Nie płacz, że coś się skończyło. Ciesz się, że Ci się to przytrafiło. ( G.G. Márquez )

czwartek, 7 czerwca 2018

Bangkok. Siła przyciągania.

Są miasta, które przyciągają jak magnes. Jakaś trudna do opisania siła sprawia, że regularnie do nich wracamy, a nawet jeśli nie wracamy to nasze myśli często biegną w ich kierunku, w konsekwencji czego myślimy o powrocie...Ja tak mam z Bangkokiem i z Azją w ogóle. Zasilam szeregi tych, którzy uważają Azję za kontynent idealny do podróżowania a lista powodów jest długa.


Podczas ostatniej azjatyckiej przygody to w Bangkoku zaczęłam podróż i w Bangkoku spędziłam ostatni dzień. Pomimo tego, że przesiadkę mieliśmy w Omanie a głównym celem była Kambodża, Bangkok mogłam sobie darować, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że już tam kiedyś byłam kilka dni. Ale nie. No i nie będę ukrywać, że jednym z powodów był też fakt, że teraz byłam tam z osobą, dla której była to pierwsza podróż do Azji. Wykorzystałam to trochę jako wymówkę żeby spędzić w Bangkoku weekend ale cóż - to miasto jest tego warte.




Ciężko mi nawet opisać o co mi chodzi z tą siłą przyciągania. Jest w Bangkoku coś takiego, co uzależnia i na zawsze zostawia po sobie ślad. Jest gwarno, często tłoczno, gorąco, kakofonia dźwięków ulicy towarzyszy nam niemal cały czas, podobnie jak smród spalin i ten momentami mało przyjemny zapach typowy dla azjatyckich miast - połączenie zapachów jedzenia oraz ciężki i mdły zapach przypominający gnijące owoce raczej nie brzmi jak przywołująca wspomnienia piękna nuta zapachowa. Ale jak widać po mnie nawet mało przyjemny zapach może być miłym wspomnieniem.




Od mojej pierwszej wizyty w Bangkoku minęło kilka lat, za dużo zdecydowanie i z wielką radością i ulgą przyjęłam fakt, że nie zmienił się wcale. Albo jeśli się zmienił to zrobił to tak dyskretnie, że nic nie zauważyłam. Zimne owocowe koktajle smakują tak samo pysznie a kawa na zimno ponownie zamieniła mnie w kawoszkę na czas całej podróży bo tu u nas, w Europie, kawy nie piję prawie wcale.




Ludzie nic się nie zmienili, nadal uśmiechają się i służą pomocą nawet o nią nie poproszeni. Oto my -  wychodzimy z restauracji i w poszukiwaniu przystanku, z którego odchodzą autobusy na lotnisko, idziemy na jedną z główną ulic. Nagle zatrzymuje się autobus, kierowca pyta czy jedziemy na lotnisko a kiedy potwierdzamy wyskakuje z autobusu razem z panią sprzedającą bilety i zabiera od nas plecaki i wnosi je do autobusu. Wszystko działo się tak szybko, że nie byliśmy w stanie protestować chociaż plecak oddałam niechętnie bo do takich uprzejmości od obcych ludzi nie jestem przyzwyczajona.

Albo idę trzymając w ręku kartki pocztowe a ludzie bez pytania wskazują mi najbliższą pocztę lub skrzynkę na listy. I moimi szczerymi podziękowaniami są zaskoczeni i skrępowani w równym stopniu co ja ich bezinteresowną chęcią pomocy. A na widok opatrunków po naszym spektakularnym upadku na skuterze pytają czy wszystko w porządku i czy nie potrzebujemy pomocy.



Nie jestem fanką dużych miast chociaż obecnie mieszkam w miasteczku z wielkim miastem sąsiadującym i w dużym mieście pracuję. Ale po pracy wracam do siebie, do zieleni i ciszy przerywanej śpiewem ptaków. Pomimo tego, że Bangkokiem jestem zachwycona to żyć tam bym nie chciała ani nie potrafiła. Za dużo ludzi, motorów, tuk-tuków i samochodów. Za ciasno, za duszno i za głośno. Na kilka dni Bangkok może być atrakcyjny ale jak znam siebie to szybko by mi ta fascynacja minęła gdyby przyszło mi tam żyć. Wiec cieszę się, że jestem Europejką a Bangkok jest tylko urlopową destynacją. "Tylko " ale za to jedną z ulubionych.




Podróżuję na własną rękę z wielu różnych względów. Uwielbiam sama wszystko planować i organizować i swoim czasem zarządzać tak, żeby było w nim miejsce na swobodę i spontaniczność. Takie podróżowanie pozwala mi być w miejscach niekoniecznie polecanych i opisywanych przez przewodniki.. Nie wiem czy jakiekolwiek biuro podróży ma w swojej ofercie siedzenie na krawężniku i przyglądanie się codzienności.



Samodzielność w podróżowaniu i planowaniu urlopu, w moim przypadku bardzo często z dnia na dzień, to wygoda. I pomimo tego, że zdaję sobie sprawę że to planowanie z dnia na dzień może nie brzmi zbyt pewnie, to spieszę Was poinformować, że jestem zodiakalnym lwem, więc podobno ciężko mi dać się ogarnąć jakimś harmonogramem lub programem wycieczki...Takie planowanie bez wyprzedzenia świetnie się u mnie sprawdza więc z przyjemnością je praktykuję, w końcu brak konkretnego planu to też jakiś plan.



Przeczytałam niedawno na profilu jednej z gazet podróżniczych o "slummingu" czyli wycieczkach turystów do dzielnic biedy, które ma w swojej ofercie coraz więcej biur podróży. Z mieszanymi uczuciami przyjęłam fakt, że pomimo tego, że nie korzystam z biur podróży, to sama taki "slumming" praktykuję z tą tylko różnicą, że nie traktuję tego jako turystyczną atrakcję. W Bangkoku biedniejsze dzielnice znajdują się nawet w centrum miasta a ja, omijając główne ulice i rzadko korzystając ze środków transportu, bardzo często przez takie przechodziłam. I nawet zdarzało mi się zrobić zdjęcie, nigdy jednak nie ingerując w czyjąś prywatność. I powiem Wam, że w takich miejscach codzienność ma inny wymiar, ludzie mają niewiele ale wyglądają na szczęśliwych tak, jak by mieli wszystko. Nie zaglądam im do domów ani nie przyglądam im się ze współczuciem tym bardziej, że ci biedniejsi ludzie naprawdę sprawiają wrażenie zadowolonych. Lubię przyglądać im się przy codziennych obowiązkach - pani robiącej pranie pod bananowcem, właścicielowi sklepu z trumnami rzeźbiącymi trumnę, dziecku stawiającemu swoje pierwsze kroki. To też jest część Bangkoku i bycia w podróży. Wiele fajnych chwil przeżyłam poza turystycznymi szlakami.


Pisałam kiedyś, że mam słabość do mnichów. Nie mogę przejść obok nich obojętnie i sto zdjęć z nimi w roli głównej to za mało. Uważam ich za "nadludzi", świętych prawie i w niemalże dziecięce zdumienie wprawia mnie fakt, że mają Iphona, jeżdżą autobusami i noszą gumowe klapki. Jak dla mnie mnisi to jeden z ulubionych elementów azjatyckiego krajobrazu.



A durian wcale nie śmierdzi aż tak bardzo jak się go o to oskarża.


Z wielką namiętnością głodomora i degustatora chcącego spróbować rzeczy dziwnych i mało znanych ( ale oczywiście uznanych przeze mnie za jadalne ) spaceruję po miejscowych targach i bazarach. Z takim samym niedowierzaniem przyglądam się niektórym "produktom" co ludziom je kupującym. Jak widać przekąska do wieczornego filmu może mieć różne formy i pochodzenie.




Ciężko opisać Bangkok i wszystkie wrażenia, które nagromadziłam będąc tam. To miasto chaosu i ciszy, szarości i kolorów, pysznego tajskiego jedzenia ale też znanych wszystkim fast foodów. Szybkiego wymijania tuk tuków podczas przechodzenia na drugą stronę ulicy i zwalniania tempa w świątyniach. Uciekania przed słońcem i odnajdywania go w uśmiechach Tajów. Skąpanych w złocie świątyń i skromnych domostw niezamożnych ludzi. Wypowiadanych półgłosem modlitw mnichów i dudniącego muzyką nocnego życia na najbardziej znanej z ulic. To miasto kontrastów i wielu twarzy i przekonałam się o tym, że jeden raz to za mało żeby poznać je wszystkie. To chyba właśnie ta różnorodność, w połączeniu z egzotyką sprawia, że Bangkok tak mnie przyciąga i tak dobrze się tam czuję.

19 komentarzy:

  1. Widok mnicha z telefonem faktycznie trochę dziwi...
    Nie mogę wyobrazić sobie zorganizowanej wycieczki do biedniejszych dzielnic. Kto z takiej oferty korzysta...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. to na tej samej zasadzie jak sto lat temu prowadzano dystyngowane bogate znudzone mieszczki do knajp pełnych apaszów... speluny były podstawione, apasze byli statystami, ale panie miały erotyczny dreszczyk i buliły za ciężkie pieniądze.

      Usuń
  2. Nie znam tych widoków, ani tych zapachów, dlatego z przyjemnością obejrzałam Twoją relację. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  3. Ufff - przytłoczył mnie twój zachwyt, to miasto, te zapachy (choć w zasadzie i tak węch mam słaby niczym kreci wzrok), obrazy... wszystko.

    Nie powiem gdybym miał okazję, to chętnie bym tam się udał, ale jak się nie uda udać, to myślę że umrę bez żalu, choć być gdybym poznał to miasto, to żałował bym przed śmiercią że tam nie wróciłem?

    Siedzenie na krawężniku i obserwowanie przechodniów ma w swej ofercie zadziwiająco wiele biur podróży, choć nie piszą tego oficjalnie. Bo oficjalnie to się nazywa "czas do zagospodarowania na własną rękę". Problem w tym że w obcym mieście, którego się nie zna - półgodzinna przerwa w programie zwiedzania, daje szansę na szybką kawę, lody lub... siedzenie na krawężniku, co też często obserwuję.

    Taką bezinteresowną życzliwość i zainteresowanie dostrzegam często - problemem jest nieufność osób którym się okazuje pomoc. Wiesz ile razy musiałem pokazywać na znaczek PTTK w szelkach plecaka żeby mi zaufano gdy chciałem komuś "zbłąkanemu" wskazać miejsca których szuka, a i tak kurczowo trzymali się przy mnie za kieszenie z portfelami ;-) (nie łatwo być uczynnym)

    Mnisi wszelcy czy tylko ci buddyjscy?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszelcy chyba ale do buddyjskich mam słabość jak by taką ciut większą. Bardzo egzotyczni mi się wydają zwłaszcza podczas przyziemnych czynności.
      Ja węch mam świetny ale wzrok muszę wspomagać soczewkami.

      Usuń
  4. Czasem to bardzo uspokajające uczucie, gdy odkrywamy, że miejsca, które tak dobrze wspominamy z naszych podróży, gdzie pozostawiliśmy nasze serce, mimo upływu lat się nie zmieniły. Możemy znów poczuć to samo, co kiedyś. Wrócić z taką samą dozą szczęścia.

    Pozdrawiam cieplutko!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację, to bardzo uspokajające uczucie, zwłaszcza w czasach kiedy świat pędzi na złamanie karku i wszystko się zmienia w trudnym do opanowania tempie. Fajnie czuć, że są miejsca gdzie jest tak jak było kiedy byliśmy tam ostatni raz.

      Ściskam mocno.

      Usuń
  5. Dziękuję za wspaniałą ucztę podróżniczą. To miejsce jest nadal na naszej liście :)
    Na pewno podróże na własną rękę są bogatsze we wrażenia. My nawet jeśli jesteśmy z biurem, często zwiedzamy wynajmując samochód lub korzystamy z miejskiej komunikacji. Oczywiście raczej tylko w Europie... Raz odważyliśmy się na Dominikanie i raz w Wenezueli...
    Bogate pachnące zdjęcia oraz pełne egzotyki :)
    Pozdrawiam Cię serdecznie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z całego serca polecam Wam Tajlandię, na pewno Was zachwyci. Potrafię sobie Ciebie wyobrazić jak spacerujesz po świątyniach w pięknej stylizacji pasującej do otoczenia :)

      Usuń
    2. :) No to już zaczynam oszczędzać...

      Usuń
  6. Moja ciotka, która dużo podróżuje pojechała raz do Japonii i uwierzyła w reinkarnację. Tak bardzo czuła się tam jak u siebie, że stwierdziła, że w poprzednim życiu musiała tam mieszkać...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja z kolei po pierwszym pobycie w Tajlandii, podczas którego spędziłam cztery dni na mało komercyjnej wyspie, na której cały czas chodziłam boso i wiodłam beztroskie życie byłam przekonana, że w poprzednim wcieleniu byłam tajską wyspiarką :)

      Usuń
  7. Ależ to jest wspaniała relacja i przepiękne zdjęcia. Poznałaś niezwykłe miejsce i dzięki temu mogę je zobaczyć. Chętnie bym poznała Bangkok jednak przeraża mnie zbyt długa podróż.
    Serdecznie pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Długi lot faktycznie może być uciążliwy ale minął nam bardzo szybko, zwłaszcza ten powrotny kiedy tak bardzo marzyłam o tym, żeby na chwilę zatrzymać czas...

      Usuń
  8. Niesamowita architektura! Wszystko wygląda tak egzotycznie i złotko.

    OdpowiedzUsuń
  9. Piękne miesjce! Koniecznie trzeba je odwiedzić :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Cudownie pokazane :) być może w lutym moje nogi postawie w Tajlandii i być może pójdę Twoimi śladami ;) marzy mi się ten kraj już od kilku lat ale zawsze coś staje na drodze. Bardzo ładnie pokazałaś miejsca które chcę zobaczyć, rewelacja :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też planuję Azję w lutym, może gdzieś się skrzyżują nasze drogi :). A Tajlandią będziesz zachwycona, jestem tego pewna.

      Usuń
  11. Bangkok to jedno z tych miast, których pisownia mi się myli. Często zdarza mi się napisać: Bankok, Bangog, Bangkog albo Bangok :D Zawsze dwa razy muszę się zastanowić, co napisałam. Nie mam pojęcia, skąd wziął się ten problem. Poza tym to miasto kojarzy mi się z filmem, świątyniami i tarasem widokowym .Azja wciąż pozostaje dla mnie zagadką ,ale skoro Sarajewo było dla mnie tak inne, tak egzotyczne, to co poczułabym w takim Bangkoku :)
    Mnisi zawsze i wszędzie, uwielbiam!
    Też jestem zodiakalną lwicą i wolę sama planować wyjazdy, ale nie aż tak od minuty do minuty. Mam zawsze takie punkty, które chcę zobaczyć a w międzyczasie pozwalam sobie właśnie na to siedzenie na krawężniku, które Ty również lubisz :)

    OdpowiedzUsuń

DZIĘKUJĘ ZA CZAS POŚWIĘCONY NA MOJĄ RADOSNĄ TWÓRCZOŚĆ. KAŻDY KOMENTARZ MNIE CIESZY I ZA NIE RÓWNIEŻ SERDECZNIE DZIĘKUJĘ.