Czytam, więc jestem, uwielbiam się przemieszczać, i nie ważne czy samolotem, czy rowerem,zapamiętywać chcę - sercem i aparatem, a żyć nie mogę bez książek, podróży, roweru, spacerów, rozmów i moich licznych pasji. Dzięki hektolitrom herbat wszelakich wypijanych codziennie trzymam się jakoś w pionie:)

W razie pytań lub chęci kontaktu: malamo@op.pl :)

Warto przeczytać


12/04
2026

O urlopie, którego nie było i o tym, który był czyli jak było w Maroku

 Kochani, witam Was po urlopie, moim nie Waszym,  no chyba że komuś z Was akurat zgrały się ze mną terminy. Usiądźcie wygodnie bo opowiem Wam jak to u mnie z tym urlopem było. 

 Aby jednak zacząć od początku musimy się cofnąć do roku 2019 ale nie obawiajcie się, nie będę streszczać wszystkiego co się działo od wtedy do teraz. Ale w kwietniu 2019 miałam zaplanowany urlop na Sri Lance, na którą ostatecznie nie poleciałam, bo kilka dni przed naszą podróżą, w Niedzielę Wielkanocną, doszło tam do serii ataków terrorystycznych. W zamachach zginęło 269 osób a ponad 500 odniosło obrażenia. Po długotrwałych dylematach czy lecieć czy nie wybraliśmy ten drugi wariant a zamiast tego spędziliśmy niezapomniany urlop w Portugalii. Na ten rok znów zaplanowaliśmy Sri Lankę, na którą nie polecieliśmy bo mieliśmy mieć przesiadkę w Bahrajnie. Dobrze wiecie co się dzieje w tamtych rejonach, my też wiemy i mieliśmy sporo czasu żeby oswoić się z myślą, że pewnie znów skończy się na marzeniach o Celjonie. I o Malediwach bo tam mieliśmy spędzić trzy rajskie dni. Może faktycznie ta Sri Lanka nie jest nam pisana, albo gra z nami do trzech razy sztuka, niemniej jednak daje mi do myślenia fakt, że przed spełnieniem marzenia o polach herbacianych i prowadzeniu tuk tuka najpierw powstrzymują mnie terroryści, a teraz wojna na Bliskim Wschodzie. No nic. Miliony ludzi ma większe problemy i jestem tego świadoma a konieczność zmiany kierunku podróży jest przecież darem od losu a nie pechem.  Urlop skróciłam a jego niewykorzystaną cześć przełożyłam na kiedy indziej. 

 Kiedy powoli zaczęło do nas docierać, że pewnie o podróży na Sri Lankę w tym roku możemy sobie jedynie pomarzyć i czekaliśmy na potwierdzenie przez linię lotniczą tego, czego byliśmy niemal pewni, zaczęliśmy szukać destynacji zastępczej. Nasza lista wymarzonych destynacji jest długa, co tam długa, ona nie ma końca, zatem wybór nowego kierunku podróży powinien być łatwy ale nic bardziej mylnego. Bo albo bilety szalenie drogie, albo przesiadka w którymś z krajów Bliskiego Wschodu albo mało nam przychylne prognozy pogody. Myśleliśmy o Krecie ale jeśli wierzyć synoptykom przez cały nasz pobyt zapowiadali deszcz i 11 stopni. W naszych rozmowach przewijała się Madera ale bilety okazały się być tak drogie jak te na Sri Lankę. Jednym z pomysłów była Teneryfa ale dobrze, że jednak nie doszła do skutku bo jak się później okazało, w czasie kiedy powinniśmy tam być wyspę nawiedził huragan i przeprowadzono jedną z większych w historii akcję ewakuacyjną mieszkańców. Ostatecznie w plebiscycie wygrało Maroko, o powrocie do którego marzyłam, a w którym jeszcze nie był mój Pankracy.

 I wiecie co Wam powiem teraz, z pourlopowej perspektywy? Że lepszej awaryjnej, szukanej na szybko destynacji, nie mogliśmy sobie wymarzyć. Pankracego Maroko zauroczyło od piewszego dnia a ja od pierwszych chwil przypomniałam sobie, dlaczego chciałam tu wrócić. Marokańskie medyny nie mają sobie równych, są to chyba najbardziej magiczne uliczne labirytny, po których kiedykolwiek szłam. Nie jestem fanką dużych miast i natrętnego chaosu ale ten w Marrakeszu w ogóle mi nie przeszkadzał. Siedziałam sobie wśród tego gwaru, przekrzykiwania się i trąbienia samochodów ze szklanką miętowej herbaty i byłam najszczęśliwsza.

 To był naprawdę przewspaniały czas, niezapomniany i pełen wyjątkowych emocji i wrażeń. Wypożyczony samochód dał nam niezależność i pozwolił dotrzeć do miejsc, gdzie byliśmy jedynymi turystami a gdzie traktowano nas jak swoich do tego stopnia, że w restauracjach nie podawano nam sztućców. Uwierzcie mi, że wszystko da się jeść rękoma albo nabieraczką zrobioną z chleba, no może z wyjątkiem zupy. Dosiadano się do nas w kawiarniach żeby pogawędzić, częstowano pomarańczami i herbatą, wieźliśmy na stopa staruszkę, która mówiła jedynie po berberyjsku, osiągnęliśmy wysoki poziom w dziedzinie targowania się, budziło nas nawoływanie do modlitwy, byliśmy zachęcani do wejścia do restauracji wykrzykiwanymi po polsku sloganami "herbatka za darmo", "zajebista restauracja" albo " u nas nie ma sraczki" ( serio! ). No sami powiedzcie czy wszystkie te wcześniej wymienione rzeczy nie brzmią jak gwarancja fantastycznego urlopu?

 Wypiłam hektolitry hipersłodkiej marokańskiej herbaty i nieco mniej soku z trzciny cukrowej, który ja nazywam sokiem z patyków. Jadłam tyle, że wierzcie mi lub nie, ale już drugiego dnia odpinałam guzik w ulubionych spodniach. I chociaż kuchnia marokańska jest raczej monotonna i nie ma długiej listy narodowych dań to spokojnie można się najeść jedząc naprzemiennie tadżin, kuskus i sałatki. No i czasami różnica między tadżinem a tadżinem bywa naprawdę kolosalna, my najlepszy jedliśmy siedząc po turecku na dywanie, w towarzystwie marokańczyków i kotów. Są w Maroku restauracje, w których obcokrajowcy stanowią większość gości, ale są i takie gdzie nie ma nikogo a my samym faktem, że zechcieliśmy gdzieś zjeść wzbudzaliśmy zainteresowanie i uśmiechy.

 Maroko mnie oczarowało, zachwyciło i zauroczyło i zrobiło to już po raz drugi. Bardzo się cieszę, że nadal mam miliard powodów żeby uważać je za jedno z najciekawszych miejsc w jakich byłam a Fez nieustannie znajduje się w czołówce moich ulubionych miast. Przejechaliśmy dokładnie 1429 km po autostradach, drogach, ścieżkach i ulicach, gdzie w chaosie na dwóch pasach jechały cztery samochody. Widzieliśmy wioski, osady i ośnieżone szczyty gór Atlas, wymijaliśmy osły i wielbłądy, podnieśliśmy poziom jeśli chodzi o porozumiewanie się na migi. I przez calutki ten czas nie przydarzyło nam się nic nieprzyjemnego albo niemiłego o czym wolałabym zapomnieć. I chociaż powinnam być na Malediwach i na Sri Lance to ani razu odkąd odwołano nam loty nie pożałowałam, że tak się stało. Nawet przelotem nie pojawiła się w mojej głowie myśl, że lazurowa woda, biały piasek, plantacje herbaty i ja w roli kierowcy tuk tuka będą musiały poczekać, najpewniej do przyszłego roku. Maroko świetnie się spisało jako destynacja zastępcza a ja wróciłam do domu przezachwycona i bardzo się cieszę, że mamy ten fajny kraj tuż za europejską miedzą.


( Afryka, Maroko, marzec 2026 r. )




Komentarze