Nie płacz, że coś się skończyło. Ciesz się, że Ci się to przytrafiło. ( G.G. Márquez )

wtorek, 29 kwietnia 2014

Calblanque - apogeum zachwytu.


  Zachęceni namowami sąsiadów, którzy nie mogli uwierzyć, że my - tak lubiący spędzać wolny czas gdzieś w plenerze - jeszcze tam nie byliśmy, wpisaliśmy Calblanque na listę miejsc do zobaczenia. I pewnego pięknego dnia daliśmy temu miejscu szansę, pomijając inne kierunki, zapisane na wcześniejszych pozycjach.  Szczerze mówiąc zaintrygowało nas to, że wszyscy zgodnie twierdzili, że to jedna z najpiękniejszych miejsc w regionie. Ta jednogłośność wydała nam się podejrzana a jednocześnie była dla Calblanque najlepszą rekomendacją.




  Przyznaję z czystym sumieniem, że Calblanque pokochałam od pierwszego wejrzenia. Miłością czystą i szczerą, która opętała mnie do tego stopnia, że nigdzie indziej nie mam ochoty jeździć. Tylko tam! Kilka małych i dzikich plaż, znajdujących się w środku górzysto - piaszczystej dziczy. I to jest w tym najcudowniejsze. Cisza, spokój a dookoła widoki takie, że serce szybciej bije...


  W pobliżu nie ma żadnej infrastruktury, sklepów ani barów co skutecznie zniechęca plażowiczów do przyjazdu tam. Bywalcami Calblanque są tacy jak my, dla których priorytetami są cisza, krajobrazy pozwalające chociaż na chwilę oderwać się od rzeczywistości oraz możliwość swobodnego puszczenia Mili bez obawy, że będzie komuś przeszkadzać. Gdy tam byliśmy to ilość psów była zbliżona do ilości ludzi. Wszystkie biegały sobie radośnie, bawiły się i pływały.


  Plaża zachwyca - to jedno. Ale okolica w jakiej się znajduje jest naprawdę przepiękna. Skaliste wybrzeże, góry w oddali, preria a nawet pustynia. I jak tu nie być w siódmym niebie kiedy natura raczy naszą duszę takimi widokami, nad głową mamy oszałamiający błękit a w sercu - pomimo kwietnia - maj...





  Plan na dzień miałam taki, że koc, książka i relaks. Już na początku okazało się, że szanse na jego realizację są raczej marne bo momentalnie włączył mi się tryb "powsinoga". Mój wierny przyjaciel dający o sobie znać systematycznie i często. Zaopatrzona w aparat i Milę zostawiłam Marcina w towarzystwie "Angory" a sama ruszyłam na zwiady. Przysięgam, że chciałam tylko wejść na skały żeby rzucić okiem na horyzont, po czym wrócić do Marcina. Na górze okazało się, że to co widzę warte jest bliższego poznania i że ja muszę tam być koniecznie.




Byłam zachwycona tym co widzę a szybkość i różnorodność zmieniającego się krajobrazu wywoływała ekscytację, która pchała mnie do przodu. Nie przerażał mnie fakt braku picia ani żar lejący się z nieba. Bo Mo. miała tylko jeden priorytet - dotrzeć wszędzie. I to dzisiaj. Bo co, jak może jednak więcej tu nie przyjadę a chwilę po tym, jak zawróciłabym z drogi moim oczom ukazałby się najpiękniejszy widok w moim życiu? Na takie ryzyko nie byłam gotowa.




  Pewnie tak bym sobie szła i szła gdyby nie brutalna rzeczywistość, która tego dnia dała o sobie znać zepsutym butem. Brak podeszwy był wystarczającym argumentem, żeby zawrócić. Na szczęście droga wiodła przez pustynię, tzn. drogi jako takiej nie było, poprostu sama ją sobie wytyczałam idąc. W jednym bucie ( żeby zminimalizować ukąszenie przez węża albo atak innego robala o 50%, bo właśnie wtedy zaczęłam sobie wmawiać, że tu pewnie ich miliony i wszystkie tylko czekają, żeby mnie w tę bosą stopę ukąsić :) ), zlana potem i zmęczona dotarłam wreszcie do punktu wyjścia. Marcin nie był zaskoczony bo dobrze wie, czego się może po mnie spodziewać. Wróciłam półbosa ale maksymalnie szczęśliwa. I maksymalnie zachwycona. Z apetytem na powrót tam rozbudzonym do granic możliwości.


niedziela, 20 kwietnia 2014

Wielka Niedziela. Domingo de la Resurrecciòn.

  Dzisiejszą procesją Hiszpanie zakończyli obchody Wielkiego Tygodnia. Czyli tutaj praktycznie już po Świętach. Wiem, że w innych regionach z pogodą bywało różnie, z powodu deszczu nie wszędzie odbyły się procesje. W Murcji pogoda obłędna, podobno od siedmiu lat nie zanotowano na Wielkanoc tak wysokich temperatur a lotnisko w Alicante pobiło rekordy jeśli chodzi o liczbę turystów. Dopisała pogoda więc i dopisały humory, bo muszę zaznaczyć że Hiszpanie bardzo poważnie podchodzą do wielkotygodniowych procesji i na długo przed Wielkanocą temat obaw o pogodę często pojawia się w rozmowach. 




  Pomimo tego, że na procesję się spóźniłam - nie mogłam zwlec się z łóżka a wszystko zaczynało się o 8.30 - udało mi się znaleźć miejsce z fajną widocznością, i to w dodatku siedzące. Co prawda w pełnym słońcu ale cóż - cień był dobrem deficytowym dzisiaj...


  Dla Hiszpana to honor i wyróżnienie móc nieść jedną z figur. Kiedy żar leje się z nieba niesienie na ramieniu takiego ciężaru to nie lada wyczyn.





  Już kilkanaście razy miałam okazję uczestniczyć w takich procesjach i nadal nie mam dość. Lubię świętowanie i uczestniczenie w tradycjach mejsc, w których jestem i korzystam z każdej sposobności na poznanie zwyczajów i kultury. Uważam, że obyczaje i tradycje dużo mówią o ludziach. Wielki Tydzień w Hiszpanii obchodzi się hucznie i z rozmachem, jest to świetny czas żeby poznać kraj i jego mieszkańców z zupełnie innej strony.




Męskie nogi w tych bamboszkach i ażurowych rajstopkach przyciągają uwagę.



Ta koza była przeurocza - przychodziła się przytulać i domagała się pieszczot.





  A na koniec poszłam sobie jeszcze na plac katedralny bo bardzo lubię to miejsce. A w dniu takim jak dziś ma specyficzny i odświętny klimat.



  W czasie kiedy u Was na stołach królują jajka, żurek, mazurki i babki ja zjadłam na świąteczny obiad jedną z regionalnych potraw - michirones - czyli gotowany bób z boczkiem i chorizo. Uwielbiam! Dawno już nie jadłam więc z wielkim aptytem wciągnęłam dużą porcję :). Jutro jeden dzień wytchnienia, a już we wtorek Murcja ponownie zaczyna wielkie świętowanie - zaczynają się dni regionu. Czyli codzienne fiesty, parady, koncerty oraz regionalne przysmaki. Dzisiaj zjadłam bób ale już mam zaplanowane menu na kolejne dni :).


niedziela, 13 kwietnia 2014

Niedziela Palmowa w hiszpańskim wydaniu. Domingo de Ramos.

  Dzisiaj rozpoczął się najważniejszy okres w życiu każdego Hiszpana - Wielki Tydzień. Na jego obchody, a zwłaszcza procesje, czeka się cały rok. Żadnych innych Świąt nie obchodzi się tutaj tak hucznie.


  Nie jest istotne czy ktoś jest wierzący czy nie. Wielkotygodniowe procesje są ważnym elementem w hiszpańskiej kulturze. Wszystko zaczyna się w Niedzielę Palmową, czyli dzisiaj. U mnie dokładnie chwilę temu się zaczęło :). Jeszcze mi w uszach dzwonią orkiestrowe instrumenty a serce bije w rytm uderzeń bębniarzy...





Nie sposób się nie uśmiechnąć na widok tej dziewczynki...












Mój ulubieniec. Od najmłodszych lat dzieci oswajane są z tradycjami a widok maluchów w takiej procesji napełnia mnie zawsze ciepłymi uczuciami.


  
  I nie ważne czy ktoś jest wierzący czy nie, czy Wielkanoc jest czasem wyjątkowym czy poprostu takim jak zwykle - Wielki Tydzień to fajny czas, żeby przyjechać do Hiszpanii. Nie trzeba przeżywać duchowo wielkotygodniowych procesji aby przekonać się, że Wielkanoc to wyjątkowy czas w życiu Hiszpanów. A dla przyjezdnych to świetna okazja żeby poznać inne zwyczaje. Bo pomimo tego, że religia ta sama to jednak świętowanie w hiszpańskim wydaniu wygląda trochę inaczej. Przede mną moje ulubione procesje, w Wielki Czwartek i w Wielki Piątek, a także Droga Krzyżowa w środę. 

Ktoś taki jak ja będzie miał od nadmiaru wrażeń gęsią skórkę i zaszklą mi się oczy...