Nie płacz, że coś się skończyło. Ciesz się, że Ci się to przytrafiło. ( G.G. Márquez )

niedziela, 30 listopada 2014

Wrocław. Marszobiegiem wokół rynku.


  Do Wrocławia "wpadliśmy" dosłownie na chwilę wracając w sierpniu z wakacji. Gonił nas czas i wstyd się przyznać ale naszym głównym celem było zjedzenie obiadu i wypicie wedlowskiej czekolady. W zeszłym roku wracając z Pragi zrobiliśmy podobnie z tą tylko różnicą, że czasu mieliśmy tyle, że starczyło i na obiad, i na czekoladę i jeszcze na spacer po starówce. Niestety aparat ze zdjęciami padł ofiarą złodzieja i tyle je widziałam.




Kiedy reszta załogi grzecznie czekała na zamówione przez nas dania ja ruszyłam wokół rynku. Marszobiegiem. Podziwiałam kamienice, szukałam krasnali i chciałam odzyskać chociaż część skradzionych kadrów.




Z mojego pierwszego pobytu we Wrocławiu doskonale pamiętam radość z faktu, że tu jest dokładnie tak jak sobie wyobrażałam. Że nie będzie rozczarowania. A moje przekonanie, iż będę zachwycona architekturą, atmosferą i detalami sprawdziło się w zupełności.




No ja jak to ja lubię zajrzeć wszędzie. Dlatego strasznie mnie deprymuje świadomość braku czasu która tamtego dnia była moim nieodłącznym towarzyszem. Tak czy siak cieszę się z tego krótkiego i szybkiego spaceru aczkolwiek niemożność zatrzymywania się wszędzie tam gdzie bym chciała i na tyle na ile bym chciała psuła mi trochę radość z chwili.


Szkoda, że nie miałam czasu aby po prostu iść przed siebie, zatrzymywać się tam, gdzie będę chciała, pozaglądać do bram i sklepów, przyglądać się ludziom i podpatrywać życie ulicy.



Wrocław rozbrzmiewał wieloma językami, radosną salsą i nostalgicznym jazzem. Aromaty unoszące się z kawiarni i restauracji cudownie łaskotały podniebienie. To miasto zasługuje na powolną się nim degustację i mam świadomość, że ten mój marszobieg jest wobec Wrocławia ogromnym przewinieniem. No ale cóż Drogi Wrocławiu - inaczej się nie dało...



Czytałam w internecie wiele negatywnych opinii na temat tej fontanny. Zdaję sobie sprawę, że mieszkańcy mogą być bardziej krytyczni i mają do tego prawo - mnie jako turystce fontanna się podoba.


Ubolewam nad faktem, że nie znalazłam więcej krasnali. W zeszłym roku nasze poszukiwania były bardziej owocne bo mieliśmy czas żeby zajrzeć w więcej miejsc, uważniej się rozglądać i niejednokrotnie pytać mieszkańców o to, gdzie się pochowały krasnoludki. 


Ale ja tam jeszcze wrócę i wtedy wytropię wszystkie krasnale. Co do jednego. Żaden się nie ukryje.


czwartek, 20 listopada 2014

Najpyszniejsze miejsce w Barcelonie - La Boqueria.



La Boqueria to uczta dla zmysłów. Wszystkich. Ten najbardziej znany w Barcelonie, a może i w całej Hiszpanii targ zaspokoi nawet najbardziej wybredne żywieniowe gusta i poskromi największe apetyty.



Byłam na targu wcześnie rano, Barcelona dopiero co wybudziła się ze snu, podpatrywałam więc sobie pracę dostawców i sprzedawców i jakoś nie miałam śmiałości robić zdjęć. Jednakże w mgnieniu oka targ zapełnił się klientami i turystami. Dla mieszkańców Barcelony to miejsce handlowe a dla przyjezdnych takich jak ja atrakcja turystyczna. Szybko wyciągnęłam aparat i wmieszałam się w tłum bo jak się okazało robienie zdjęć w Boquerii jest jak najbardziej na porządku dziennym. Nikogo nie dziwi robienie zdjęć serowi lub kiełbasie.




Owoce we wszystkich kolorach tęczy, najróżniejsze rodzaje serów, świeże warzywa, wędliny suszone, wędzone i peklowane, oliwki, przyprawy z najdalszych zakątków globu, ryby i owoce morza praktycznie "prosto z morza", orzechy, bakalie, oliwa z oliwek, pieczywo i słodycze. Brzmi jak raj?





  Nie wiem jak to możliwe, że są ludzie, którzy w miejscach takich jak to potrafią stwierdzić, że już samym patrzeniem można się najeść. U mnie tak to nie działa, ba!, u mnie nawet zasada ta działa zdecydowanie odwrotnie. Wszelkiego rodzaju bazary i targowiska rozbudzają mój apetyt i choć bym nie wiem jak była najedzona to nie ma możliwości żeby nie znalazło się miejsce na coś jeszcze.






W moim przypadku szansa na to, że kiedykolwiek najem się patrzeniem jest tak nikła, że póki co nawet nie jestem w stanie sobie tego wyobrazić. Mało tego - wcale bym nie chciała. Uwielbiam jeść i korzystam z każdej sposobności by to czynić. Mhmm nikogo nie powinien zatem dziwić fakt, że bez roweru byłoby ze mną kiepsko :).


Stoiska ze słodyczami były tymi przy których zatrzymywałam się najczęściej. I na najdłużej. Po czym ukradkiem wycierałam ślinę i ruszałam w poszukiwaniu kolejnego słodkiego stoiska.



Zmysły wariują od nadmiaru bodźców wszelakich. Spacer po La Boquerii cieszy oko i cudownie łaskocze podniebienie a gruczoły ślinowe pracują na zwiększonych obrotach. 



W La Boquerii można również wypić kawę i zjeść śniadanie np. w postaci przekąsek przyrządzonych z dostępnych na targu składników. Z własnego doświadczenia wiem, że w takim miejscu apetyt dopisuje a pojęcia takie jak dieta lub dbanie o sylwetkę nie mają racji bytu. Bo dietę można zacząć po powrocie do domu a Boqueria może się już więcej nie powtórzyć...


wtorek, 4 listopada 2014

Październikowo - rowerowo.

Pod względem eksploatacji roweru w październiku dużo się działo. Dwa kółka były środkiem transportu najczęściej przeze mnie używanym, co było miłą odmianą po ostatniej rowerowej przerwie, kiedy to omijałam rower szerokim łukiem - aczkolwiek w myślach towarzyszył mi cały czas :).



Sprzyjała pogoda, dopisywał humor i samopoczucie, a jeżeli zawodziła mnie któraś z rzeczy które przed chwilą wymieniłam to i tak wskakiwałam na rower aby sobie wypedałować pierwiastki szczęścia.




Jeździłam przez wioski, miasteczka i miasta, po ścieżkach rowerowych, mostach i wąskich klimatycznych uliczkach. Pobiłam osobisty rekord kilometrów przebytych podczas jednego dnia ( tzn. w ciągu czterech godzin ) i chcąc dotrzymać kroku profesjonalnym rowerzystom - rekord prędkości ( ale nie trwało to długo :) ).



Zmieniały się krajobrazy, zmieniała się pogoda. Jedyne co się nie zmieniało to radość z jaką wskakiwałam na rower. Udało mi się odkryć kilka fajnych ścieżek i nowych zakątków, które tylko rozbudziły mój apetyt na więcej. Czasem bywało tak fajnie, że nie miałam ochoty na powrót do domu i gdyby nie fakt, że czeka mnie droga powrotna, to mogłabym tak jechać w nieznane bez końca.




Już dawno nie miałam tak obfitego w rowerowanie miesiąca. Szukanie wymówek na to, żeby jednak nie iść na rower - bo za ciepło, bo wiatr, bo ciemne chmury, bo mi się nie chce, bo wolę sobie z książką poleżeć - ustąpiły miejsca szukaniu wszystkich "za" żeby jednak iść - bo pogoda fajna, bo mam nadmiar energii, bo kalorie, a książkę zawsze mogę zabrać ze sobą i poczytać gdzieś po drodze w fajnym miejscu.



Bywało cicho i spokojnie, bywało tłoczno i gwarnie, w kierunku dobrze mi znanym ale też po prostu przed siebie, kiedy to skręcałam w nieznane a nadzieja, że dotrę w fajne miejsce okazywała się silniejsza niż obawa przed tym, że się zgubię.


Świat widziany z perspektywy dwóch kółek ma całkiem inny wymiar.