Nie płacz, że coś się skończyło. Ciesz się, że Ci się to przytrafiło. ( G.G. Márquez )

sobota, 23 kwietnia 2011

Nie pozwól...


Z rusałek, z elfów, z dobrych wróżek
z miejsc, gdzie spełniają się marzenia
z zaczarowanych lunaparków
z wielkich podróży, aż do Plejad
z nocy pachnących tajemnicą
z szaleństw, co zakwitają wiosną
z jesiennych tęsknot, z głupich wzruszeń
nie pozwól, Boże, mi wyrosnąć.
                              ( J. A. Masłowski )



niedziela, 17 kwietnia 2011

Niedziela Palmowa w Hiszpanii.

Domingo de Ramos / Procesión de las Palmas.


 Semana Santa, czyli dosłownie Święty Tydzień, zaczął się dzisiaj Niedzielą Palmową. Uwielbiam Wielkanoc w Hiszpanii.I nie chodzi tu o aspekt religijno-duchowy, poprostu wszystko jest takie inne niż w Polsce.Fajnie jest móc uczestniczyć w procesjach, które są naprawdę widowiskowe, i każda z nich ma inny charakter.















Wróciłam do domu z kieszeniami pełnymi słodyczy, ponieważ uczestnicy procesji mają pod swoimi szatami tajemnicze schowki, w których trzymają słodycze i rozdają je wszystkim.

Następna procesja późno wieczorem w Wielki Czwartek.                                                                          

czwartek, 14 kwietnia 2011

Poszukiwany-poszukiwana i narzuta moja pierwsza.

Dzisiaj rano przyszedł do mnie sąsiad z pytaniem, czy nie ma u mnie Jego gekona...bo Mu uciekł z domu :), albo czy z psami spacerując nie spotkałam czasem jakiegoś gada. Gada żadnego nie spotkałam, w domu też go nie było, poza tym ja to może i bym przeoczyła, ale psy napewno by zauważyły nowego lokatora i dały mi znać szczekaniem, że mamy egzotycznego gościa. Sąsiedzi pospieszyli z pomocą, zaglądali w krzaki i na drzewa, no ale zguba się nie znalazła. Mieszkamy na osiedlu szeregowych domków, z racji upałów okna pootwierane cały czas,drzwi do domów przeważnie też bo życie się toczy na tarasach, więc wcale bym się nie zdziwiła gdyby gekon znalazł się u innego sąsiada. Chociaż ja gekonem będąc potruptała bym sobie na natury łono, tam gdzie drzewka, kwiatki i motyle...Swoją drogą rozumiem, że ktoś kota szuka albo psa, ewentualnie dziecka, ale z poszukiwaczem gekona spotkałam się pierwszy raz :).

Jakiś czas temu dałam upust radosnej twórczości i zaczęłam spełniać marzenie...Zawsze mi się podobały takie narzuty z szydełkowych kwadratów ale z szydełkiem do tej pory niewiele miałam wspólnego, więc i narzuta znajdowała się w sferze marzeń i planów na przyszłość, jak już znajdę kogoś kto mi tajniki szydełkowania wytłumaczy. No ale pewnego dnia poszukałam takich kwadratów w necie, zakupiłam materiały niezbędne, i z pomocą zaprzyjaźnionej sąsiadki załapałam o co w tym chodzi. Ponieważ wymarzyłam sobie narzutę na duże łóżko ( co teraz wydaje mi się szaleństwem, całkiem w moim typie ), narzuta powinna mieć wymiary ok 200 x 170 cm, co biorąc pod uwagę wymiary jednego kwadratu 9 x 9 cm daje ponad 400 kwadratów.Słownie czterysta. Ponad.Dokładnie 418 albo jakoś tak.Jak sobie z tego zdałam sprawę to musiałam się winka napić żeby ochłonąć. Urozmaicam sobie pracę robiąc trochę kwadratów, a następnie zszywam je w całość, znowu kwadraty, i znowu zszywanie. Jak pogoda była kiepska to było widać postępy, no ale teraz ciepło i są dni, że wogóle nie robię albo w ciągu wieczoru powstanie jeden kwadrat. Wymyśliłam sobie, że idąc z psami na długie spacery będę brała włóczkę i dziergała w plenerze, no ale zawsze coś mnie rozprasza - albo błogostan i nic mi się nie chce, albo książka fajna i oderwać się ciężko, albo zdjęcia robię, albo z psami się bawię...Wiem, że będę kończyła narzutę w długie jesienno-zimowe wieczory, no ale cóż, nie spieszy mi się przecież.Bo od czerwca mamy już wakacyjnych gości, i dom będzie pełen do końca lipca, więc raczej nie będę miała ani czasu, ani chęci na obcowanie z szydełkiem. Nieskromnie powiem, że narzuta szalenie mi się podoba, pomimo tego, że ma niedoskonałości, ale przecież to moje pierwsze szydełkowanie.


Jak mnie Żuku zobaczył z tym szydełkiem, to do mnie babciu zaczął mówić, bo Mu Jego babcię przypominam. Więc ja do Niego mówię wnuczku. Jak coś zaczął wspominać, że mam sobie moherowy beret zrobić, nałożyłam na Niego zakaz dotykania narzuty, który zniosłam jak tylko powiedział, że narzuta śliczna:).

Wczoraj zamieściłam zdjęcie Mili, to dzisiaj pora na Mohito:



Mila i Mohito


Mohito to mój prezent urodzinowy od Królestwa Hiszpanii, ale o tym może kiedy indziej...

środa, 13 kwietnia 2011

Bez słów...





                                                     
                                                            Moja Miluśka






poniedziałek, 11 kwietnia 2011

Błogostan.

Leniwa niedziela i leniwy poniedziałek. Wczoraj to tylko "nicnierobienie", spacery i dziękczynny obiad w azjatyckiej knajpie. Dlaczego dziękczynny?A bo zrobiłam za Żuka porządki na jego terytorium, w piwnicy i garażu czyli...Nie będę wspominać co tam znalazłam co by się nie denerwować zbytnio.A najlepsze w tym wszystkim jest to, że podobno to ja jestem "śmieciarą" i wszystko mi się przyda, do wszystkiego mam sentyment i nazywam pamiątkami :).Pedantką nie jestem ale lubię wiedzieć gdzie co mam, przynajmniej we własnym domu. Inaczej ma się sprawa jeśli chodzi o torebki, a raczej moje torbiszony :).W związku z moimi sobotnimi porządkami dzisiaj od rana słyszałam tylko pytania Żuka a gdzie jest to i tamto, bo np. młotek sobie zostawił na schodach prowadzących do garażu i teraz nie wie gdzie szukać, no bo oczywiście schody to miejsce na młotek idealne wręcz.

Rzadko zdarza mi się drzemać w ciągu dnia ale dzisiaj taki błogostan mnie opętał, że się obudzić nie mogłam. Okno otwarte, ciepełko, ptasie trele dobiegające zza okna, było mi tak cudownie, że do teraz tak jakoś spokojnie mi na duszy.

Wczoraj wieczorem obejrzeliśmy sobie film i dzisiaj chyba wieczór spędzimy tak samo. Na kolację owocowa sałatka którą muszę zrobić ja, i na nic się zdały tłumaczenia, że ja obiad zrobiłam więc może bym tak się mogła z robienia kolacji wykręcić. Bo Żuku na swoją obronę miał fakt, że przyniósł z kuchni do sypialni cukierki po obiedzie, czyli, że zrobił deser :).Fajnie!

W związku z błogostanem inne rzeczy poszły w kąt, nie dziergam, nie czytam...mam nadzieję, że się nie uwstecznię zbytnio. No ale za to posiedziałam z psami na skałkach i popatrzyłam z góry na wioskę. Jutro chciałam uciec sobie daleko na rowerze ale przed chwilą się okazało, że będę miała przyjaciół na obiedzie, a może też na kolacji, więc się cieszę bardzo jupi jupi hurra hurrra.

Aha, uzależniłam się od zbożowej kawy. Nie piłam kilka lat, całkiem zapomniałam, że taka kawa istnieje, ale jakiś czas temu koleżanka zrobiła do kolacji i tak mi zasmakowała, że teraz nie ma dnia bez zbożówki.

A błogostan trwa...Ku mojej ogromnej uciesze...

sobota, 9 kwietnia 2011

Wieczorową porą.

Ciekawe kiedy, i czy wogóle, ktoś mnie odwiedzi na blogu mym nowym. Muszę się przyznać, że naprawdę fajnie mi z myślą, że mam takie swoje prywatne miejsce w blogowym wszechświecie, póki co nikt z bliskich o tym nie wiem, znaczy się sekret mam :).I chyba nad wyraz dobrze mi z tym jupi jupi. Generalnie chyba wogóle mi dobrze teraz...Od kilku lat mieszkamy z Żukiem w Hiszpanii ale w sierpniu nastąpi przełom gdyż wracamy na stałe na ziemie przodków, z czego cieszę się przeogromnie, Żuku też mam nadzieję, chociaż On ciut mniej...Fajnie nam tutaj było, nie powiem, ale nigdy nie chcieliśmy być tu na stałe, no i teraz nadeszła pora na wielki come back i wicie gniazda w ojczystym kraju.I ta myśl, że bliscy będą blisko, i że będzie śnieg, i żarełko swojskie, i cudowne Święta, ach uskrzydlona jestem...Za dwa miesiące mamy pierwszych wakacyjnych gości, później kolejnych, a jak już wszyscy sobie pojadą to będę miała trochę czasu na spakowanie dobytku i żegnanie się z miejscami, które były mi domem przez kawałek życia. Więc teraz żyję oczekiwaniem na pierwszych gości, a później to już będzie z górki.

Aha, w profilu nie napisałam, że jestem szalona, więc teraz nadrabiam. Chociaż chyba lepiej pasuje słowo stuknięta. I to zdrowo. Jakiś czas temu pchana impulsem kupiłam bilety lotnicze do Maroko, 10 euro w dwie strony, już z opłatami, podatkami i tymi wszystkimi naciąganymi kosztami. Na szczęście udało mi się znaleźć towarzystwo na wyprawę do Afryki. Teraz tylko pozostaje kwestia znalezienia domu dla psiego stadka, wolałabym, żeby mieszkały "kątem" u znajomych, zamiast w psim hotelu, no ale w ostateczności...Wszyscy nasi znajomi mają psa, tudzież psy, no ale mam nadzieję, że okażą serce i jeden kochany pies więcej nie zrobi im różnicy. Bo na to, że naszym dwóm futrzakom znajdę jeden dom to szans dużych nie ma. Echhh, ciężko będzie się rozstawać na mój marokański tygodniowy wypadzik. No ale cóż, lecę i koniec, i już się nie mogę doczekać, i będę na kolejnym kontynencie, i będą fajne fotki, i pyszne jedzonko, i widoków mnóstwo takich, co w duszy zostawią ślad...

I dzisiaj w nocy Żuczek wraca do domu jupi jupi jupi.Pełnia szczęścia!

Stało się...

...myśl, która od jakiegoś czasu deptała mi po piętach, dziś mnie dogoniła :). Jestem założycielką i posiadaczką.Bloga rzecz jasna.Mhmmm, ciekawe jak to będzie...Ponieważ, w kraju w którym jestem jest już pełnia lata, zabieram moje osiem łap i idę się poszwędać trochę po okolicy.Oswoję się z myślą posiadania bloga :).Nie wiem jak to będzie i ile czasu potrwa zanim się połapię w tym wszystkim, bo teraz np nie mogę zmienić czcionki w blogowym tytule...echhhh...