2026
Trzy godziny w Dublinie. Czy ja tak na poważnie?
Jeżeli jesteście ciekawi jak można w ciągu tygodnia zwiedzić trzy kraje, dwie stolice, cztery razy lecieć samolotem i trzy pociągiem, to zapraszam Was serdecznie do przeczytania tego wpisu bo ja to zrobiłam. I gdyby nie fakt, że ta przygoda stała się moim udziałem też pewnie miałabym problemy, żeby ogarnąć jakoś to wszystko co mi się przytrafiło w zaledwie siedem dni a w tym wszystkim były jeszcze atrakcje, których nie wymieniłam, bo po drodze jeszcze byłam w Yorku, i na angielskiej wsi, i piłam grzane wino przy dźwiękach Last Christmas pomimo tego, że kończył się luty. Nawet nie wiecie jak bardzo się cieszę, że otaczają mnie ludzie o identycznym z moim rodzajem "normalności".
Na zdjęciu powyżej: Four Courts, główny budynek sądu, siedziba Sądu Najwyższego, Sądu Powszechnego, Sądu Okręgowego i Karnego.
Lot do Edynburga miałam z przesiadką a ponieważ nigdzie mi się nie spieszyło to przesiadkowy lot postanowiłam zabukować tak, żeby nie musieć się stresować w przypadku kiedy pierwszy lot będzie opóźniony a później na wariata szukać kolejnej bramki. Po moich zeszłorocznych przesiadkowych doświadczeniach w Amsterdamie wolałam zminimalizować atrakcje i kupiłam lot dający mi pięć godzin na lotnisku w Dublinie. W dniu kiedy kupowałam bilety owe pięć godzin jawiło mi się jako spokojny chill out z książką i irlandzką herbatą, przyglądanie się pasażerom i próbowanie odgadywać gdzie i po co lecą, pobuszowanie po lotniskowej księgarni i takie tam. Szybko jednak dała o sobie znać moja żyłka podróżnika a jakiś nieznany głos w mojej głowie regularnie pytał się mnie, czy naprawdę chcę przesiedzieć pięć godzin na lotnisku w Dublinie? I czy ja tak na poważnie? I chociaż kiedy tak na próbę ( dobre sobie, ale niech mi będzie ) zrobiłam sobie symulację czy da się to jakoś zorganizować, zdałam sobie sprawę, że takiej szansy nie mogę zmarnować.
Bo może ktoś z odpowiednim poziomem normalności czekałby grzecznie na lotnisku na samolot ale nie ja. Ja oczywiście muszę szukać przygód, perspektywa zobaczenia nowego kraju, nowego miasta i nowej stolicy w nierównej walce powaliła na łopatki zdrowy rozsądek a ja ruszyłam odkrywać Dublin. Normalni ludzie w większości przypadków zapewne w ogóle nie ruszaliby się z lotniska, powtarzam, normalni. Na szczęście mnie to nie dotyczy bo jeśli chodzi o podróżowanie i przeżywanie przygód to bywa że do normalności mam daleko. Czytają to osoby, które zachęcały mnie do tej przygody i dopingowały w jej realizacji, z jedną z nich miałam się spotkać tego samego dnia w Edynburgu a inna powiedziała kiedyś bardzo piękną myśl, że trzeba żyć a nie udawać, że się żyje. Dziewczyny bardzo Wam dziękuję za dmuchanie w moje skrzydła.
Na swoje usprawiedliwienie dodam tylko, że wszystko potoczyło się bardzo szybko a ja nie do końca byłam świadoma i tempa, i kierunku, w którym to wszystko zmierza. W dodatku los działał na moją niekorzyść bo kiedy wyszłam przed lotnisko sprawdzić jak daleko jest przystanek autobusowy to okazało się, że prawie już na nim stoję a skoro już stałam to stwierdziłam że a co mi tam, zorientuję się w rozkładach jazdy, po czym chwilę później miałam w ręku bilet, a po dwóch chwilach jechałam autobusem do irlandzkiej stolicy. Skłamałabym pisząc, że nie byłam podekscytowana ale też musicie mi uwierzyć na słowo, że wszystko potoczyło się tak szybko, że nie miałam możliwości przeanalizować na spokojnie wszystkich ruchów.
Wiem, że to była przygoda na wariata i że w ciągu pięciu godzin świata się raczej nie zwojuje ale cóż, w tym momencie myśląc o Dublinie myślę o tym, że zrobiłam rekonesans. Muszę wrócić i rozsmakować się w Irlandii na spokojnie a ten Dublin to był dopiero pierwszy krok. Autobus dowiózł mnie do centrum irlandzkiej stolicy a ponieważ nie miałam żadnego planu a do dyspozycji coś koło trzech godzin to cóż, zwiedzałam trochę po omacku cały czas mając w głowie myśl, że nie mogę zbytnio oddalać się od centrum i przystanku, z którego muszę wrócić na lotnisko.
Pierwsze kroki skierowałam w stronę Temple Bar, jednej z najbardziej znanych dzielnic miasta i najbardziej rozrywkowej. Już po kilku krokach zrobiło się wyjątkowo irlandzko, mijałam bar za barem a wśród nich ten najbardziej znany i przykuwający uwagę intensywnie czerwoną fasadą, The Temple Bar, pierwsze miejsce, które chciałam zobaczyć. Kiedy doszłam do końca tej rozrywkowej ulicy nie wiedziałam nawet w którą stronę się kierować, tak wyśmienicie byłam do tej przygody przygotowana. Postanowiłam zatem iść przed siebie a moimi kierunkowskazami były kościelne wieże, ciekawe budynki i przepływająca przez Dublin rzeka Liffey, poprzecinana historycznymi mostami, wśród nich najbardziej znanym Ha'penny Bridge.
Wiem, że próba poznania Dublina w ciągu trzech godzin to jak porywanie się z motyką na słońce, to nawet samo w sobie śmiesznie brzmi ale więcej czasu nie miałam. I tak jestem pewna, że spacerowałam z szerokim uśmiechem a ekscytacja jaką wtedy czułam towarzyszy mi nawet teraz, kiedy o tym piszę. Obiecałam kiedyś sama sobie że będę korzystać z każdej okazji jaką niesie życie a ten trzygodzinny pobyt w Dublinie był poprostu częścią obietnicy złożonej samej sobie. Żałowałam, że więcej czasu nie miałam ale przecież mogłoby mnie nie być w Dublinie w ogóle a w porównaniu z tym "w ogóle" to nawet perspektywa zaledwie trzech godzin świetnie brzmi. Przynajmniej dla mnie 😀.
Jak się później okazało, w tym chaosie była metoda, bo wytyczana na bieżąco trasa pozwoliła mi zobaczyć sporo z godnych uwagi miejsc, takich jak Ratusz Miasta czy Katedra Świętej Trójcy, z charakterystycznym neogotyckim mostem łączącym Katedrę z salą synodalną.
I chociaż żadną nowością jest, że moim planem był brak planu a ja dysponowałam szalonymi trzema godzinami, to tyle wystarczyło, że polubiłam się z Dublinem i z Irlandią w ogóle i teraz marzę, żeby tam wrócić. Kilka chwil wystarczyło żeby miasto okazało się tym z moich wyobrażeń, trochę mrocznym a jednocześnie pełnym barw, po równo trochę głośnym i trochę wyciszonym, szukałam wzrokiem ciekawych kamienic i kolorowych drzwi, omszałych murów i zabytków stojących tu od wieków. Uwierzyć nie mogłam, że ja i moja walizka idziemy sobie w najlepsze po Dublinie.
Lord Edward Street
Kiedy wracałam na lotnisko po tej trzygodzinnej przygodzie nie mogłam uwierzyć, że naprawdę to zrobiłam, wyskoczyłam sobie do Dublina w ramach czekania na kolejny samolot. Adrenalina towarzyszyła mi jeszcze długo po ale z tego to akurat bardzo się cieszę bo przed sobą miałam kolejny lot i spełnienie marzenia o Edunburgu, energia była mi bardzo potrzebna na cały dzień w podróży a była to podróż z przygodami. Chociaż zabrakło mi czasu na wiele rzeczy to radość z tego, że byłam w Dublinie przysłania to czego nie zrobiłam. Nigdy tego dnia nie zapomnę!


























Komentarze
Prześlij komentarz
DZIĘKUJĘ ZA CZAS POŚWIĘCONY NA MOJĄ RADOSNĄ TWÓRCZOŚĆ. KAŻDY KOMENTARZ MNIE CIESZY I ZA NIE RÓWNIEŻ SERDECZNIE DZIĘKUJĘ.