Nie płacz, że coś się skończyło. Ciesz się, że Ci się to przytrafiło. ( G.G. Márquez )

piątek, 29 listopada 2013

Remedium.

Na smutek.
Na chandrę.
Na gorszy dzień.
Na "nadwyżkę" energii.



Na nudę.
Na niepogodę ( no chyba, że leje :) ).
Na brak planów.


Na spadek formy.
Na "nadwyżkę" emocji.


Dla pozbycia się złości.
Dla zyskania uśmiechu.
Dla uspokojenia myśli.


Najczęściej jednak dla czystej przyjemności.


  O co mi chodzi? O chodzenie, czyli jak podaje Wikipedia, o formę lokomocji człowieka i zwierząt na lądzie przy pomocy kończyn :). Chodzę dużo, bo uwielbiam. Jeśli tylko mogę, rezygnuję z samochodu. Najbardziej lubię tak iść przed siebie, bez konkretnego celu - taki najczęściej znajduję gdzieś po drodze...Nie wiem jak to by było, gdybym nie miała psa, bo nie przypominam sobie w moim życiu takiego stanu. Znajomi mogą nie mieć czasu/ ochoty / nastroju...na Milę zawsze mogę liczyć.



Poplątane ścieżki rozplątują myśli...



Czasem wystarczy sobie pochodzić aby dojść do siebie...


Nieważne, czy znam drogę. Odkrywanie nowej jest taką samą przyjemnością jak pozostawianie śladów na tej dobrze znanej...


  Wystarczy tylko wyjść z domu. Po czasie nogi same niosą. To najlepsza forma terapii. Na wszystko. Można - tak jak ja - zabrać do plecaka książkę. I kubek lub termos earl grey'a.
Chyba jestem uzależniona. Podobnie jak z czytaniem, herbatą, rowerem...bardzo szybko odczuwam "głód" :). Bez tych wszystkich rzeczy długo nie wytrzymam.
  A chodzenie...cóż...najzwyczajniej w świecie stawia mnie na nogi.

piątek, 22 listopada 2013

Go West.Trzy dni w Berlinie.

  W Berlinie spędziłam trzy dni pod koniec lipca ubiegłego roku. Miasto od dawna znajdowało się na mojej podróżniczej liście i nie wiem czemu tyle czasu zajęło mi dotarcie tam. A przecież wystarczyło podjąć żeńską decyzję, zorganizować kilka dni wolnego, kupić bilet na pociąg i poprostu ruszyć " na wschód". 


Bramy Branderburskiej nikomu nie trzeba przedstawiać :)


  Jeśli chodzi o Berlin to miałam o nim swoje wyobrażenia. I oczekiwania. Miasto wolne, tolerancyjne, wielokulturowe, z bogatą ofertą kulturalną, gdzie dużo się dzieje i nie sposób narzekać na monotonię i nudę. Dwie dekady temu słysząc Berlin wyobrażałam sobie inny, lepszy świat. Taką prawie Amerykę :).

 
Niemiecki Parlament.

  Kolumna Zwycięstwa. Wewnątrz kolumny znajdują się schody prowadzące na umieszczony na wysokości 50 metrów taras widokowy, z którego podziwiać można panoramę całego Berlina. Na szczycie wieży znajduje się  posąg Nike. Plac przed wieżą jest w Berlinie miejscem kultowym - to stąd wyruszyła w 1989 r. Love Parade.

Widok z kolumny na Berlin Wschodni.

  Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek od kogokolwiek usłyszała negatywną opinię o Berlinie. Wszyscy wracali zachwyceni. Cóż, to chyba ja będę pierwsza, która się wyłamie. I nie chodzi tu o to, że miasto mi się nie podoba a wyjazd nie był udany. Wręcz przeciwnie. Cieszę się bardzo, że tam byłam, i cieszę się, że z Tobą - Moja Jo. Tylko poprostu zabrakło mi takiego zachwytu i zachłyśnięcia się miastem. Zabrakło widoków na zawsze zapisujących się w pamięci, zabrakło zachwytów zapierających dech...Owszem, miasto ładne, fajna atmosfera, dopisała nam pogoda. Ale daleka byłam od zachwytu. Może poprostu czas nie ten...


Katedra.

  Tak czy siak cieszę się bardzo, że tam byłam. Mniejsza o to, że Berlin nie powalił mnie na kolana - nie zawsze o to chodzi w wyjazdach. Spędziłam fajnie czas, prowadziłam liczne rozmowy o wszystkim i o niczym, siedziałam i patrzyłam na berlińskie życie, dostałam fajne prezenty :). Może i architektonicznie miasto mnie nie oczarowało, no ale nie oszukujmy się - do najbrzydszych też nie należy. U mnie mieści się w połowie mojej skali. No może o stopień wyżej :).


  Słynna Wieża Telewizyjna ( ta z prawej  :) ). Wewnątrz kuli znajduje się taras widokowy a nad nim obrotowa platforma z restauracją. Odżałować nie mogę tego, że nie wjechałam na górę. Naprawienie tego błędu to mój główny cel kolejnego pobytu w  Berlinie. Uwierzyć nie mogę, że stwierdziłam, że szkoda mi kasy :). I to mnie, kochającej wysokość i patrzenie na świat z góry. Pamietam, jak chyba sto lat temu dostałam od wujka taki duży długopis w kształcie tej wieży. A jak usłyszałam, że w " kulce" znajduje się obrotowa restauracja, myślałam, że to czary jakieś. I do dzisiaj pamiętam, że wtedy sobie pomyślałam, że ten daleki, egzotyczny świat musi być fascynujący :). I nie ukrywam, że smutno mi z tego powodu, że jednak będąc już w "tym dalekim świecie" nie spełniłam dziecięcego marzenia...


Pałac Charlottenburg.



Oryginalny i nowoczesny, ale o historycznym znaczeniu, pomnik upamiętniający zagładę Żydów podczas II Wojny Światowej. Zwykłe - niezwykłe betonowe bryły skłaniają do zadumy.




  Jestem przekonana, że Berlin jest pełen takich zakątków jak te na poniższych zdjęciach. I mam nadzieję, że wrócę do Berlina i je odkryję. Miasto ma w sobie potencjał i zasługuje na to, żeby dać mu drugą szansę. Trzy dni w Berlinie sprawiły, że może i nie poczułam bezgranicznego zachwytu, ale za to odczułam niedosyt...A nie będę ukrywać, że niedosyt mnie deprymuje :). I motywuje do działania. Marzy mi się Berlin Rowerowy.



  Podsumowując, Berlin to ładne miasto z fajną atmosferą. Ale chyba oczekiwałam czegoś więcej. I chyba właśnie tego czegoś mi zabrakło. Może poprostu tego nie odnalazłam jeszcze bo jestem przekonana, że Berlin ma "to coś". I to pewnie w ilościach hurtowych. Dlatego Berlinie, obiecuję, że wrócę. Oboje zasługujemy na kolejną szansę. Ja - by Cię lepiej poznać, Ty - by dać mi kolejną okazję do poznania Cię trochę lepiej...

niedziela, 17 listopada 2013

Tymczasem...

  Sierpień, wrzesień i październik przyniosły mi wiele fajnych chwil i niezapomnianych wspomnień.
 
  Sierpniowi towarzyszyły liczne spotkania ze znajomymi i imprezy w rodzinnym gronie. Koncerty, pikniki i festyny. W prezencie urodzinowym dostałam wyjazd do Pragi - miasta wyczekiwanego tęsknie. Pobyt tam potwierdził tylko to, co już wiedziałam - Praga jest przepiękna, zachwyca architekturą i na kolana powala detalami, obok których - czego pojąć nie mogę - większość ludzi przechodziła obojętnie. Ale nie ja. I jakże cudnie jest zboczyć w Pradze z turystycznych szlaków a potem w duszy skakać z radości, że jednak się człowiek od tych tłumów odłączył i poszedł w swoją stronę.

  W drodze do Pragi, pomimo deszczu i mało sprzyjającej aury, spędziliśmy fajny czas w Skalnym Mieście. A wracając z Pragi do domu starczyło czasu na przystanek we Wrocławiu - mieście planowanym od dawna, ale zawsze coś stawało na przeszkodzie i zmuszało do zmiany planów. Nie tym razem. Wrocław oczarował nie mniej niż Praga, natężenie zachwytu w duszy podczas tego urodzinowego wyjazdu zdecydowanie przekraczało normę.

  Wrzesień to podróż samochodem z Polski do Hiszpanii, m.in. przez urocze, małe francuskie miasteczka. I koncert jednego z ulubionych zespołów hiszpańskich, dzięki uporowi i determinacji udało mi się stać blisko sceny ( pomógł w tym też fakt, że małe to się wszędzie przeciśnie :) ). Muzyka na żywo i śpiewanie razem z tłumem to jedno z tych wrażeń, które bardzo często wywołują u mnie gęsią skórkę...

  Październik to wycieczki rowerowe wzdłuż hiszpańskiego wybrzeża, długie spacery i morskie kąpiele z Milą, czytanie z widokiem na morze, wielkie porcje pysznego jedzenia i problemy z dopięciem spodni ( pomimo tego rowerowania :) ).

  Wszystko to, o czym wcześniej wspomniałam powodowało, że aparat fotograficzny był w ciągłej eksploatacji, karta pamięci zapełniała się błyskawicznie a ładowarka nie nadążała z ładowaniem baterii :). Zrobiłam ogromne ilości zdjęć, których niestety koniec października pozbawił mnie bezpowrotnie. Włamanie do samochodu pozbawiło mnie aparatu a wraz z nim zdjęć, których nie miałam czasu zgrać na laptopa. Wiem, wiem, zgrywanie zdjęć na bieżąco nigdy nie było moją dobrą stroną, doigrałam się i teraz mam nauczkę. Szkoda tylko, że tak bolesną. Aparat jak aparat - i tak planowałam kupić nowy. Ale zdjęć, które wraz z nim straciłam, nigdy nie odżałuję. Pamiętam, że za każdym razem jak usłyszałam historię, że komuś ukradziono aparat, to nawet sobie nie potrafiłam wyobrazić jakie to straszne uczucie stracić zdjęcia...Teraz bez aparatu czuję się jak bez ręki, po stracie zdjęć czułam się jak by mnie ktoś pozbawił kawałka duszy...

  Powoli odzywa się we mnie mój głupi optymizm. Wyszukuję plusów tej minusowej sytuacji. Mogłam mieć w aparacie zdjęcia z podrózy życia gdzieś na koniec świata, a w sumie miałam tylko z Pragi i z Polski, więc nie jest źle. Bliskich, którzy byli bohaterami zdjęć, jeszcze nie raz uda się złapać w kadr. W przyszłym roku mam kolejne urodziny i znowu mogę sobie zażyczyć wyjazd do Pragi, ze Skalnym Miastem i Wrocławiem - bo są po drodze. I tym razem wytropię wszystkie Krasnale.

  Tymczasem tak sobie dzisiaj spacerowałam. Taką mam teraz codzienność.