłam nic oprócz gapienia się przed siebie a lekkość jaką dał mi ten dzień sprawiła, że niemal unosiłam się nad ziemią.


niedziela, 2 maja 2021

Milion dowodów.

 To był piękny dzień i mam na to milion dowodów. I chociaż tegoroczna wiosna nie ułatwia nam zadania, żeby się nią cieszyć to zawsze ale to zawsze warto próbować.















niedziela, 25 kwietnia 2021

Pietzmoor. Torfowiska mogą być ciekawe.

 Ale mnie nosi ostatnio. Gdybym mogła to najchętniej w ogóle nie wracałabym do domu. Niestety weekendy zdarzają się zbyt rzadko a w dni rozciągnięte pomiędzy nimi trzeba jednak żyć normalnie. Po zbyt długim etapie udomowienia przypomnieliśmy sobie jaką frajdę daje bycie w drodze i znajdujemy sobie weekendowe rozrywki na miarę możliwości i tego co nam wolno a że żyjemy w "zdrowszym" regionie to wolno nam trochę więcej. W ostatnim czasie byliśmy już kilka razy nad morzem, zwiedzaliśmy klimatyczne miasteczka, spacerowaliśmy po torfowiskach a nawet przeżyliśmy przygodę, o której napiszę następnym razem bo w dzisiejszych czasach była to nie lada atrakcja, w moim mniemaniu jedna z tych surowo wzbronionych. Ale okazało się, że wcale nie.



Dzień był chłodny i ciemny od rana do wieczora, jeden z tych co to spędzany w domu na pewno byłby leniwy i ospały. Towarzyszące nam przez cały czas ciężkie chmury nie wróżyły nic dobrego ale na szczęście zaczęło padać dopiero w drodze do domu. Ubraliśmy się ciepło, marsz po torfowiskach rozgrzewał sam w sobie a w termosie z earl grey'em mieliśmy dodatkowe wsparcie.



Odkąd pamiętam umiałam się cieszyć z małych podróżniczo rzeczy. Uszczęśliwia mnie rowerowa wycieczka do lasu a podróż na koniec linii kolejki podmiejskiej potrafi cieszyć niczym lot na księżyc. Lubię odkrywać miejsca, które mam blisko domu i powiem Wam, że podróżowanie do tutaj to dla mnie nieustanne źródło zachwytów i zaskoczeń. I ciągle mi mało. I chociaż spacer po torfowiskach może nie brzmi zbyt atrakcyjnie to uwierzcie mi, że było super a przechadzka po drewnianej kładce po rozlewiskach była świetną przygodą. Chciałabym zobaczyć to miejsce skąpane w wiosennym słońcu.




Uśpiona po zimie i jeszcze nie obudzona wiosną przyroda raczej nie wzbudza przyrodniczych zachwytów. Torfowiska dopiero przecierały oczy i przeciągały się po zimowym śnie. Ale z drugiej strony cały czas towarzyszyła nam jakaś taka aura magii i tajemnicy, brakowało tylko mgły.




Przypomniałam sobie o tym miejscu całkiem przypadkiem bo w czasach, kiedy takie rozrywki nie były jeszcze surowo wzbronione lubiłam chodzić na różnego rodzaju targi podróżnicze, w tym również te dotyczące najbliższej okolicy. Zawsze wracam obładowana folderami, które z zapałem gromadzę. Jestem fanką słowa pisanego na papierze i stron pachnących drukarską farbą, zatem i przewodniki towarzyszące nam podczas urlopów są zawsze w tradycyjnej formie. Jak się okazało to moje zbieractwo się opłaca bo to ostatnio nasze najczęstsze źródło wycieczkowych inspiracji.



I chociaż może słowo "torfowiska" nie brzmi zbyt atrakcyjnie, a już w ogóle w kategorii atrakcji turystycznej to Pietzmoor jest taką atrakcją a tereny torfowiska są Rezerwatem Przyrodniczym. Średnia głębokość torfu to 4 m. a maksymalna 7,5 m. Mają tutaj źródło dwie rzeki, Böhme i Veerse. To świetne miejsce dla podglądaczy ptactwa a dla wszystkich lubiących takie klimaty okazja do interesującego spaceru w ciekawych przyrodniczo kadrach. Kto jak kto ale my byliśmy naprawdę uradowani i zachwyceni. To kolejny przykład na to ile piękna tkwi w przyrodzie, w torfowiskach jak się okazało też.



poniedziałek, 19 kwietnia 2021

Pod baldachimem z ciemnych chmur.

Kiedy zamknęli mi przed nosem cały świat, urządziłam sobie cały świat z tego co mam blisko. Umeblowałam sobie przestrzeń z kilometrów nowych ścieżek, odkrywałam to co mogłam i czego w całym tym szaleństwie nie zakazali. Przyroda mnie uratowała. Chwytała za kołnierz kiedy potykałam się o słabsze dni i upadek był blisko. Doprowadzała do pionu kiedy przygnieciona natłokiem ciężkich myśli nie widziałam światła w tym ciemnym, poplątanym jak nigdy wcześniej labiryncie. W tym dziwnym życiu bez dalekich podróży, głośnych śmiechów w większym gronie, toastów wznoszonych ulubionym winem w knajpce nad jeziorem, regularne kontakty z przyrodą dzielnie zastępowały mi to wszystko i zaspokajały apetyt na życie. Kiedy oddzielał mnie od świata gruby mur stworzony z leśnych drzew łatwo było o wszystkim zapomnieć a jeszcze łatwiej nie myśleć w ogóle. Nigdy się Matce Naturze za to wszystko nie odwdzięczę.




To niesamowite jaki ogrom szczęścia tkwi w drobiazgach oraz prostocie tkwiącej w czymś tak banalnym jak spacer w stronę chmur. Nawet tych ciemnych, deszczowych, w kwestii pogody nie wróżących nic dobrego.
Pod niezasłoniętym niczym niebem nawet earl grey z termosu smakuje lepiej. O niebo lepiej.
Mam słabość do nieba i drzew. I do chmur mam słabość przeogromną, nazwa tego mojego kawałka wirtualnego świata nie jest przypadkowa.
Zachwycają mnie drogi i ścieżki wijące się aż po horyzont piękną wstęgą.
Drzewa przeglądające się w tafli wody niczym w lustrze.
Uwielbiam czytać książkę w otoczeniu drzew. Po każdej przeczytanej stronie patrzę w niebo i wsłuchuję się w ptasi śpiew. Zaznaczam tak sobie każdy przeczytany rozdział. Jak zakładką.
Mam słabość do zapachów przyrody niesionych wiatrem. I nie każcie mi wybierać między zapachem koszonej trawy, palonych liści, obsypanej kwiatami łąki czy zapachem lasu w pełni lata.  Nie każcie, bo nie wybiorę. Nie potrafię.
I wiecie co jeszcze lubię? Zapach smrodu wsi. Serio. Bo zawsze przywołuje wiele najpiękniejszych wspomnień z dzieciństwa.


Warto wyjść z domu nawet jeśli niebo do tego nie zachęca. Pod baldachimem z takich chmur przejechałam w sobotę 40 km i wiecie co? Nawet przez moment nie padało.



poniedziałek, 12 kwietnia 2021

Niby nic a jednak Lauenburg.

 Przez dwa ostatnie wpisy żaliłam się na nudę i podróżniczo-wyjazdową próżnię ale dzisiaj dla odmiany powinno być ciekawie. W ogóle mam wrażenie, że podróżniczo odżyłam bo dzieje się sporo a miniona sobota to już w ogóle był sztos. Jeszcze nie do końca ochłonęłam. Jestem tak spragniona jakichkolwiek, najkrótszych nawet wyjazdów że każda możliwość oddalenia się od domu na dystans dłuższy niż jestem w stanie pokonać rowerem jawi mi się niczym jakiś daleki rejs. Tak też było w ostatnią sobotę marca, deszczowo - słoneczno - gradowo - śniegowo - tęczową. Chyba niczego w tej pogodowej wyliczance nie pominęłam, może jedynie silny wiatr. Ale cała ta mieszanka to i tak za mało, żeby nas zatrzymać w domu.


Spontanicznie padło na Lauenburg, o którym słyszeliśmy, że jest fajnie ale w sumie to tylko jedna uliczka i żeby się zbytnio nie nastawiać bo samo miasto niczym specjalnym się nie wyróżnia. Na miejscu okazało się, że największą i najładniejszą atrakcją jest faktycznie tylko jedna ulica. Jedna ale za to jaka! Widziałam w swoim życiu wiele hanzeatyckich miast, które uwielbiam za architekturę, klimat i możliwość podróży w czasie dziesiątki a nawet setki lat wstecz. Ale Lauenburg tą jedną jedyną uliczką zachwycił mnie po uszy a ja przepadłam po kilku pierwszych krokach po kamiennym bruku. Zapomniałam o wszystkim, byliśmy tylko my i historia.



Tutaj naprawdę czuć magię którą owego dnia spotęgowały pustki. Uliczka była wyludniona, widzieliśmy dosłownie kilku turystów. Mnie tutaj wszystko zachwycało. Pochylone od upływu czasu szachulcowe domki, niektóre jak z parku miniatur, stare latarnie, kolorowe drzwi i skrzynki na listy. 


Na każdym budynku umieszczono tablicę informacyjną z jego historią, wzbogaconą starym zdjęciem, bardzo często z jego ówczesnymi mieszkańcami, oczywiście w strojach z epoki, panie w długich sukniach i kapeluszach, panowie w spodniach na szelkach i z uśmiechami kryjącymi się za sumiastym wąsem.


Lauenburg położony jest w rozlewisku Łaby a ta piękna uliczka znajduje się nad samym brzegiem rzeki, w jej pierwszej linii. W 2013 roku miasto nawiedziła powódź i w wielu miejscach widać oznaczenia dokąd sięgała woda.


Mieszkańcy a zapewne i władze miasta dbają o to, żeby utrzymać tutaj wyjątkowy klimat, bez rzucających się w oczy jaskrawych szyldów i bilboardów. Mnóstwo tutaj sklepów z pamiątkami, księgarni oraz galerii z dziełami lokalnych twórców. Wszystko to oczywiście aktualnie zamknięte.


Uliczka jest całkiem spora i kiedy zaczynaliśmy spacer i widziałam na jej końcu mały plac byłam przekonana, że to będzie koniec atrakcji. Okazało się że placyk był tylko przerwą a za nim następował ciąg dalszy alejki wijącej się piękną falą. Uwierzcie mi na słowo, że wielokrotnie całe miasta nie zrobiły na mnie takiego wrażenia jak ta skąpana na przemian w słońcu i w deszczu śliczna, klimatyczna ulica. I to nie chodzi o to, że jestem spragniona zwiedzania miast i z tego szczęścia ekscytuje mnie wszystko potrójnie, tutaj naprawdę jest pięknie, o ile oczywiście ktoś lubi taką scenerię. A ja jak wiadomo U-WIEL-BIAM!

Zabiorę Was do Lauenburga raz jeszcze bo zarówno zdjęcia jak i wrażenia oraz emocje podzieliłam sobie na dwie części. Będę sobie i Wam dawkować niezapomniane wspomnienia i emocje żeby starczyło na dłużej bo czasy jakieś takie niepewne, ubogie w dobre podróżniczo chwile.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...