Nie płacz, że coś się skończyło. Ciesz się, że Ci się to przytrafiło. ( G.G. Márquez )

poniedziałek, 31 marca 2014

Virgen de la Fuensanta - niedzielna kawa w Sanktuarium.

  Jak przystało na porządnych obywateli - bo to była niedziela - postanowiliśmy odwiedzić miejsce święte. Fuensanta to sanktuarium najbardziej znane w całym regionie i jedno z najchętniej odwiedzanych miejsc pielgrzymkowych w Hiszpanii. Patronkę sanktuarium - Virgen de la Fuensanta - można spotkać na świętych obrazkach, medalikach , ozdobnych talerzach lub magnesach na lodówkę.





  Bywa, że jest tam tłoczno, najbardziej w wolne dni i w weekendy. W dni świąteczne, np. te specjalnie poświęcone patronce sanktuarium, miejsce zapełnia się wiernymi chętnymi oddać cześć Tej, która czuwa nad regionem. Większość osób, które przyjeżdżają do Fuensanta, ma jednak cel taki jak nasz - przejść się po lesie i wypić kawę z widokiem na kościół.




  Praktycznie przed samym kościołem znajduje się kawiarnia, najczęściej wszystkie stoliki są zajęte, co jednak nie jest żadną przeszkodą, bo kawę można wypić na schodach, na przykościelnym murku albo na punkcie widokowym. Atmosfera najczęściej przypomina piknik a magię miejsca świętego można poczuć jedynie we wnętrzu świątyni.



  Fuensanta znajduje się na wzgórzu, widać ją już z daleka, jest otoczona lasem i żeby tam dotrzeć trzeba pokonać serpentynową trasę z pięknymi widokami na okolicę. Nie brakuje miejsc piknikowych ze stołami i ławkami, w weekendy już z daleka czuć zapach grillowania, słychać krzyki i śmiechy. Po drodze mijają nas biegacze i rowerzyści, wesoło biegają psy. To świetne miejsce na wypad poza miasto, z fajnymi ścieżkami, ściankami wspinaczkowymi i miejscami na rozłożenie koca. Ci, którzy po tym miejscu spodziewają się atmosfery znanej z Jasnej Góry mogą być nieco rozczarowani. Oddawanie czci miejscom świętym w Hiszpanii jest trochę odmienne od tego nam znanego. I chyba bardziej mi się podoba.





  Nie byłam tutaj nigdy w dniu święta kościelnego ale z obserwacji poczynionych podczas niejednego pobytu tam wiem, że celem większości nie jest kościół, ale właśnie tereny "przykościelne". Wypicie kawy w widokiem na sanktuarium i na okolicę, spacer z rodziną lub spotkanie się ze znajomymi - to są właśnie główne motywy przyjazdu do Fuensanta. I wcale się nie dziwię - miejsce jest fajne, na tyle blisko od miasta że da się dojechać w pół godziny, można pospacerować i pooddychać świeżym powietrzem. Znam takich, dla których wypicie kawy z widokiem na Sanktuarium jest coniedzielnym rytuałem i okazją do spotkania się z najbliższymi.


  Ale żeby nie było, są też tacy, którzy przyjeżdżają do Fuensanta by prosić o wparcie w trudnych chwilach, kiedy to Virgen de la Fuensanta zdaje się być ostatnią deską ratunku. Nie brakuje par, które aby złożyć sobie przysięgę małżeńską u stóp patronki, wpisują się na długą listę i czekają nawet półtora roku. Miejsce jest bardzo ważne dla mieszkańców regionu i bardzo często wplata się w ich codzienność. Niekoniecznie dają temu wyraz uczestnicząc we mszy świętej co nie zmienia faktu, że nie wierzą w cudowną moc Virgen de la Fuensanta.

wtorek, 25 marca 2014

Bez roweru nie ma życia - Archena.

  Uzależnienie od roweru daje ostatnio o sobie znać systematycznie. Czyli codziennie. A że jest to nałóg przyjemny i dający wiele radości, to sobie go pielęgnuję. Przemierzam bliższą i dalszą okolicę zostawiając za sobą ślady dwóch kół...




  Takim samym szczęściem przepełnia mnie pokonywanie znanych tras jak też odkrywanie nowych ścieżek. Muszę się tylko pilnować, żeby nie przesadzić z długością wycieczki - już nie raz tak się zdarzyło, że wracałam do domu ostatkiem sił. Ilość wypedałowanych endorfin przesłania mi racjonalne myślenie i takie gospodarowanie siłami, żeby ich jeszcze starczyło na drogę powrotną.




  Na całe szczęście jak do tej pory zawsze wracałam :). I niech tak już zostanie. Co prawda zawsze mam ze sobą jakieś pieniądze - na autobus lub w ostateczności taksówkę, aczkolwiek wierzę w to, że skorzystam z tego w ostateczności. A ostatecznością są dla mnie jedynie problemy techniczne a nie problemy kondycyjne, do których zaliczam brak możliwości ustania w pionie spowodowany brakiem sił :)




  Tego dnia przejechanie 20 km w jedną stronę to było dla mnie za mało. Postanowiłam jeszcze zrobić sobie małą wędrówkę i wejść na najwyższy punkt miejsca gdzie dotarłam. Wlazłam, usiadłam...i opadłam z sił :). Całe szczęście żelkowie misie i dwie gruszki postawiły mnie na nogi, od dawna wiem, że misie to jest to! Chociaż pewnie znajdą się lepsze i zdrowsze sposoby na regenerację, aczkolwiek ja wolę uskuteczniać te smaczniejsze :).




  Nie wiem czy to jest normalne, żeby ilość energii rosła z każdym przepedałowanym kilometrem, ale mam wrażenie, że tak. Odczuwane zmęczenie i brak sił idą w zapomnienie kiedy tylko wsiądę ponownie na rower. Pedałowanie staje się swojego rodzaju mantrą a ja tradycyjnie nie skupiam się na jeździe tylko na tym, co dookoła mnie. To skutecznie zagłusza zmęczenie i wybija z głowy kłębiącą się myśl, że skoro oddaliłam się od domu o 20 km to dokładnie tyle samo muszę pokonać, żeby do tego domu wrócić. Mogłabym co prawda pokusić się o szukanie skrótu ale wiem, że w moim przypadku odniosłoby to skutek odwrotny od zamierzonego :).



  Teraz miałam kilkudniową przerwę w rowerowaniu ( bo byłam w Sevilli jupi jupi jej! ) ale wiem, że jak tylko wsiądę na rower to tradycyjnie dadzą o sobie znać hurtowe ilości endorfin. A przed ruszeniem w drogę powrotną pewnie opadnę z sił. Taka moja mała, rowerowa rutyna :).

piątek, 14 marca 2014

Pico Quibas. A na deser paella.

  Kiedy budzik o siódmej wyrwał mnie z błogiego snu w pierwszym odruchu miałam ochotę nakryć się kołdrą i udawać, że nic nie słyszę. Spać poszłam o drugiej więc po przespaniu pięciu godzin odczuwałam ochotę przespać kolejnych tyle. Do mojej świadomości zaczęło powoli docierać, że przecież mam fajne plany na dzisiejszy dzień, co zdecydowanie ułatwiło mi opuszczenie miejsca tak cudnie pachnącego snem...




  Nie wiedziałam czego się spodziewać, wiedziałam jedynie, że czeka mnie chodzenie po górach. Miałam tylko nadzieję, że nie będą to zbyt wysokie szczyty i że podołam. Przez hiszpańskich znajomych wkręciłam się w grupę górskich zapaleńców, i nie chciałam wyjść na słabeuszkę już podczas pierwszej wyprawy. Co innego podczas drugiej, ale dać plamę podczas debiutu to by była plama na moim honorze :).


  Na szczęście celem dnia był Pico Quibas, nazywanie tego szczytem jest moim zdaniem szczytem przesady :). Albo zaszczytem dla tego szczytu, bo wysokość 966 m n.p.m. raczej nie robi wrażenia. Za to widoki robiły. A ja robiłam zdjęcia. Mnóstwo zdjęć. I zostałam mianowana fotografem wypraw :).




  Piątkowy wieczór spędziłam w tym samym gronie więc miałam okazję posłuchać trochę o wyprawach. Może nie w żadne Himalaje ani w Alpy, ale w Pireneje to już tak. Albo do Sierra Nevada. Mam nadzieję wziąć udział w jednej z takich weekendowych wypraw bo towarzystwo bardzo fajne i z entuzjazmem zareagowali na kolejną osobę chętną do łażenia - mnie. I nawet poznałam osoby, którym zdarzyło się zawracać w połowie podejścia na górę albo zostawać gdzieś po drodze i czekać aż reszta wejdzie i zejdzie - co jeszcze bardziej zachęciło mnie do przyłączenia się do grupy. Ta bezcenna świadomość, że może w razie czego będę miała towarzystwo do schodzenia w dół zanim dotrę na górę dodała mi skrzydeł :).





  Pogoda była taka sobie, bardzo wiało, ale sprawny marsz skutecznie podnosił temperaturę. Cały czas maszerowaliśmy ze świadomością, że może zacząć padać i jedyne co nas może trochę ochronić przed deszczem, to własne kaptury. Na szczęście deszcz widzieliśmy w oddali jedynie, u nas było chłodno ale sucho.




  Naprawdę spędziłam fajnie dzień, z sympatycznymi ludźmi, miałam wrażenie, że znam te osoby od lat. Pico Quibas okazało się takie w sam raz na pierwszy raz. Co prawda takie górki nie są mi obce ale w takiej zorganizowanej hiszpańskiej grupie szłam pierwszy raz. Po dotarciu do celu zorganizowaliśmy sobie mały piknik - były oliwki, sery, kanapki, hiszpańska szynka - jamon, owoce i słodkości. Jak na 966 metrów to kuchnię mieliśmy świetnie zaopatrzoną.


  Zawsze fajnie na mnie działa przebywanie wśród ludzi z pasją. Jednym z uczestników naszej wędrówki był tata jednego kolegi, przemiły człowiek i bardzo sympatyczny. Całe życie związany z jednym regionem Hiszpanii od małego przemierzał okolicę. Zna mnóstwo fajnych historii i ciekawostek, mogłabym Go słuchać w nieskończoność. Dużo wiedzieć o Świecie to jedno, ale umieć o tym opowiadać tak, że każdy chce słuchać, to już naprawdę wartościowy dar.



  Obiad zjedliśmy w wiejskim domu rodziców jednego kolegi. Jego Mama, Maria,( żona tego Pana, co tak pięknie opowiada ) zaprosiła wszystkich na paellę. Myśl o jedzeniu tej pyszności towarzyszyła nam przez całą drogę w dół, co chwilę przewijała się w rozmowach, a jak się zaczęła psuć pogoda, to nikt się nie martwił, czy zdążymy do domu przed deszczem, tylko czy przed deszczem zdążymy na paellę :). Uwielbiam być jedynym obcokrajowcem w grupie i gościem w nowym miejscu - zawsze dostaję największe porcje :). I je zjadam. I to zanim pomyślę, że może by tak zrobić zdjęcie...Następnym razem powstrzymam obżarstwo i zrobię. Napewno zrobię. Ta paella to było niebo w gębie, idealna w smaku i w konsystencji, ze wszystkimi moimi ulubionymi dodatkami...A na deser truskawki.


To była naprawdę udana sobota!

piątek, 7 marca 2014

...y yo a Puerto de Mazarrón.

  Znów plaża po sezonie. I znów wróciłam zachwycona. Cisza, spokój. Oprócz mnie praktycznie nikogo, nie licząc dwóch przemiłych wędkarzy, którzy mi się pożalili, że ryby dzisiaj kiepsko biorą. Kurorty poza sezonem są naprawdę wyjątkowe, już niedługo wszystko się zmieni na niekorzyść i będzie tłoczno, głośno i niespokojnie. Więc póki mogę cieszę się plażą tylko dla mnie i uśpionymi ulicami. Jest tak jak lubię najbardziej.




  Wrażenie uśpienia potęgowała trwająca siesta. Na szczęście kiedy już kończyłam spacer i szłam na spotkanie z Anią z Sevilli na ulicach zaczęli pojawiać się ludzie i już nie miałam wrażenia, ze jestem sama. Zbliżała się pora kolacji co skutecznie wyciągnęło ludzi z domów a mi dało nadzieję, że jednak z Anią nie umrzemy z głodu. Bo jak zaczynałam spacer to szczerze mówiąc byłam trochę zszokowania poziomem uśpienia Puerto de Mazarrón. Dźwięk podnoszonych żaluzji i wystawianych stolików był w tamtym momencie najładniejszą melodią...oto co głód robi z człowiekiem.





  Ania z Sewilli była moim głównym powodem wypadu do Puerto de Mazarrón. Początek internetowej znajomości szybko zaowocował spotkaniem, Ania była akurat tam, a ja do niej dojechałam. Spędziłyśmy super wieczór, było tak fajnie, że nawet nie myślałam o robieniu zdjęć. Poziom radości we krwi miałam naprawdę wysoki, ilością zbliżony do ilości krewetek w żołądku :). Następnego dnia spotkałyśmy się jeszcze raz, tym razem w Alicante, i było jeszcze fajniej a ja dawno się tak nie uśmiałam. Szkoda tylko, że nie mogłam napić się winka, no ale dziewczyny, jeśli to czytacie, to pamiętajcie - następnym razem nadrobię wszystko, nie martwcie się :). I teraz zapraszam do mnie.


  Zrobiłam sobie fajny spacer brzegiem morza, doszłam do punktu widokowego, wyżyłam się fotograficznie po czym ruszyłam z powrotem. Wracając zaszyłam się trochę w wąskich ulicach w poszukiwaniu życia, ale bez skutku. Tylko gdzieniegdzie poczułam zapach przygotowywanego jedzenia albo usłyszałam fragment rozmowy, a tak to było zupełnie cicho...Podczas spaceru spotkałam może ze cztery osoby, z czego dwie jechały na tandemie :). Super!




  Uwielbiam takie małe kościółki, szkoda tylko że był zamknięty bo z chęcią weszłabym na chwilę i powdychała ten specyficzny zapach, który tak bardzo lubię.



  Szkoda, że nie zabrałam Mili bo taka wielka i pusta plaża byłaby dla niej rajem i pewnie miałaby dylemat czy ma się kąpać, biegać czy turlać w piasku, chociaż obstawiam, że wybrałaby to pierwsze.



  Takie niebo "na chwilę przed zachodem" uwielbiam chyba najbardziej na świecie, mogłabym siedzieć i wpatrywać się tak długo, aż się zakończy spektakl na zakończenie dnia.



Nad miastem góruje figura Jezusa Chrystusa, częsty element hiszpańskiego krajobrazu. Na górkę wbiegłam w ostatniej chwili bo chciałam spojrzeć na okolicę z wysoka. Z górki też zbiegałam :). O takich pomnikach napiszę chyba kiedyś osobnego posta bo chyba w żadnym innym kraju nie widziałam tylu Chrystusów. Większość z nich to mniejsze kopie oryginału, czyli tego z Rio.


  Dzień się kończył, zachód słońca cieszył oczy a ja biegłam na spotkanie z Anią bo nie chciałam żeby czekała. Tak mi się fajnie spacerowało, że nawet nie zauważyłam upłtwającego czasu. A najfajniejsze było dopiero przede mną. Ania! Z tego miejsca Cię pozdrawiam, cieszę się, że się poznałyśmy i mam nadzieję, że ciąg dalszy nastąpi. Nadal mam ochotę nauczyć się sevillanas :). Espero que nos vemos pronto en la tierra andaluza.