Nie płacz, że coś się skończyło. Ciesz się, że Ci się to przytrafiło. ( G.G. Márquez )

czwartek, 28 sierpnia 2014

Colmar - kolorowa rzeczywistość.

Przejeżdżając samochodem przez Francję mam ochotę zatrzymywać się w każdej małej miejscowości, a w co drugiej osiąść na stałe. Szczególnie zachwyca mnie Prowansja i Alzacja - małe, pastelowe domki, kamienice, okna z okiennicami i parapety pełne kwiatów we wszystkich możliwych kolorach. Życie w takich miejscach ma niebywały koloryt chociaż ich mieszkańcy zapewne borykają się ze zwykłymi problemami znanymi nam wszystkim. Ale o ile przyjemniej stawić czoła rzeczywistości kiedy dookoła tak pięknie!



Alzackie Colmar miałam w planach od dnia kiedy całkiem przypadkiem natknęłam się w internecie na zdjęcia z tamtąd. A fakt, że kilkakrotnie przejeżdżałam obok tego miasta całkiem nieświadoma piękna jakie w sobie kryje wywołał u mnie złość wymieszaną z rozgoryczeniem. A takich uczuć nie lubię :). Wiedziałam, że w najbliższej podróży przez Francję przystanek w Colmar jest punktem obowiązkowym - czymś, bez czego dalej nie pojadę :).





Wąskie uliczki, małe kawiarenki, klimatyczne restauracje i sklepy z lokalnym rękodziełem i pamiątkami. Żałuję, że nie miałam tyle czasu, żeby wejść w każdą bramę i zajrzeć w każdy zakamarek, bo takie miejsca kryją w sobie najwięcej magii.



Ilość pięknych i przykuwających uwagę detali powodował u mnie oczopląs a zachwyt wywoływał szybsze bicie serca. Byłam rozdarta między chęcią patrzenia a robieniem zdjęć - bo niestety czasami podczas fotografowania wiele mi umyka. Taki absurd dziwny - niby aparatem utrwalam chwile a i tak mam wrażenie, że oczy i serce pamiętają lepiej.



Całe szczęście, że karuzela nie działała bo byłam w takim dobrym humorze, że miałam ochotę wskoczyć do karocy :)



I pomyśleć, że są ludzie dla których ta zachwycająca architektura jest codziennością...Ja miałam wrażenie, że to był sen i nawet już w samochodzie wyjeżdżając z Colmar miałam wątpliwości czy ta wizyta faktycznie miała miejsce...Na szczęście ten dzień wydarzył się naprawdę. Dowodem są zdjęcia. I myśli zbyt często ulatujące do tamtego pięknego, sierpniowego dnia...Tak się u mnie objawia tęsknota.


Nawet markowe sklepy i sieciówki usytuowane na deptaku są dyskretnie ukryte i nie rzucają się w oczy natrętnymi szyldami i bilboardami. Albo może nie zwracałam na nie uwagi bo zachwycałam się kamienicami i byłam zaprzątnięta bujaniem w obłokach...


Pora obiadowa spowodowała tłumy i zapełniła restauracyjne stoliki. Za to późniejsza siesta zasiała spustoszenie a ciche i spokojne uliczki rozbrzmiewały jedynie echem naszych głosów...



Kogo jak kogo ale Mili zabraknąć nie mogło.


W przyszłości marzy mi się taki Tour de France - może niekoniecznie rowerem ( ale czasami tak ) - po tych wszystkich małych i klimatycznych miasteczkach. Będę niespiesznie piła kawę, zagryzała sery chrupiącą bagietką a wszystko to popijała winem z miejscowych winnic. Pewnie po takim bliższym poznaniu będę miała ochotę zamieszkać w każdej z takich mieścinek, a nie jak teraz w co drugiej, ale co tam! Taki jest właśnie urok marzeń...

środa, 6 sierpnia 2014

Plaża z sentymentem.

Najpiękniejsza w regionie. I chyba jedna z najpiękniejszych w całej Hiszpanii. W dodatku przywołuje wiele pięknych wspomnień bo jak już jedziemy na plażę to właśnie tam. Idealne miejsce zarówno na słodkie lenistwo jak i na spacery. Mała, kameralna, zawsze przyjeżdżają tylko fajni ludzie :). Nikt nie ma nic przeciwko psom - co dla nas jest wielką zaletą. 




Nikogo nie dziwi plażowanie nago. Czasem jednak nagie męskie ciała trochę mnie rozpraszają i nie mogę skupić się na książce - tak było ostatnio :). Przy Marcinie trochę się powstrzymuję :) ale jak jestem sama to cóż - czasem sobie zerkam to tu, to tam :).



Zachwyca mnie tam wszystko - kolor wody, okoliczne górki, rdzawy kolor skał...Aby dostać się na plażę trzeba zejść ścieżką w dół. I pierwsze spojrzenie z góry jest oszałamiające. I w moim przypadku nie traci na sile odkąd pojechałam tam pierwszy raz. Za każdym razem zachwycam się tak samo i czasami naprawdę dużo siły wkładam w to, żeby nie piszczeć i nie skakać z radości...




Plażowanie średnio lubię, gdzieś tak po kwadransie zaczynam marudzić, że nuda, że niewygodnie, że gorąco...Nie ma ze mną lekko. Ale na naszej plaży jest na mnie sposób - nieśpieszny spacer zawsze jest świetnym antidotum na moje marudzenie. No i woda - ciepła, spokojna i czysta.



Do tego stopnia ta mała plaża skradła nasze serca że mówimy na nią "nasza". I jak na nią jedziemy to mówimy że jedziemy do siebie. A co! Kto biednemu zabroni bogato żyć :). A świadomość, że mamy swoją plażę ( to nic, że dzielimy ją z innymi osobami, którzy być może też tak o niej myślą ) naprawdę jest budująca :).



Widok na morze z góry zawsze wywołuje we mnie chęć wykonania skoku do wody. Tylko nie jestem do końca przekonana czy udałoby mi się dopłynąć do plaży o własnych siłach :)



Niedawno znowu tam byłam i zachwycałam się jak zawsze. Podziwiałam krajobraz z wypiekami na twarzy i ukłony składałam w stronę Matki Natury.


Niezmiennie się zachwycam.