2026
Reykjavik. Czym zachwyca islandzka stolica oraz historia kubka
Ledwo sama sobie zadałam tytułowe pytanie a już wiedziałam, że odpowiedź na nie będzie trudna i zawiła, a już z całą pewnością nie odnajdziecie jej na tej garstce zdjęć, którą zrobiłam. W Reykjaviku spędziliśmy zdecydowanie za mało czasu, żebym mogła powiedzieć o nim coś konkretnego na podstawie tego, czego doświadczyłam, niemniej jednak bardzo chciałabym mieć Reykjavik w moim blogowym indeksie stolic. Byłam? Byłam! I nawet zrobiłam więcej zdjęć niż byłam pewna, że mam, bo wspominając islandzką stolicę w ogóle nie pamiętałam, żebym chytała za aparat.
Kościół nosi imię islandzkiego poety i duchownego luterańskiego Hallgrimura Peturssona. Przed kościołem stoi pomnik Leifa Erikssona, wikinga, syna Eryka Rudego, islandzkiego banity i założyciela normańskich osad na Grenlandii ( cytuję za Wikipedią ).
Po przylocie na Islandię i ulokowaniu się w mieszkaniu plan na wieczór był tylko jeden: iść na spacer do centrum i odnaleźć najbardziej znany i charakterystyczny zabytek architektoniczny nie tylko miasta ale całej wyspy, kościół Hallgrimskirkja. Nie było to trudne bo kościół widać z wielu punktów miasta i dotarcie do celu zajęło nam na tyle mało czasu, że zdążyliśmy zanim na dobre się sciemniło. Nie mogę tego niestety powiedzieć o reszcie spaceru bo ciemność nadeszła nagle i całkowicie nas zaskoczyła.
Reykjavik jest odmienny od innych stolic, w których miałam szczęście być, głównie za sprawą swojej raczej małomiasteczkowej zabudowy i kompaktowości. W moim odczuciu jest to raczej mała przytulna mieścinka, która w nocy tętniła życiem i gwarem co trochę mnie zdumiało, bo był przecież środek tygodnia. A tu nagle nie wiadomo skąd na ulicę wyszły tłumy, zapełniając restauracje i puby.
Małe drewniane domki, deptak będący główną arterią spacerową miasta, niewielkie sklepiki i galerie, Reykjavik to stolica unikalna w swoim stylu. Mieszkaliśmy jakiś kwadrans spacerkiem od centrum i pierwszym co mi się rzuciło w oczy a co pamiętam do dziś były pustki na ulicach. Wieczór był ciepły i słoneczny a my w drodze do miasta nie spotkaliśmy niemal nikogo. To pozwoliło mi przypuszczać, że w centrum też będzie spokojnie, ale nic bardziej mylnego bo w centrum panował gwar. Na szczęście nie ten ciężki i przytłaczający, typowy dla dużych miast i stolic, a którego raczej nie lubię, ale taki dodający energii i podrzucający do głowy pomysły typu: o! Skoro tyle osób wpadło na pomysł, żeby napić się wina w klubie z muzyką na żywo, to ja też tak chcę. Niestety rzeczywistość pokazała nam, że znalezienie wolnego stolika było trudniejsze niż nam się wydawało, i że są chwile w życiu, kiedy same chęci to za mało. Życie rozrywkowe islandzkiej stolicy stoi naprawdę na wysokim poziomie, był środowy wieczór a knajpy były pełne ludzi, niektóre - podejrzewam, że te najfajniejsze - do tego stopnia, że nie dało się nawet otworzyć drzwi. Może to właśnie tłumaczy fakt, że na ulicach było tak spokojnie, bo wszyscy wyskoczyli sobie do centrum na szklaneczkę lub kufelek.
Trochę żałuję, że nie miałam więcej czasu żeby zanurzyć się w Reykjaviku z dokładnością nie zostawiającą miejsca na niedosyt. Wróciliśmy tam co prawda rano w dniu wylotu ale tylko po to, żeby zjeść śniadanie i kupić kubek do mojej starbucksowej kolekcji. Staram się przywozić takie kubki z prawie każdego wyjazdu, niestety wpadłam na ten pomysł zbyt późno zatem braki w kolekcji mam spore. Mam też wymyślone przez siebie wymagania i raczej nie kupuję tych kubków tylko po to, żeby mieć. Ograniczam się do stolic albo miejsc wyróżniających się swoją wyjątkowością zatem od razu wiedziałam, że poszukam takiego kubka w Reykjaviku. Rzeczywistość podstawiła mi nogę już na starcie bo okazało się, że wszystkie kubki się wyprzedały i nowe będę dopiero we wrześniu, a była końcówka sierpnia. Miałam przed sobą islandzką przygodę, kolejne spotkanie z Anią i z Arkiem i perspektywę wspólnego spełniania marzeń co sprawiło, że o braku kubka szybko zapomniałam. Na szczęście idę radośnie przez życie z osobą, która spełnianie moich marzeń traktuje tak samo serio jak ja sama i całym sercem wspiera w realizacji planów, nawet tych najbardziej szalonych. Kiedy usłyszałam od sprzedawcy, że wszystkie kubki się wyprzedały i pojawią się ponownie dopiero we wrześniu, byłam pewna że tyczy się to raczej końcówki miesiąca. Wiecie jak to jest: kiedy coś ma się wydarzyć w jakimś miesiącu a nie mamy na to konkretnej daty to spodziewamy się, że będzie to raczej później niż wcześniej. Z Islandii wracaliśmy 2 września i chociaż wiem, że to już wrzesień, to jednak zaledwie jego drugi dzień. Jakie było moje zaskoczenie kiedy zostałam zawieziona pod Starbucks, niemal zmuszona do tego żeby iść i sprawdzić czy są kubki, bo ja w to oczywiście nie wierzyłam i co się okazało? Kubki były! Mój okrzyk szczęścia słyszeli w kawiarni chyba wszyscy, sporo osób miało też przyjemność zobaczyć taniec radości jaki odtańczyłam na ulicy, dzierżąc islandzki kubek w dłoni. Najśmieszniejsze jest to, że tyle trwało zdobycie kubka a teraz w ogóle z niego nie piję bo się boję, że mi się zbije a zdobycie nowego będzie trudne, z podobną czcią traktuję kubek z Ammanu 😊.
Mam nadzieję, że powyższa historia jest najlepszym wytłumaczeniem dlaczego chciałam żeby Reykjavik był bohaterem jednej z blogowych opowieści. Czasami za najbardziej błahymi wydarzeniami stoją najfajniejsze wspomnienia, teraz o akcji zdobywania kubka pamiętam ale kto wie, czy to samo będę mogła powiedzieć za kilkanaście lat? Aby temu zapobiec mam ją tutaj na piśmie i będę do niej wracać za każdym razem, kiedy wspomnienia zacznie przykrywać kurz albo znikną głęboko pod warstwą nowych wrażeń.
Zobaczyłam w Reykjaviku tyle ile się dało i na ile pozwolił mi czas, dopóki się nie ściemniło, ale co mam tym się dzielę. Z radością dopisuję Reykjavik do listy odwiedzonych stolic i chociaż było to spotkanie szybkie i krótkie to mam wrażenie, że zdążyłam się z Reykjavikiem zaprzyjaźnić.
Edit po kilku dniach: Wasze delikatne sugestie rozwiały moje wątpliwości dotyczące tego czy powinnam opublikować zdjęcie kubka. Zatem oto on, bohater całego zamieszania:
( Reykjavik, Islandia, 2025 r. )



Kościół jak rakieta kosmiczna!
OdpowiedzUsuńPiękny i sympatyczny ten Rejykjavik, a opowieść o kubku dowodzi, że małe naczynie może wywołać lawinę wspomnień, a jaki cenny jest!
Kościół faktycznie trochę kosmiczny i jak widać podróże potrafią przynieść mnóstwo wspomnień, także tych dotyczących wyposażenia kuchni 😀
UsuńZachwyciłam się tym kościołem. Wrócę jeszcze aby dokładnie przeczytać i obejrzeć wszystkie zdjęcia, bo widzę że stolica Islandii nie jest typową stolicą.
OdpowiedzUsuńDziękuję ...
Echhh Reykjavik, niby stolica a jednak skrzętnie ukryta w klimacie małego, przyjemnego do zwiedzania miasta. Chyba nie znam podobnej.
UsuńMiłego dnia i dziękuję, że tu zajrzałaś.
Tak jak obiecałam - przyszłam znowu. Tym razem zachwyciły mnie piękne drewniane domki - szczególnie ten niebieski....No i te pięknie pomalowane jezdnie na małych uliczkach...
UsuńA zaglądać do Ciebie bardzo lubię :-)
Też lubię islandzkie kolorowe domki, w Norwegii widziałam podobne i też się zachwycałam. Na tle przepięknej przyrody taka prosta zabudowa ciekawie się prezentuje i nie zakłóca harmonii.
UsuńZawsze mi miło Cię tu gościć, obiecuję zaglądać do Ciebie bardziej regularnie. Cieplutkie pozdrowienia.
Pięknie wpisuje się kościół w to miejsce. Wygląda jak zbudowany ze słupów bazaltowych, których na wyspie jest sporo. Miło się czyta takie opowieści jak ta o kubku, ale gdzie zdjęcie bohatera opowieści ? Pozdrawiam serdecznie :)
OdpowiedzUsuńA wiesz, że przez moment nawet myślałam o tym, żeby wstawić zdjęcie bohatera drugiej części wpisu ale później stwierdziłam, że średnio będzie pasować do reszty zdjęć.
UsuńMoże faktycznie edytuję wpis, dziękuję za podrzucenie pomysłu!
Udanego weekendu życzę Tobie i Asi i pozdrawiam serdecznie.
Z ciekawości zajrzałem raz jeszcze a tu pojawił się opisywany kubek :)
UsuńWczoraj dodałam zdjęcia kubka i zyskałam poczucie, że wpis jest teraz taki jaki być powinien 😃
UsuńZa każdym razem jak będziesz patrzeć na ten kubek, od razu będzie Ci się przypominać ta anegdotka, także nie sądzę, żebyś kiedykolwiek miała zapomnieć o tej fantastycznej przygodzie.
OdpowiedzUsuńCałkiem przyjemny ten Reykjavik. Piękna pogoda Wam się trafiła. Podejrzewam, że gdyby niebo było całkowicie zasnute chmurami, nie byłoby tam aż tak przyjemnie. A to, że wszystkie miejscówki były przepełnione jest prawdopodobnie wynikiem małomiasteczkowości tej stolicy. Nie ma tam zbyt wielu barów i klubów, więc wszyscy kumulują się w jednym miejscu. Podsumowując, fajna ta stolica Islandii. Może nawet powoli zaczynam się przekonywać do wpisania Islandii na listę podróżniczych marzeń.
Pozdrawiam gorąco :)
Otóż nie, bo zaskoczyła mnie ilość barów, knajpek i lokali gastronomicznych różnego typu, naprawdę jest w czym wybierać. I pomimo dużego wyboru wszędzie był tłok.
UsuńPróbowałam przed chwilą dodać zdjęcie kubka ale blogger ma dzisiaj chyba kiepski poniedziałek 😃.
Uściski z krainy zasypywanej właśnie świeżym białym puchem. Jest cudnie!
A to ciekawe. Może jakieś lokalne święto mieli? Albo po prostu wszystkich wymiotła z domu przepiękna pogoda?
UsuńPozdrawiam słonecznie, bo u mnie właśnie zrobiło się przepięknie wiosennie :)
Sama nie wiem... może Islandczycy właśnie w taki sposób spędzają wieczory a my się dziwimy, że puby pełne 🙂. Moja radość z białej zimy trwa i ma się dobrze do tego stopnia, że chyba pierwszy raz nie zazdroszczę Ci słońca 😃
UsuńJest bardzo dużo barów restauracji klubów w Reykjaviku, ale to zrobiło się kultowe miejsce dla Ameryki i Europy, dlatego tak trudno znaleźć wolny stolik.
OdpowiedzUsuńJa też czekałam na zdjęcie kubka.
Chociaż uważam, że równanie atrakcji tej stolicy z chęcią posiadania kubka, jest trochę infantylne. Ale ty jesteś tak dziewczęco radosna, że jestem w stanie to pojąć. Warto było pokazać salę koncertową Harpę dla pokazania nowoczesności miasta. Nie wspomnę już o spektakularnym muzeum Perlan, które pokazuje cuda islandzkiej przyrody, bo te widziałaś w naturze. A na muzea nie było czasu.
Tymczasem pozdrawiam z Brighton ❤️
Mam za sobą właśnie kilka prób dodania zdjęcia kubka, wszystkie nieudane bo blogger szwankuje. Spróbuję za jakiś czas.
UsuńNie będę ukrywać, że moim planem na Reykjavik było zobaczenie kościoła oraz kupno magnesu i kubka. Miałam świadomość tego, że bedziemy późno i raczej na nic więcej nie starczy nam czasu zatem nie nastawiałam się na intensywne i szczegółowe zwiedzanie. Cieszę się, że mimo wszystko udało nam się uszczknąć odrobinę więcej niż zakładał plan. Zestawiłam Reykjavik z historią kubka bo są już na zawsze nierozerwalnie ze sobą związane 😀.
Niezapomnianego pobytu w Anglii, bawcie się wyśmienicie!
Zdążyłaś jednak poszukać kilka ciekawych miejsc. Architektura kościoła na pewno robi wrażenie, choć takiej nie lubię, jednak inny by nie pasował do tego nowoczesnego miasta. Fajne są też drewniane domki i ogólnie panujący spokój. Najbardziej podoba mi się widok z ostatniego zdjęcia. Jednak jestem zawiedziona, że nie ma fotki bohatera czyli kubka. Chyba muszę zobaczyć go na własne oczy!
OdpowiedzUsuńPa, Monia:)))
Ostatnie zdjęcie zrobiłam nad ranem w drodze na lotnisko, gdzie mieliśmy odebrać samochód i spotkać się z Anią i Arkiem.
UsuńKubek z chęcią Ci pokażę a nawet pozwolę wypić herbatę 😀. Próbowałam dodać przed chwilą zdjęcie kubka ale blogger uparcie odmawia współpracy ale dalej będę próbować.
Pięknego poniedziałku Uleńka, mnie właśnie zachwyca śnieżyca 😀.
No, i się udało! Islandzki kubek na miejscu. Dzięki!
UsuńBardzo ciekawy kościół, surowy i trochę mroczny, ale podoba mi się.
OdpowiedzUsuńReykyavik jak na stolicę wygląda bardzo przytulnie, jak urocze miasteczko. Równiez mi się podoba. Co prawda w porównaniu z innymi miejscami, które można zobaczyć na Islandii, nie jest aż tak niezwykły, ale z przyrodą po prostu bywa trudno konkurować.
Podobnie jak przedmówczynie liczyłam na zdjęcie kubka :D
Ja pierwszego dnia w Wietnamie zobaczyłam breloczki, szydełkowe kapibary w wietnamskich kapeluszach, i wiedziałam, że muszę taki mieć i że muszę przywieźć też bratankom, tylko dla nich chciałam bez flag. Nie kupiłam wszystkich od razu, tylko się naszukałam pod koniec, ale misja została wykonana :D
Breloczek z szydełkową kapibarą w wietnamskim kapeluszu brzmi jak najfajniejszy prezent z podróży 😃. Przydałby mi się do mojego pęku kluczy.
UsuńA zdjęcie kubka jest, wczoraj dodałam, musiałaś przeoczyć 🙂
Podoba mi sie Reykjavik, wlaśnie ta malomiasteczkowść, te fajne domki, w takim klimacie czuję się bardzo dobrze. A kubek... rozumiem Twoją radość, ja mam kubek Starbucka z Houston , lubię go bardzo, jest blisko półlitrowy, takie lubię i niebiesko- biały, też lubię, rysunek to wieżowce miasta...
OdpowiedzUsuńTe europejskie starbucksowe mają niby 414 ml ale nie wiem czy to prawda bo śmieszna jest ta pojemność. No ale są niemałe i dla mnie herbaciary wystarczające 😃. Muszę kiedyś przeliczyć starbucksową kolekcję bo trochę już tych kubków mam.
UsuńReykjavik jest niesamowity patrząc na to, że to stolica, bo nie przypomina żadnej innej stolicy, w której miałam szczęście być. To raczej taka przytulna niewielka mieścinka, z niską zabudową.
Kościół rzeczywiście jak rakieta! Ależ Ci zazdroszczę tej podróży, tej Islandii i nawet perypetii z kubkiem. Uściski ♥️
OdpowiedzUsuńMonia, niezły wizjoner odpowiadał za projekt architektoniczny kościoła - inspiracja rakietą kosmiczną jest tu aż nadto oczywista ;-)) Dobrze, że miejska zabudowa nadaje kolorytu i klimatu stolicy Islandii. I choć rozumiem Twój niedosyt, to często nie jest to możliwe, by dotrzeć do wszelkich zakątków i oferowanych atrakcji. Czasem wynika to z faktu, że stolice miast są wielkimi aglomeracjami, a najczęściej niestety z braku czasu na wszystko, co chcielibyśmy zobaczyć.
OdpowiedzUsuńKubeczek śliczny, więc będzie przywoływał miłe wspomnienia :-))
Przesyłam Ci gorące pozdrowienia...
Anita
Kościół kosmiczny, a uliczki klimatyczne. Historie, jak ta z kubkiem wspomina się najmilej, też pamiętam swoje pamiątki przywożone z różnych miejsc. Generalnie nie jestem zwolennikiem durnostrojek, które zbierają kurz, ale... wiadomo, że zawsze są jakieś wyjątki. Bardzo lubię mojego gipsowego gargulca z Paryża, czy metalową paskudną skądinąd wieżę (stamtąd), skądś przywiozłam gliniany dzbanuszek, a skąd inąd mosiężny czajniczek (wszystko w wersji mini, bo nie mam zbyt wiele miejsca na wystawkę), ostatnio częściej przywożę po prostu widokówki i reprodukcje muzealne, zakładki do książek, czy coś do degustacji. A najwięcej pamiątek przywiozłam z Egiptu, bo wiedziałam, że raczej już tam nie wrócę, a zatem jest Annubis, posążek kociej bogini Bastet, jest głowa Nefretete świecąca w ciemności, onyksowa piramida i skarabeusz z malachitu i nawet kamyczek gdzieś znaleziony. Jak miło się wspomina miejsca, w których je kupiłam i to z czym mi się dziś kojarzą. A kubek - nie dziwię się, że nie chcesz go używać w obawie przed uszkodzeniem. Dostałam taką ładną filiżankę od mojej mamy chrzestnej i bardzo uważam, aby jej nie zbić, bo kojarzy mi się ona z Wiesią.
OdpowiedzUsuń