Nie płacz, że coś się skończyło. Ciesz się, że Ci się to przytrafiło. ( G.G. Márquez )

poniedziałek, 27 lipca 2015

Czepiam się szczegółów - Barcelona.


Czepiam się szczegółów, do czego przyznawałam się publicznie tutaj już nie raz. Może w życiu codziennym nie zawsze ma to zastosowanie, za to w podróżowaniu ta przypadłość objawia się ze zdwojoną mocą. Lubię się rozglądać i wyszukiwać mniejsze i większe szczegóły na które inni niekoniecznie zwracają uwagę.



Rozglądam się na boki, patrzę pod nogi, zadzieram wysoko głowę żeby znaleźć jak najwięcej drobiazgów i detali typowych dla danego miejsca. I pomimo tego, że bardzo się staram wiem, że i tak wiele mi umyka. Granica między patrzeniem a dostrzeganiem jest cienka ale za to różnica między tymi dwoma czynnościami bywa kolosalna - nad czym ubolewam. Bo czasem patrzę i nie widzę. Widzę a nie dostrzegam.


Miasta takie jak Barcelona, bogate w zabytki i cuda architektury, niestety skutecznie odciągają uwagę od wyszykiwania detali. Dobra wiadomość jest taka, że i detali w takich miejscach więcej. Kreatywność mieszkańców i artystów przybiera najróżniejsze formy, a niezgoda na szarą rzeczywistość wyraża się na wiele sposobów. Pomysłowość niektórych twórców naprawdę potrafi zaskoczyć.


Czasem jak widzę takie fajne płyty chodnikowe to z szacunku dla miejsca mam ochotę ściągnąć buty :).



Pamiętam, że w Barcelonie często miałam dylemat, czy coś jest jeszcze detalem czy już sztuką na wielką skalę.


Ja, używająca słowa JUPI zawsze kiedy się cieszę lub coś mi się podoba, byłabym ulicy Jupi idealnym mieszkańcem i jej godnym reprezentantem.



Nie wiem co to ma być ale ja tam widzę gałki oczne :).


Otóż to Moi Drodzy, otóż to...


czwartek, 16 lipca 2015

Dia del Carmen - święto rybaków. Fiesta w rytmie szumu fal.

Rzadko mi się zdarza, żeby umieszczać tutaj wpisy na bieżąco. Dzisiaj jednak moja "aktualność" osiągnęła poziom maksymalny bo zdjęcia są sprzed kilku godzin. Fakt ten skutecznie mnie mobilizuje do umieszczenia tego wpisu jeszcze dzisiaj. Za dużo ostatnio zdarzeń i rzeczy ciekawszych niż blogowanie, no ale dzisiaj jestem zmotywowana.


16 lipca to w Hiszpanii fiesta Virgen del Carmen - patronki rybaków oraz Sił Morskich Hiszpanii. Virgen del Carmen jest nazywana gwiazdą mórz, czyli Stella Maris. Tego dnia w wielu nadmorskich miejscowościach Hiszpanii odbywają się "morskie procesje", w których może wziąć udział każdy posiadacz łódki, kutra, jachtu lub skutera.




Na jednym z kutrów płynie figura Świętej Carmen, której towarzyszą księża oraz szczęśliwcy wytypowani do niesienia figury. Co chwilę słychać okrzyki "niech żyje Święta Carmen" a ku jej czci do morza wrzucane są kwiaty.



Pomimo tego, że z domu wyjechałam ze sporym zapasem czasowym, spóźniłam się na moment wypływania procesji. Zanim pokonałam wszystkie korki, znalazłam miejsce parkingowe i zorientowałam się w sytuacji 
( czyli dopytałam ludzi, gdzie mam iść ) procesja wypłynęła już na szerokie wody. Udało mi się ustalić, że za niecałą godzinę procesja wróci tam skąd wypłynęła, więc czas ten postanowiłam przeznaczyć na szukanie dobrego punktu widokowego. Co niestety nie było łatwe bo taki plan mieli wszyscy. Ale po raz kolejny sprawdziła się złota myśl, że małe to się wszędzie zmieści. Wykorzystując swój spryt, wzrost, umiejętność manewrowania w tłumie i - taka jest prawda - niebieskie oczy, koniec końców skończyłam obok pana z lokalnej tv.




Bardzo się cieszę, że w końcu udało mi się zobaczyć tę procesję. Wstyd się przyznać ale co roku o procesjach dowiadywałam się po fakcie, i co roku sama sobie sumiennie obiecywałam, że za rok 16 lipca pojadę nad morze. W tym roku się udało.




Udekorowane kwiatami, flagami i proporczykami łódki i kutry tworzą morski orszak, kórego centralnym punktem jest figura św. Carmen. Obserwujący wszystko z suchego lądu ludzie krzyczą, klaszczą i śpiewają pieśni ku jej czci. Kto jeszcze nigdy nie widział religijności w hiszpańskim wydaniu z pewnością byłby pewnymi zachowaniami bardziej niż zaskoczony.


Ja byłam w miejscowości San Pedro del Pinatar ale z tego co udało mi się wyczytać w wikipedii, to lista miejscowości, w których odbywają się procesje ku czci Św. Carmen jest długa. W San Pedro del Pinatar po procesji odbywała się msza święta w miejscu nietypowym jak na tę okoliczność, ale bliskim rybakom - a mianowicie w hali rybnej gdzie codziennie można kupić świeże ryby i owoce morza.



Po procesji poszłam sobie jeszcze na spacer deptakiem w głąb morza. Sama się sobie dziwię, że upał skutecznie nie wybił mi z głowy tego pomysłu. Szkoda mi jednak było wracać do domu skoro już tak fajnie rozpoczęłam dzień.


niedziela, 5 lipca 2015

Czerwcowo - rowerowo.


Wiem, dawno nie było rowerowego wpisu. Nie znaczy to, że na rowerze nie jeździłam. Bo co prawda z różną częstotliwością ale rower był obecny w mojej codzienności. Kilka razy już wspominałam, że bez roweru nie ma życia. Nadal tak uważam, w tej kwestii nic się nie zmieniło, a to zdanie jest jednym z moich mott.


Najczęściej jednak jeździłam w miejsca już tu pokazane i przeważnie nie zabierałam aparatu. Ostatnio jednak skorzystałam z zaproszenia znajomych i trochę czasu spędziłam nad morzem. Tamtejsze trasy rowerowe zasługują na to by je pokazać a Wy zasługujecie na to, by je zobaczyć :).




Sprzyjające warunki atmosferyczne oraz zachwycające okoliczności przyrody zachęcały do częstej eksploatacji dwóch kółek. A możliwość odkrywania nowych szlaków i podziwiania ich z perspektywy siodełka była wystarczającą motywacją by rower był priorytetem w planowaniu dnia.





Bliskość morza sprawiała, że to właśnie wzdłuż wybrzeża wiodła większość moich tras. Pomimo tego, że wychodziłam z domu z mocnym postanowieniem zmiany trasy to i tak jechałam w stronę wody. Winą za to obarczam fakt, że morze widziałam praktycznie jak tylko wyszłam z domu. W drugiej kolejności winna jest moja słaba wola.


No ale z perspektywą takich widoków wygrać ciężko. I trudno walczyć, bo i po co...



Nie jestem fanką monotonii ale w tym wypadku powtarzalność widoków była zaletą i utwierdzała mnie w tym, że decyzja o nie zmienianiu trasy była jedyną właściwą. Pomimo tego, że widoki miałam codziennie takie same i praktycznie nic się nie zmieniało - to uwierzcie mi - przyjemność z jazdy w takich okolicach rosła z każdym dniem.



Ilość wypedałowanych endorfin wykazywała tendencję wzrostową, co być może było skutkiem tego, że znając już trasę mogłam się skupić na zachwycaniu się a nie na pilnowaniu żeby nie zabłądzić i bez problemu znaleźć drogę do domu...