2026
Czarna plaża Reynisfjara. Kto powiedział, że szczęście nie może być w ciemnych barwach?
Przyjrzałam się dzisiaj dokładniej przygotowanej specjalnie na potrzeby blogowania liście miejsc, o których chciałabym tu wspomnieć i cóż, nie wygląda to zbyt dobrze. To znaczy sama lista wygląda imponująco i gwarantuje mi ciągłość blogowania przynajmniej do końca tego roku, nawet gdybym nigdzie już miała nie jechać. Nieciekawie wygląda za to szansa, że kiedyś się z tych zaległości wygrzebię bo wierzcie mi lub nie ale w kajeciku mam jeszcze tematy polskie, chorwackie, bośniackie, lofockie, norweskie, włoskie, angielskie i szkockie. Miła jest świadomość, że jeszcze przez długi długi czas będę miała o czym pisać i nie muszę się martwić tematami, do których przecież dojdą jeszcze te nowe dotyczące wiosny, rowerowania, plażowania nad Łabą i krótkich jednodniowych wycieczek.
Pamiętacie jeszcze, że na przełomie sierpnia i września byłam na Islandii? Ja pamiętam chociaż można odnieść wrażenie, że nie. Ale jak zapomnieć o wyspie tak pięknej, że każde z odwiedzonych miejsc z marszu zyskiwało miano najpiękniejszego miejsca świata? Gdzie podróż samochodem zwykłą przecież drogą nasuwała chęci robienia przerw na zdjęcia i zachwyty kilkanaście razy na kilometr bo z każdej strony otaczały nas widoki, jakich nie widzieliśmy nigdy wcześniej. I zdjęć, i wspomnień mam jeszcze z Islandii tryliard i właśnie dzisiaj będzie o kolejnym z nich.
Całkiem niedawno zdałam sobie sprawę, że mój mózg ma dziwną umiejętność wymazywania wspomnień związanych ze złą pogodą. Tzn. on je rejestruje ale później upycha gdzieś na tyłach zapasów pamięci, dopycha kolanem a one cicho siedzą sobie w kącie zamknięte na cztery spusty. Na Islandii naprawdę dopisała nam pogoda bo nawet jeśli było chłodniej to i tak słonecznie a przecież nie od dzisiaj wiadomo, że jak jest słońce to skala radości rośnie od razu o milion stopni w górę. I chociaż przeżyliśmy również i deszcz, i wiatr, to jednak przez większość czasu było cudownie i miło co dla mojego mózgu jest sygnałem, żeby o tym deszczu i wietrze zapomnieć. Tym oto sposobem wspominając pogodę na Islandii mogę śmiało napisać, że było ciepło i fajnie, bo ja poprostu tych gorszych pogodowo chwil w ogóle nie pamiętam.
Podczas pobytu na plaży Reynisfjara pogodowo było średnio. Zasnute chmurami niebo, lekka mgła, duże fale i wiatr ochlapujący wszystkich mokrą bryzą. Jednak narzekanie byłoby przestępstwem bo stałam na czarnej plaży, pod butami miałam czarne kamyki, przed sobą spienione fale a po lewej wysokie granitowe skały o zobaczeniu których marzyłam od lat. Patrzę na te zdjęcia i myślę sobie: ej no, wtedy faktycznie było chłodno i nieprzyjemnie ale wiecie co? We wspomnieniach jest mi ciepło i miło 😀. Moja radość ze spełniania marzeń i możliwość zwiedzania świata jest tak wielka, że ja w ogóle nie myślę o niedogodnościach, w dodatku spowodowanych rzeczą tak błahą jak pogoda.
Wiem, że oglądając te zdjęcia można odnieść wrażenie, że są robione w czerni i bieli ale zapewniam Was, że nie. Czarna plaża, ciemna woda, szare niebo i skały w kolorach będących mieszanką tych, o których wspomniałam na początku zdania, oto sprawcy zamieszania. Ale chociaż może i miejsce kolorystycznie monotonne to wspomnienia barwne i kolorowe.
Położona u podnóża klifu Reynisfjall rozległa, szeroka plaża pokryta jest bazaltowym żwirkiem. Słynie z sięgających nieba bazaltowych kolumn. Kilka razy zdarzyło mi się usłyszeć opinię, że jest jedną z najpiękniejszych plaż świata ale z tym się nie zgodzę chociaż przecież każdy ma inną opinię i prawo do własnego zdania. Na pewno Reynisfjara jest jedną z najbardziej znanych islandzkich plaż; oryginalne bazaltowe słupki nadają miejscu niespotykanego charakteru a w połączeniu z czarnym żwirkiem i klifami z tyłu nie sposób nie dać się oczarować. Jest też jednym z obowiązkowych miejsc na Islandii dla wszystkich odwiedzających tę niewyobrażalnie piękną wyspę.
Różnorodne formacje skalne, które mamy na wyciągnięcie ręki, aż zapraszają do tego żeby dotykać skalnych ścian w poszukiwaniu różnych faktur. W odległości kilku kroków możemy poczuć pod palcami gładkie bazaltowe słupy, postrzępione przez warunki atmosferyczne głazy, skały zbudowane z nieskończonej ilości cienkich niczym pergamin warstw i drapiące w dłonie skalne pióropusze. Jedna zaledwie plaża oferuje wspaniały poziom różnorakich doznań, jest rajem dla wszystkich odczuwających świat wieloma zmysłami jednocześnie i niezapomnianym doznaniem jeśli chodzi o wrażenia sensoryczne.
Wiem, że można odnieść wrażenie iż podczas naszego pobytu Reynisfjara jawiła się i nam i światu w szarych barwach, jednak nic bardziej mylnego. Bo chociaż mgła unosząca się nad wodą, szary kolor nieba i utrzymana w smutnych tonacjach kolorystyka plaży nie napawają optymizmem to nasze wyśmienite humory i zachwyty rozjaśniały ten z pozoru szary mrok. Bardzo się cieszę, że wyrosłam z kapryszenia na pogodę a energię, którą dzięki temu zyskuję, wykorzystuję na to, żeby jeszcze bardziej się wszystkim radować. No i nie da się nie zauważyć oraz nie docenić tego, że zielona trawa na zboczach pobliskich wzgórz robiła wszystko żeby było jaśniej. Są miejsca, do których bardzo pasuje niepogoda a ja myślę, że plaża Reynisfjara jest właśnie jednym z nich.

Komentarze
Prześlij komentarz
DZIĘKUJĘ ZA CZAS POŚWIĘCONY NA MOJĄ RADOSNĄ TWÓRCZOŚĆ. KAŻDY KOMENTARZ MNIE CIESZY I ZA NIE RÓWNIEŻ SERDECZNIE DZIĘKUJĘ.