Czytam, więc jestem, uwielbiam się przemieszczać, i nie ważne czy samolotem, czy rowerem,zapamiętywać chcę - sercem i aparatem, a żyć nie mogę bez książek, podróży, roweru, spacerów, rozmów i moich licznych pasji. Dzięki hektolitrom herbat wszelakich wypijanych codziennie trzymam się jakoś w pionie:)

W razie pytań lub chęci kontaktu: malamo@op.pl :)

Warto przeczytać


27/02
2026

O tym jak było w Edynburgu. Opowieści w odcinkach część pierwsza

 Pamiętacie jak jakiś czas temu pisałam Wam, że mam wrażenie iż od grudnia żyję w bańce szczęśliwości bo nowa praca, wizyta blogowych koleżanek, miesiąc świątecznych jarmarków, urlop we Włoszech a po powrocie prawdziwa biała zima, która skończyła się dopiero kilka dni temu? Zatem teraz radośnie donoszę, że ta bańka nadal ma się świetnie a ja w dalszym ciągu mam wrażenie, że sobie w niej siedzę na kopcu zbudowanym z uśmiechów, radości, pięknych chwil oraz niezapomnianych spotkań i beztrosko dyndając nogami przyglądam się temu co mnie spotyka. Bo są to same dobre i warte zachowania w sercu na zawsze rzeczy. 


 Równie wspaniale upłynęło mi ostatnie siedem dni podczas których działy się rzeczy dobre, miłe, niezapomniane i szalone. Wczoraj późnym wieczorem wróciłam do domu po tygodniu przygód, odwiedziłam trzy kraje i dwie stolice, cztery razy leciałam samolotem, trzy razy jechałam pociągiem  oraz kilkanaście razy piętrowymi autobusami. I jakby było mało tych atrakcji to jeszcze po raz kolejny biegłam sprintem przez lotnisko w Amsterdamie bo 50 minut na przesiadkę wymaga na Schiphol niezłej kondycji. Te dni spędziłam w towarzystwie blogowych koleżanek, Julkę dobrze już znacie a ja śmiało mogłabym zaryzykować stwierdzenie, że spotykamy się często i regularnie bo widziałyśmy się już czwarty raz z czego trzeci w przeciągu minionych czternastu miesięcy. Podczas tej podróży odwiedziłyśmy mieszkającą w Anglii Martę, którą również poznałam dzięki blogowaniu. Z Martą znamy się już chyba z dwanaście lat a widziałyśmy czwarty raz, tym razem dołączyła do nas Julka. Marta niestety już nie bloguje ale - uwaga, uwaga - obiecała, że znów zacznie. Trzymam Ją za słowo i trzymam za Nią kciuki a wspominam o tym tutaj mając nadzieję, że Marta tu zajrzy i sobie przypomni, że miała blogować 😀.




 Tak jak już wspomniałam minione dni były niezapomniane. I chociaż moja przygoda zaczęła się gdzie indziej to dzisiaj będzie o Edynburgu, gdzie spotkałam się z Julką i spędziłyśmy razem trzy dni. O Edynburgu marzyłam już od dawna ale jakoś się nie składało chociaż w maju ubiegłego roku było blisko. Teraz zaprosiła nas do siebie Marta podrzucając nam temat, że możemy zahaczyć o Edynburg. Mnie tam dwa razy zapraszać nie trzeba, Julki na szczęście też, w związku z czym szybko podjęłyśmy decyzję, że ruszamy ku przygodzie, która zaczęła się w szkockiej stolicy.



 Echh, od czego zacząć opisywanie Edynburga, który okazał się być dokładnie taki jak to sobie wyobrażałam? Na chwilą obecną sytuacja wygląda tak, że nie dość, że nie dowierzam, że tam byłam, to jeszcze sama sobie tej wizyty zazdroszczę😊. Szkocka stolica jest szalenie romantyczna a stara zabudowa otula serce i duszę moim ulubionym rodzajem zachwytu. Edynburg to stare ulice i klimatyczne zakamarki, niesamowicie piękne i urokliwe cmentarze a najstarsza część miasta jest miła dla serca i oka. Mam wrażenie, że tam wszystko do siebie pasuje a szarobrązowa architektura, jednolita i w moim odczuciu tworząca spójną całość, była nieustannym powodem zarówno moich jak i Julki zachwytów. Jakby mało było tych powodów do radości to jeszcze niespodziankę zrobiła nam pogoda i było słonecznie i ciepło a nad głową niemal nieustannie miałyśmy niebieskie niebko. I chociaż czasami popadywało to ten deszcz pojawiał się albo wieczorem albo w momencie kiedy i tak szukałyśmy miejsca gdzie można by wypić herbatę.


 Z wielką radością i zachwytem spacerowałyśmy po urokliwych zakamarkach szkockiej stolicy, do niektórych miejsc docierając po kilka razy co w ogóle nam nie przeszkadzało. I chociaż w Edynburgu panował nieziemski tłok to na szczęście udawało nam się regularnie znaleźć miejsce gdzie było spokojniej, chociażby na wcześniej wspomnianych cmentarzach. Ale powiem Wam, że ten tłok trochę nas zaskoczył bo jakby nie było jest luty i żadna z nas nie spodziewała się takich tłumów, których zresztą same byłyśmy małą częścią.




 Nie będzie przesadą jeśli napiszę, że starówkę Edynburga znamy świetnie nawet jeśli podczas naszych raczej kiepsko zaplanowanych tras zataczałyśmy koła. Pewnie znaleźliby się tacy, dla których nasz sposób zwiedzania byłby błądzeniem ale nie nie moi mili, w tym wszystkim był sens 😊. Bo Edynburg to miasto, którego nie można mieć dość a już na pewno nie po spędzonych tam zaledwie trzech dniach. Miałyśmy co prawda plan aby ostatniego dnia wyruszyć na szkocką wieś w poszukiwaniu kudłatych krów ale korzystanie z transportu publicznego było trochę zbyt czasochłonne patrząc na nasze ograniczone czasowe zasoby, którymi dysponowałyśmy.


 Bardzo się cieszę, że spełniłam marzenie o zobaczeniu szkockiej stolicy, w dodatku w tak fajnym towarzystwie. Zwiedziłam nowe miasto w nowym dla mnie kraju, zachwycałam się światem dookoła, słuchałam szkockich ulicznych grajków a nawet - o zgrozo - polubiłam whisky, której spróbowałam raz w życiu po czym do teraz zarzekałam się, że więcej tego śmierdzącego świństwa nie tknę ( przepraszam jeśli tym stwierdzeniem uraziłam wielbicieli tego trunku ). Najwidoczniej Szkocja i wieczór w pubie z folkową muzyką na żywo robią z człowiekiem różne dziwne rzeczy bo Julka też nie pija whisky a piła. A propos tych pubów to wiecie co mnie najbardziej urzekło? Że w szkockich barach nie widziałam ludzi z telefonami. Tam naprawdę słychać gwar, ludzie ze sobą rozmawiają i nikt nawet nie pomyśli, żeby temu wszystkiemu towarzyszył smartfon. Obie z Julką zwróciłyśmy na to uwagę chociaż na Niej nie zrobiło to aż takiego wrażenia bo zna to z Hiszpanii.

 Julka, jeszcze raz bardzo Ci dziękuję za kolejne spotkanie i nową wspólną przygodę, ciekawe gdzie się spotkamy następnym razem. Moja lista miejsc, które chciałabym Ci pokazać jest długa aczkolwiek nie zapominajmy, że marzę o Minorce a gdzie ja znajdę lepszą i towarzyszkę, i przewodniczkę? 😊.

 To był szalony tydzień, który dla mnie mógłby trwać jeszcze tydzień dłużej. Wyjechałam z krainy zasypanej śniegiem a po tygodniu wróciłam do 17-stu stopni ciepła, pierwszego w tym roku suszenia prania na balkonie, i co prawda pośniegowego błota ale również połaci przebiśniegów i krokusów. I chociaż w czasie tych ostatnich ośmiu dni dużo się działo to ani przez chwilę nie poczułam zmęczenia a do domu wróciłam wypoczęta i radosna. Może ja właśnie do takich przygód jestem stworzona?

 Ściskam Was wszystkich bardzo serdecznie i nad wyraz wiosennie. I chociaż nie mam złudzeń co do tego, że od teraz codziennie będzie słońce a ptaki będą ćwierkać z całych nagromadzonych w małych płuckach sił, to nie da się ukryć, że prawdziwa dwumiesięczna zima i pierwsze prawdziwie wiosenne dni już w lutym, wypełniły mnie po brzegi  radością i ekscytacją.



Komentarze